Marek Świerczyński
Największe w historii zgrupowanie trudno wykrywalnych bombowców to demonstracja siły, groźba, a jednocześnie jeden z ostatecznych argumentów zbrojnego rozstrzygania sporów. Jemeńscy Huti już go odczuli, ale głównym celem może być Iran.

Zrzucanie z B-2 bomb na niezdolnych do obrony powietrznej rebeliantów w Jemenie to overkill. Z zadaniem tym świetnie radzą sobie taktyczne samoloty uderzeniowe, operujące z pokładu lotniskowca USS „Harry Truman” na Morzu Czerwonym lub z naziemnych baz, których w rejonie Zatoki Perskiej nie brakuje.
Bombowiec B-2 Spirit to najrzadsze, najcenniejsze i najkosztowniejsze narzędzie w amerykańskim arsenale powietrznym. A jednak coś sprawiło, że w początkach prezydentury Donalda Trumpa – pośród wielu innych niebywałych rzeczy – amerykańskie lotnictwo strategiczne postanowiło wysłać niespotykaną wcześniej liczbę tych maszyn na Ocean Indyjski z misją, której ostateczny i prawdziwy cel pozostaje nieznany.
Można uwierzyć, że są nim właśnie Huti, ale warto się zastanowić, czy rzeczywiście tylko oni.
Czy ktoś zauważy B-2?
Przed okiem satelitów trudno cokolwiek ukryć. Dlatego po tygodniu spekulacji są już wizualne dowody, że siły powietrzne USA wysłały na podrównikowy atol, będący resztką brytyjskich posiadłości kolonialnych, sześć bombowców – jedną trzecią całej ich floty. Czegoś takiego świat jeszcze nie widział, nie tylko z powodu ich mitycznej „niewidzialności”. USA dawno zrezygnowały ze stałego bazowania swoich bombowców w odległych miejscach globu. Zamiast tego organizują co jakiś czas misje zadaniowe „Bomber Task Force” na azjatyckim Dalekim Wschodzie, na Bliskim Wschodzie i w Europie.
Ale misje te wykonują z reguły najstarsze i wciąż najliczniejsze we flocie bombowce B-52 Stratofortress i zredukowane z roli nuklearnej do konwencjonalnej maszyny typu B-1B Lancer. Samolot tego drugiego typu przysiadł nawet kiedyś w wielkopolskim Powidzu, by – nie gasząc silników – przyjąć paliwo i pokazać w ten sposób, że i na wschodniej flance NATO możliwe jest czynne wsparcie amerykańskiej pięści uderzeniowej. Bombowce „nuklearne”, głównie z powodów politycznych, u nas nie lądowały. Ale asysta myśliwców – polskich, duńskich, rumuńskich, szwedzkich czy fińskich – dla B-52 w ich lotach z Wielkiej Brytanii to już norma.
Ale B-2, mimo ponad 30 lat na karku, to wciąż kwintesencja amerykańskiej przewagi technologicznej w powietrzu. Latające skrzydło z charakterystycznym drapieżnym dziobem i innymi cechami bliższymi UFO niż klasycznemu samolotowi budzi respekt i podziw. Od wielu dekad nie ma na świecie odpowiednika. Być może dlatego, że tylko Stany Zjednoczone, jako strategiczna wyspa na mapie świata, potrzebują obok „wszechobecnej” marynarki wojennej również „wszechobecnego” lotnictwa uderzeniowego, zdolnego do wykonywania zadań w każdym punkcie globu – zarówno bronią konwencjonalną, jak i nuklearną. Ten trend był wyraźny już pod koniec II wojny światowej i został utrzymany mimo późniejszej ekspansji komponentu rakietowego.
Żywy człowiek w roli latającego egzekutora to jednak większa gwarancja elastyczności misji, jeśli nie ma ona polegać na całkowitym zniszczeniu przeciwnika. Rolę lotnictwa wsparło więc odejście od doktryny gwarantowanego zniszczenia na rzecz odpowiedzi precyzyjnej i skierowanej na zasoby militarne wroga zamiast na jego miasta. Taka misja wymagała zaś maszyn zdolnych do długotrwałego lotu i przy tym trudno wykrywalnych dla obrony powietrznej. Rozpoczęta w latach 80. XX w. rewolucja „stealth”, czyli konstrukcji, powłok i silników redukujących odbicie radarowe, przyniosła maszyny taktyczne takie jak F-117, F-22 i F-35 oraz króla dalekich misji – właśnie B-2. Zachowanie wymogów miało swoją cenę, bo przeszedł on do historii jako najdroższy samolot bojowy świata, z kodem paskowym wyświetlającym 2 mld dol. za sztukę w zakupie, bez kosztów utrzymania.
