Uncategorized

Porozumienie Żydów z Zachodem szybko się rozpada


Bob Goldberg

Bondi Beach niedaleko Sydney, pierwsza noc Chanuki: publiczne zapalenie menory, w którym uczestniczyło około 2000 osób, zamieniło się w miejsce masowej tragedii. Władze określiły to wydarzenie jako celowy atak antysemicki, a premier Australii nazwał je „czystym złem”.

W ciągu kilku godzin po tym wydarzeniu rozpoczęła się typowa dla Zachodu choreografia: potępienia, czuwania i pośpieszne wzmocnienie ochrony policyjnej w miejscach związanych z kulturą żydowską – od Berlina po Nowy Jork i Londyn. Działania konieczne, ale też demaskujące.

Nie chodzi o to, co rządy robią po ataku na Żydów podczas świąt. Chodzi o to, jakiej tolerancji uczą społeczeństwa przed atakiem – rok po roku, wiec po wiecu, zastraszanie po zastraszaniu, przemoc po przemocy – aż antysemityzm przestaje być przestępstwem, piętnem czy skandalem, a staje się tłem życia publicznego. Przesłanie państwa, przekazywane tysiącem drobnych sygnałów, jest proste: bezpieczeństwo Żydów jest „kwestią społeczną”, a nie obowiązkiem cywilizacyjnym.

To nowa zachodnia umowa: polityczna reorganizacja (cicha w swoich mechanizmach, głośna w konsekwencjach), ukształtowana przez żądania rosnącej grupy wyborców, aktywistów i strażników kultury, którzy otwarcie lub milcząco promują nienawiść do Żydów, twierdząc, że po prostu wymierzają „sprawiedliwość”. W ramach tego porozumienia Żydzi otrzymują warunkową akceptację. Mogą pozostać, pod warunkiem że nie będą domagać się suwerenności (Izrael), samoobrony (syjonizm), a nawet widoczności (publiczne rytuały). W praktyce mogą istnieć raczej jako eksponat muzealny niż żywa społeczność.

I tu pojawia się niewygodna kwestia, której uprzejmi liderzy żydowscy unikają: wielu liberalnych wyborców żydowskich pomogło w zawarciu tego porozumienia – często z godnych podziwu pobudek i obywatelskiej wiary – i dlatego ponoszą odpowiedzialność za jego przewidywalne skutki. Nie jest to odpowiedzialność za napastnika z Bondi, ale za ekosystem polityczny, który nagradza ludzi usprawiedliwiających, wybielających lub zmieniających wizerunek nienawiści do Żydów, a następnie udaje zaskoczenie, gdy nienawiść ta przechodzi od sloganów do przemocy.

Popełniliśmy katastrofalny błąd kategoryzacji. Traktujemy antysemityzm jako postawę, którą można skorygować poprzez edukację, podczas gdy w rzeczywistości jest on coraz częściej instrumentem władzy. Błagamy o „zrozumienie” ludzi, którzy doskonale rozumieją sytuację – i którzy wykorzystują nasze błagania jako dowód swojej moralnej dominacji. Domagamy się „dialogu” z tymi, którzy używają go tak, jak podpalacz używa wody: aby kontrolować ogień, który sami wzniecili.

Weźmy pod uwagę Nowy Jork. W tym i poprzednim miesiącu rabini, którzy od dawna krytykowali burmistrza elekta Zohrana Mamdaniego, spotkali się z nim i wychwalali go jako dobrego słuchacza, obiecując „wzmocnienie komunikacji” i organizację kolejnych spotkań. „Zachwyceni” – tryskali entuzjazmem niczym nastolatkowie po pierwszej randce. On słuchał. Kiwał głową. Obiecał „komunikację”. A oni wyszli z poczuciem, jakby coś wygrali. Taka jest patologia diaspory: zastępowanie zwycięstwa uznaniem.

Ponadto jeden z rabinów obecnych na tym spotkaniu jest członkiem zespołu przejściowego Mamdaniego. Księgi Machabejskie opisują, jak w chwili, gdy uwaga Seleucydów skierowała się gdzie indziej, a imperialny zapał ostygł, zhellenizowani Żydzi pośpieszyli, aby podtrzymać wojnę – apelując do króla i błagając o przybycie zaufanego człowieka z wojskiem, który „naprawiłby” sytuację w Judei: „Wyślij człowieka, któremu ufasz… i niech ich ukarze”.

Nie mogli pokonać żydowskiej suwerenności samodzielnie, więc zlecili to zadanie imperium. Dzisiaj ten outsourcing jest łagodniejszy (komunikaty prasowe, spotkania, zespoły ds. transformacji), ale cel pozostaje identyczny: oswoić żydowską potęgę i uzależnić przetrwanie Żydów od dobrej woli tych, którzy ich nie znoszą.

Bondi Beach to efekt tej transakcji.

Efektem tej transakcji jest również kolejna groteskowa sytuacja: Żydzi należą do najhojniejszych darczyńców społecznych na Zachodzie, a mimo to mówi się im – pośrednio i bezpośrednio – że ich przetrwanie musi być finansowane jako szczególny wyjątek. Historyk Jack Wertheimer szacuje, że do 2021 r. Żydzi przekazywali na cele żydowskie (w tym związane z Izraelem) od 13 do 14 mld dolarów rocznie. A jednak znaczna część żydowskich darowizn nadal płynie na zewnątrz.

