Uncategorized

Koniec demokracji zaczyna się od milczenia

 Alice Teodorescu

Od 7 października cena za obronę prawa Izraela do samoobrony i krytykę antysemityzmu jest wysoka. W demokracji wyrażanie opinii nie powinno wymagać odwagi.

Gdybym wielokrotnie nie argumentowała za prawem i obowiązkiem Izraela do obrony swojego terytorium i ludności po najgorszym pogromie od czasów Holokaustu, za natychmiastowe uwolnienie zakładników i przeciwko antysemickiej fali, która przetoczyła się przez świat zachodni od 7 października 2023 r., nie spotkałyby mnie groźby, nienawiść i dehumanizacja. Nie zostałbym też zaatakowany w moim miejscu pracy w Parlamencie Europejskim.

Czy chcemy żyć w kraju, gdzie korzystanie z przysługujących praw konstytucyjnych wymaga wyboru: narażenie się na niebezpieczeństwo, milczenie albo publiczne zabranie głosu, a następnie – najlepiej – całkowite zakrycie twarzy, by uniknąć rozpoznania i potencjalnych prześladowań?

Podczas moich wielu lat udziału w debacie społecznej – zawsze w epicentrum sporów wartości i konfliktów ideologicznych – powracającym pytaniem, zarówno w mailach od czytelników, jak i podczas spontanicznych spotkań na ulicy, było: „Jak ty to wytrzymujesz? Jesteś taka odważny!”.

To pytanie wiele mówi o coraz bardziej agresywnym klimacie debaty publicznej ostatnich dziesięcioleci. Pokazuje, że samo uczestnictwo w dyskusji politycznej, nawet w demokracji, wymaga siły. I odwagi, która wiąże się ze strachem, bo tylko ten, kto się boi, musi zebrać siły, by okazać odwagę.

Ale dlaczego ktoś miałby się bać w demokracji?

Moja odpowiedź zawsze brzmiała, że jako osoba urodzona w komunistycznym kraju, pozbawiona swobody wyrażania opinii i wolności słowa, w wolnej Szwecji mam prawo, a nawet obowiązek, uczestniczyć w debacie. Jestem głosem tych, którzy nie mają odwagi, siły lub poczucia, że mogą to zrobić. Nikt, a już na pewno nie jakiś uprzywilejowany komunista, nie ma prawa mnie uciszać.

Jednak to niezwykłe, że ja, dziecko uchodźców, którzy uciekli z dyktatury, pół życia później w Szwecji, muszę odpowiadać na pytania o siłę i odwagę. Że moje dzieci mają dorastać w demokratycznym społeczeństwie, gdzie swoboda myślenia i publiczne wyrażanie swoich opinii, mimo że nie jest prawnie zabronione, uważa się za akt odwagi.

Niestety, od 7 października właśnie odwagi trzeba wykazać, aby brać udział w debacie społecznej – jako dziennikarz, polityk czy naukowiec. Wszyscy, którzy bronili prawa Izraela do obrony przed irańskimi (niech upadnie ten reżim!) proxy, wiedzą, że wiąże się to z ryzykiem. Opowiadanie się za bezwarunkowym uwolnieniem zakładników, piętnowanie antysemickich przejawów w świecie zachodnim, krytykowanie romantyzacji terroryzmu przez całą lewicę i dewaluacji słów ma swoją cenę.

Rozmawiałam z niezliczoną liczbą osób z wymienionych środowisk, które zgodnie świadczą o powracających wewnętrznych rozterkach. Dlatego też od 7 października wielokrotnie ostrzegałem przed tym, co dzieje się w naszym kraju, na naszych oczach: ludzie całkowicie otwarcie świętowali najgorszy pogrom od czasów Holokaustu. Opisałam, jak radykalnie przesunięto granice, w sposób nieodwracalny: politycy są atakowani w miejscu pracy i poza nim, narażeni na nieograniczone wizyty aktywistów w ich domach; sabotowane są spotkania publiczne i przemówienia polityczne; dziennikarze są nękani przed swoimi domami lub w drodze do pracy; biura naukowców są sabotowane.

To wszystko oprócz nienawistnych i pełnych gróźb e-maili, SMS-ów, komentarzy w mediach społecznościowych i telefonów, które stały się normą, czymś, co należy po prostu zignorować. A przecież jedynym celem tych zorganizowanych działań jest wywołanie nieuniknionych pytań: Czy to jest tego warte? Jak długo dam radę? Ile odwagi muszę zebrać, biorąc pod uwagę stopień strachu?

Częste pojawianie się tych pytań powinno być traktowane poważnie przez społeczeństwo i państwo. Jako obywatele powinniśmy zadać sobie pytanie, czy to rozsądne, że rozwój społeczeństwa powoduje, iż politycy unikają poruszania niektórych kwestii lub aktywnego zajmowania stanowiska, wbrew swoim przekonaniom, aby nie martwić się o swoje bezpieczeństwo? Czy dziennikarze powinni unikać analizowania lub opisywania niektórych kwestii? Czy naukowcy powinni unikać prowadzenia badań i przedstawiania swoich wniosków? A jeśli oni nie mają odwagi, to jak ktoś inny, nie dysponujący infrastrukturą związaną z tego rodzaju zawodami, miałby się odważyć?