Za tę cenę siły zbrojne USA uzyskały praktyczną swobodę operowania nad terytorium każdego przeciwnika, choć – szczerze mówiąc – B-2 nigdy nie zetknął się z systemami obrony powietrznej Rosji czy Chin. Pytanie oczywiście, czy one by go zauważyły.
W każdym razie B-2 to wciąż najbezpieczniejsza dla załogi i dowódców „ciężarówka do wożenia bomb”, tyle że bardzo ekskluzywna. Wyprodukowano ich tylko 21, dwie maszyny utracono w wypadkach, więc w służbie pozostaje 19 samolotów. Zasłużyły się jako narzędzie dywanowych nalotów na Afganistan w odwecie za atak terrorystyczny na USA z 11 września 2001 r. W dwóch komorach bombowych przenosić mogą od 80 ćwierćtonowych zwykłych bomb Mk-82 do 16 ważących tonę Mk-84 albo dwie superciężkie penetrujące bomby GBU-57 – każda waży 14 ton. Ten samolot po starcie w zasadzie nie ma granic, bo tankuje w powietrzu. Kilka do kilkunastu tankowań po drodze nie jest problemem. Bombowiec może też przenosić 16 bomb nuklearnych B61 lub B83.
W ostatnich ponad dwóch dekadach B-2 używane były do precyzyjnych, niespodziewanych bombardowań obiektów o dużym znaczeniu dla przeciwników USA, głównie na Bliskim Wschodzie, ale debiut miały nad Europą, w operacji Allied Force zarządzonej przez Billa Clintona w reakcji na serbską agresję na ludność Kosowa. Są nowoczesne, ale nie szybkie, nie potrafią latać z naddźwiękową prędkością. Rekord lotu bojowego to 44 godz., padł w 2001 r. w ramach afgańskiej operacji Enduring Freedom.
Nic nie jest niemożliwe
25 lat później amerykańscy piloci w upale i tropikalnej bryzie Diego Garcia wykonują relatywnie łatwe zadania bombardowań Jemenu, ale być może czekają na dużo poważniejsze kursy, nad Iran. Donald Trump nie kryje intencji wymuszenia na Teheranie porozumienia, które miałoby zagwarantować, iż kraj ten nigdy nie będzie w stanie zagrozić Izraelowi bronią jądrową – a nawet nie wejdzie w jej posiadanie.
Próby powstrzymania Iranu przed uzyskaniem zdolności nuklearnych ciągną się już dwie dekady. Za czasów Baracka Obamy przybrały postać wielonarodowego porozumienia z udziałem USA, Rosji, Chin i Europy, które jednak zakwestionował sam Trump w pierwszej kadencji, zapewne pod wpływem Izraela i premiera Benjamina Netanjahu. Administracja Bidena bynajmniej nie była bardziej otwarta, bo czuła i widziała rosnący i szkodliwy wpływ Iranu na nieformalne grupy zbrojne na Bliskim Wschodzie: Hezbollah, Hamas i Huti. To z przyzwoleniem Bidena niemal równo rok temu Izrael przystąpił do eskalacji działań przeciwko irańskim „reprezentantom”, co spotkało się z atakiem powietrznorakietowym Iranu, odpartym przez sojuszników Tel Awiwu. Tydzień później Izrael zbombardował irańskie obiekty atomowe i zbrojeniowe. Nie ma wielu dowodów, by Iran je odbudował, ale zmieniło się coś innego – polityczny układ w Waszyngtonie sprzyja dziś dużo bardziej antypalestyńskim operacjom w Strefie Gazy, wymierzonym w Hezbollah działaniom w Libanie i od lat przewidywanemu w spekulacjach amerykańsko-izraelskiemu uderzeniu na Iran.
Zgromadzenie aż sześciu bombowców B-2 na Diego Garcia może potwierdzać, że taki atak jest w przygotowaniu lub że ich obecność w odległości kilku, a nie kilkunastu godzin lotu to ostateczny argument negocjacyjny. Do bombowców dotrze niebawem dawno niewidziany w regionie drugi lotniskowiec. Donald Trump lubi się przedstawiać jako mistrz dyplomacji z pozycji siły i nie zawahał się użyć do tego jednej trzeciej swojego najcenniejszego potencjału lotniczego, zdolnego do przenoszenia bomb penetrujących irańskie bunkry. Trump wziął w rękę pałkę, podczas gdy oferta rozmów wciąż leży na stole – to w sumie klasyczna metoda działania USA.
