Uncategorized

Kto czyta, ten błądzi

Jan Hartman

Po co czytać, skoro tę masę tekstu, która żąda od nas takiej ilości czasu i zaangażowania, maszyna wypluwa w ułamku sekundy?

Wzasadzie nie lubię czytać. Czytam, bo wypada. Bo różne rzeczy mnie ciekawią. Albo po to, żeby ćwiczyć obce języki. Zresztą zawsze mi przy tym czytaniu jakoś niewygodnie. Ani na wznak, ani przy stole, ani na boku – ciągle coś nie tak. W dodatku mnie to nuży i irytuje. Każda książka mnie nudzi i mało którą przeczytam do końca. Tyle innych czeka!

A jak nawet przeczytam, to i tak nie zapamiętam, co przeczytałem. Weźmy chociażby biografie. Przejrzałem ich ostatnio kilkanaście, a mimo to o każdym z bohaterów mógłbym powiedzieć zaledwie kilka zdań. Bo w sumie co mnie to wszystko obchodzi? Cudze życie, a tym bardziej jakieś zmyślone historie. Ani mi to bracia, ani swaci. Czy ja bym ich obchodził? Albo kogokolwiek?

Zazdroszczę tym pożeraczom książek, którzy wszystko zapamiętują. Mają mózgi tak żarłoczne i pojemne jak ja żołądek. Tacy, dajmy na to, moi imiennicy, Jan Gondowicz albo Jan Woleński – co przeczytają, to ich. Zapamiętają na całe życie. A ja? Kamień w wodę. Szkoda czasu i mitręgi. Dlatego wolę już sam coś napisać. Wtedy przynajmniej jest jakiś pożytek. Kogoś okradnę z kilku chwil bezcennego czasu, a i rubelka zarobię, resztek cnoty przy tym nie tracąc.

Rzecz jasna, żeby pisać, trzeba coś czytać. W końcu pisanie to tylko uruchamianie w mózgu swojego „białkowego modelu językowego”, który działa tak samo jak ten kwarcowy. Po prostu ładujesz jakieś połączenia wyrazowe, a potem to z ciebie wychodzi. Sam nie wiesz jak i kiedy. Paple człowiek jak papuga, ale żeby wiedział, co mówi? Bardzo wątpię. Słyszy lub widzi, co mu z gęby albo z klawiatury wylatuje, i w ten sposób się dowiaduje, co mówi bądź pisze. Wcześniej nie da rady. Inteligencja i elokwencja są przereklamowane. To po prostu inny rodzaj urody. Masz taki ładny mózg, że produkuje tymi swoimi zwojami i „skryptami” fajną nawijkę. A w środku? Jakaś piękna dusza, która od serca przemawia? Gadanie. W środku, kochani, to nawet szkoda gadać. Trochę żądz, trochę lęków i wdrukowane schematy motorycznego i werbalnego reagowania. Zwykle tu i ówdzie popsute, czyli zaburzone. Wielki poeta albo mistyk ma takie same, co wszyscy, esicę i grasicę, tudzież te same nadzieje i te same lęki, te same emocje i te same pożądania.

Poza tym czytanie okrada mnie z samego siebie. Nie, żebym zaraz miał Osobowość. Ale jak co czytam, to potem myślę i gadam tym autorem. Ten typ pasożytuje na moim mózgu. Czy ja muszę być nieustająco żywicielem kolejnych pasożytów? Czy muszę deponować cudze fantazje i egzaltacje? To ja już wolę być prostakiem. Prostak przynajmniej niczego nie udaje i mówi, jak jest. Np., że nie warto czytać, bo nudne albo trudne. Po co się wysilać, skoro i tak nie zmądrzeje się powyżej swych wrodzonych możliwości?

Wyżej półki z książkami nie podskoczysz. Możesz gadać tym, co przeczytasz, i nic więcej. Tak jak papuga powtarzać, coś sobie z tych książek „przyswoił”. Albo raczej „przycudzył”. A jak raz już zaczniesz, to się oderwać nie możesz. Ludzie mają w domach tysiące książek! Zamiast zająć się czymś pożytecznym, odlatują w nierealne krainy, by tam oddawać się iluzjom i złudzeniom. Jak na prochach przeżywają fikcyjne sprawy fikcyjnych postaci. Czyż to nie jest chore?

Sam bardzo bym chciał wymyślać historie i uwodzić nimi rzesze. Kraść im czas i wyciągać od nich pieniądze za te fantazmaty. I żeby mnie zapraszali na spotkania autorskie. Ale nie umiem. Po co mam coś wymyślać? Jak czegoś nie było, to po co o tym gadać? No i dlaczego nie mogą mnie uwielbiać bez tych książek, co to ich nie napisałem?

Przydałaby się jakaś nagroda literacka dla niepiszących. Albowiem pisanie jest srebrem, a niepisanie złotem! Niestety, grafomania ogarnia całą ludzkość, a ta rodzi jeszcze bardziej pustoszącą legemanię. Miliardy osobogodzin każdego roku trawionych na bezowocnym oddawaniu się lekturze wołają o pomstę do nieba. Zresztą pustego, bo żadnym bajaniem nie da się go zapełnić bogami. Z próżnego ego pisarza rodzą się jeno zwidy i fikcje.

Przeto ja książek unikam. Jak chcę wiedzieć, co i jak, to sobie odpalam POLITYKĘ. I to mi wystarczy. Gdybym zaś potrzebował jakiegoś szczegółu, to mam w komputerze takiego spryciarza, który na wszelkie pytania odpowiada natychmiast i konkretnie. Jak żyć, ja się go pytam. A on: zrozum samego siebie, dbaj o zdrowie i relacje, ucz się nowych rzeczy, zachowaj równowagę między pracą a przyjemnościami i wypoczynkiem, żyj chwilą i naucz się być wdzięczny za wszystko, co przeżywasz. No i co? Coś nie gra? Jak przeczytam pięć książek, to dowiem się więcej? Zresztą mój mały spryciarz chętnie napisze mi książkę, jak go poproszę. I zapewniam koleżanki i kolegów literatów, że będzie to książka nie gorsza od tego, co produkują ich „białkowe modele językowe”. A jak nawet gorsza, to dziś, bo za rok już nie.

I tu doszliśmy do ściany. Po co czytać, skoro tę masę tekstu, która żąda od nas takiej ilości czasu i zaangażowania, maszyna wypluwa w ułamku sekundy? To już zupełne szaleństwo, żeby traktować poważnie coś tak pospolitego i łatwo dostępnego jak sztuka. Nie wiem jak wy, ale ja wysiadam.

Kto czyta, ten błądzi

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.