Można też zadać sobie pytanie, co sam fakt, że kwestie te muszą być poruszane przez osoby zainteresowane i społeczeństwo jako całość, mówi o stanie szwedzkiej demokracji? Co to mówi o mediach, gdy bezpodstawne doniesienie na policję przeciwko wybranemu w wyborach politykowi trafia na pierwsze strony gazet, a nie fakt, że ten sam polityk został zaatakowany w miejscu pracy przez urzędnika państwowego z powodu swoich poglądów politycznych w jednej z najbardziej drażliwych kwestii współczesności? Co to mówi o nas, skoro politycy, którzy przez dziesięciolecia ostrzegali przed upadkiem demokracji, uważają, że przeciwnicy polityczni muszą znosić ataki poza szacownymi murami szwedzkiego parlamentu? Co to mówi o naszym stosunku do prawdy – która jest podstawą wszystkiego – skoro kłamstwo bez ogródek staje się prawdą, a prawda jej przeciwieństwem?


To, co ostatecznie odróżnia demokrację od dyktatury, to wolność słowa. Dlatego dyktatorzy boją się wolnej myśli i nie cofają się przed żadnymi środkami w walce z tym, co postrzegają jako zagrożenie dla status quo.

Jednak wolność słowa, z której wynika wolność demonstracji, nie ma być podstępnym środkiem pozbawiania innych ich praw. Dlatego my, którzy żyjemy w demokracji i dbamy o nią, musimy być niezwykle czujni wobec sił autorytarnych, które bezwstydnie wykorzystują wolność słowa i demonstracji, aby podważać demokratyczne prawo innych do wyrażania swojego zdania, a poprzez groźby, nienawiść i przemoc wymagają podporządkowania – zwłaszcza w formie autocenzury.

Pomimo dwóch morderstw wysokich rangą polityków, Szwecja postanowiła zachować otwartość, która umożliwia politykom i obywatelom spotykanie się bez barier. Ta atmosfera zakłada, że przeciwnicy polityczni mogą spotykać się w atmosferze wzajemnego szacunku, bez strachu, a rozmowa opiera się na argumentach, a nie groźbach. Jednak im bardziej przesuwane są granice, im więcej groźby i nienawiści jest wyrażanych, tym mniej jest warunków do takich spotkań. Jest to strata dla demokracji, która ostatecznie dotyka zwykłych wyborców, chcących dyskutować i angażować się w cywilizowane rozliczanie odpowiedzialności.

W tej dziedzinie, podobnie jak we wszystkich innych, jeśli dopuści się do rozrostu przestępczości i segregacji, konieczne stanie się podjęcie bardziej represyjnych, daleko idących środków, które same w sobie ograniczają wolność i integralność osobistą. Kto nie chce znaleźć się w jednej skrajności, musi zadbać o to, by nie znaleźć się w drugiej.

Dla mnie i wielu innych od dawna było jasne, że niechęć policji do interweniowania w antyżydowskich demonstracjach, popularnie nazywanych pro-palestyńskimi, podczas których antysemityzm i terror są wyrażane w sposób niepohamowany, może mieć daleko idące konsekwencje. Rutynowe nadużywanie przez lewicowych polityków terminów prawnych, takich jak ludobójstwo, nadało internetowym armiom nienawiści legitymizację w dehumanizacji tych z nas, którzy zajęli inne stanowisko w kwestii wojny Hamasu z Izraelem.

Podczas sobotniej demonstracji w Sztokholmie można było zobaczyć osobę przebraną za premiera Ulfa Kristerssona, ubraną w opaski na ramiona, izraelską flagę i trzymającą w ręku „zakrwawioną” lalkę, spacerującą w rytm skandowanych haseł „Kristersson maczał ręce we krwi” i „klaszczcie, jeśli Ulf jest przestępcą”. Nie jest dziką spekulacją, że ta podburzona atmosfera, pełna nienawiści i kłamliwych twierdzeń, jest przez niektórych postrzegana jako zaproszenie do ataku na ludzi, których tłum zdecydował, że nie należy już uważać za ludzi.

W tym kontekście należy postrzegać ataki i zabójstwa Żydów w USA, do których doszło w ostatnich tygodniach, a których sprawcy wyrazili poparcie dla Palestyny podczas popełniania przestępstw. Wezwania do globalnej intifady, skandowane również podczas demonstracji, które od półtora roku kilka razy w tygodniu paraliżują centrum Sztokholmu, zbierają obecnie żniwo niewinnych ludzkich istnień. Mimo to pozwala się im trwać.

Powiedziałem to już wcześniej i powtórzę: rozwój sytuacji społecznej od 7 października nie jest problemem Żydów, nawet jeśli to głównie oni są ofiarami. Antysemityzm jest naszym wspólnym problemem, podobnie jak segregacja mentalna, która doprowadziła do tego, że 7 października na szwedzkich ulicach ludzie bez skrępowania świętowali rzeź w Izraelu. Podobnie jak „okupacje” miejsc publicznych, ograniczoność umysłowa na uniwersytetach, a ostatnio ataki na ludzi, którzy padają ofiarą przemocy w związku z wykonywanym zawodem.

Czy ludzie rozumieją powagę sytuacji? Czy rozumiecie różnicę między cichym protestem, wartym tyle samo co sprzeciw przeciwnika, a groźnym zachowaniem dominującym, mającym na celu wymuszenie kapitulacji i podporządkowania? Grożenie politykom, dziennikarzom i naukowcom nie jest wolnością słowa, niezależnie od tego, czy uważacie, że jesteście po stronie dobra, niezależnie od tego, jak bardzo nienawidzicie poglądów lub osoby drugiej.

Wolność słowa jest prawem, które jeśli nie zostanie przyznane innym, nigdy nie może być zagwarantowane tobie samemu. „Bez wolności słowa wszystko inne staje się tylko dekoracją dyktatury” – cytując Pera Ahlmarka. Nie można zachować demokracji, jednocześnie ją niszcząc, nie można być dobrym, nie czyniąc dobra.

Czy ludzie rozumieją powagę sytuacji?

 Alice Teodorescu

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.