Ale po tym, gdy w poniedziałek w Waszyngtonie drugi raz w czasie rządów Trumpa pojawił się izraelski premier, sprawy mogą przybrać inny obrót. Benjamin Netanjahu miał prawdopodobnie ostatnią szansę, by skorzystać z politycznej sympatii i przewagi swojego najważniejszego partnera w najważniejszym dla niego zadaniu – obezwładnieniu Iranu w możliwościach ataku na Izrael. Tel Awiw pod rządami Netanjahu sprzeciwia się opcji negocjacyjnej, woli rozwiązania militarne. Trump pozostawia go jednak w niepewności – bo co do zasady nie chce angażować Ameryki w nowe wojny, a z drugiej strony – nie umie odmówić bezwarunkowego poparcia Izraelowi, który cieszy się sympatią znacznej części jego wyborców i współpracowników.
Trump w czasie niespełna trzech miesięcy zdołał przyzwyczaić świat, że nic nie jest niemożliwe – może z wyjątkiem otwartej i pełnoskalowej wojny z Rosją w obronie Ukrainy czy z Chinami w obronie Tajwanu. Ale gdy chodzi o partnerów słabszych, Trump nie waha się przed groźbami użycia siły czy działaniami na pograniczu wojny – jak wobec Kolumbii czy Meksyku. Iran wciąż nie należy do „równych przeciwników”, jak określają to dokumenty strategiczne USA, i może być celem może nie łatwym, lecz przynajmniej możliwym do zastraszenia. Rządy Trumpa na razie pokazują, że trudniejsze zadania odkłada na później, a te postrzegane jako łatwiejsze realizuje z determinacją i z propagandowym nagłośnieniem. Pytanie, do czego przekonał go premier Izraela.
Celem będzie Iran? Co robią amerykańskie bombowce B-2 na wyspie Diego Garcia
Marek Świerczyński, Polityka Insight
Od 2015 r. analityk ds. bezpieczeństwa Polityki Insight, szef działu bezpieczeństwa i spraw międzynarodowych. Specjalizuje się w polskiej polityce obronnej i zbrojeniowej, relacjach transatlantyckich w wymiarze bezpieczeństwa i NATO, konfliktach i rywalizacji globalnej. Autor ponad 1000 tekstów analitycznych i setek artykułów publikowanych na portalu Polityka.pl i w tygodniku Polityka. Gość licznych podcastów. Uczestnik konferencji, seminariów i paneli organizowanych przez uznane ośrodki analityczne: CEPA, German Marshall Fund, Atlantic Council, PISM, Ośrodek Studiów Wschodnich. Moderator na konferencjach Warsaw Security Forum, Defence 24 Days, Impact, Krynica Forum. Wcześniej dziennikarz – m. in. BBC World Service, RMF FM, TVP, TVN24. Interesuje się historią, archeologią, zabytkami i turystyką.
Kategorie: Uncategorized


”Zasłużyły się jako narzędzie dywanowych nalotów na Afganistan w odwecie za atak terrorystyczny na USA z 11 września 2001 r.”
Ciekawa sprawa.
Ciekawostka numer jeden: Znakomita większość porywaczy z 11 września to poddani władcy Arabii Saudyjskiej (nie piszę ”obywatele”, bo AS to monarchia absolutna, a jak ktoś się wychyli, to go mogą jeszcze w ambasadzie dosłownie pokrajać na kawałki). Wracając do wątku – znakomita większość porywaczy to Arabowie a AS. A odwet – na Afganistan. Kowal ukradł, Cygana powiesili.
Ciekawostka numer dwa: Okazuje się, że jak nie chodzi o Żydów, to ”dywanowe naloty…w odwecie” są cacy i oki. To oczywiste i zrozumiałe, że napadnięty kraj wywiera odwet na napastnikach (”Avenge Pearl Harbor!”, ”Pawiak pomścimy!). No, chyba że chodzi o Żydów – wtedy to się nagle okazuje, że odwet to prymitywna, zbrodnicza taktyka, która wynika z ”talmudycznej nienawiści”, a poza tym ten odwet to Zbrodnia Wojenna. A także Zbrodnia Przeciw Ludzkości.
”Tel Awiw pod rządami Netanjahu sprzeciwia się opcji negocjacyjnej,”
Kolejna ciekawostka. ”Tel Awiw… sprzeciwia się…”. Tel Awiw niczemu się nie ”sprzeciwia”, bo w Tel Awiwie nie ma żadnych urzędów centralnych, wszystkie są w Jerozolimie. Najwyraźniej ten ichni tygodnik ”Polityka” już zdążył przenieść stolicę Izraela do Tel-Awiwu.
Rozsądny komentarz.
Good luck, President !