W dużym ogólnokrajowym badaniu dotyczącym darowizn amerykańskich Żydów darczyńcy przekazali około 38 procent swoich środków organizacjom żydowskim, co oznacza, że większość ich darowizn trafiła do beneficjentów niebędących Żydami. Wśród darczyńców o niższych dochodach wskaźnik ten wyniósł zaledwie 25 procent.

Wzór jest oczywisty: przez dziesięciolecia finansowaliśmy instytucje publiczne – uniwersytety, szpitale, muzea – jednocześnie niedoinwestowując w podstawowe potrzeby własnej społeczności: znajomość kultury, więzi z Izraelem oraz zdolność polityczną i operacyjną do prewencji. Mój przyjaciel, prawnik i inwestor Daniel Arbess, ujął to doskonale: przekazaliśmy pieniądze, ale nie wystarczająco dużo „światła i siły”. A potem jesteśmy zszokowani, że instytucje, które finansowaliśmy, nie spieszą się z naszą obroną, a koalicje polityczne, którym daliśmy władzę, nie traktują zagrożenia jako pilnego.

Co więc robią rządy, gdy nadchodzi czas zapłaty? Nie rozliczają ideologii. Nie prowadzą trwałych represji wobec sieci zastraszania. Oferują teatr bezpieczeństwa. Po ataku na Bondi Beach miasta na całym świecie wzmocniły nadzór policyjny wokół wydarzeń chanukowych. Jest to konieczne, ale stanowi również oskarżenie: Żydzi muszą żyć za barykadami, ponieważ państwo waha się przed konfrontacją z kulturą, która tych barykad wymaga.

I tak wykonujemy rytuał nowoczesnego zarządzania diasporą: płaszczymy się o uznanie w retoryce i negocjujemy niewielkie zwiększenie budżetu na ochronę, jakby Żydzi byli petentami u bram pałacu.

W niedzielę wieczorem w Amsterdamie, tuż po masakrze na Bondi Beach, najbardziej prestiżowa sala koncertowa miasta zamieniła żydowski koncert chanukowy w polityczny teatr moralnego niepokoju z udziałem głównego kantora wojskowego Izraela. Incydent ten doprowadził do pozwów sądowych i nagłych zmian decyzji, a setki protestujących zwolenników Hamasu zaatakowało uczestników koncertu, podczas gdy policja przyglądała się temu bezczynnie. Oto miejsce, w którym się znaleźliśmy: żydowskie uroczystości wymagają wyroków sądowych, specjalnych warunków i domyślnego ostrzeżenia, że żydowskie życie publiczne jest dozwolone tylko wtedy, gdy przejdzie test ideologiczny.

Ostrzeżenie profesor Ruth Wisse dotyczące żydowskiej skłonności do ustępstw uderza w sedno. Strategia polityczna ustępstw staje tu naprzeciw tradycji politycznej podbojów. Samozwańcza mniejszość szuka tolerancji u ruchu, który nie dąży do pluralizmu, lecz do hegemonii. Ustępstwa w takiej sytuacji nie kończą wojny – one ją przedłużają i przybliżają.

Dlatego reakcja na Bondi Beach – wzmocnienie bezpieczeństwa po fakcie i uroczyste przemówienia przy jednoczesnym powrocie do tego samego liberalnego klimatu – jest nie tylko niewystarczająca. Jest czynnikiem przyspieszającym upadek. Kiedy uczy się społeczeństwo, że antysemityzm jest „złożoną rozmową”, gwarantuje się, że ta rozmowa ostatecznie przerodzi się w konfrontację.

To prowadzi nas do Chanuki. Lekcją tego święta nigdy nie były same świece; była nią odwaga i determinacja mniejszości w obliczu imperialnej kultury oraz wewnętrznej elity, która uważała kapitulację za jedyną rozsądną opcję. Powstanie Machabeuszy powiodło się nie dlatego, że Żydzi znaleźli lepsze argumenty, ale dlatego, że odrzucili przypisaną im rolę: posłusznej mniejszości i wdzięcznego klienta, który jest bezpieczny tylko wtedy, gdy pozostaje niewidoczny.

Wybór należy do nas. Możemy nadal targować się o uznanie, mylić dostęp do władzy z realną ochroną i oklaskiwać przywódców za to, że nas „słuchają”, podczas gdy tłumy uczą się, że mogą bezkarnie zastraszać. Albo możemy ponownie nauczyć się lekcji Chanuki.

Godność Żydów nie jest dana raz na zawsze; musi być broniona – politycznie, kulturowo, a w razie potrzeby fizycznie – poprzez naleganie na równe egzekwowanie prawa i odmowę negocjacji, które ograniczyłyby życie Żydów do strzeżonego getta. Jeśli Bondi Beach czegoś nas uczy, to tego, że czas negocjacji dobiegł końca. Jeśli nie wykształcimy w sobie nawyków władzy (wspomnianego „światła i siły”), pozostaną nam jedynie nawyki strachu.

Chanuka w swoim pierwotnym znaczeniu jest potępieniem postawy uległości. Podkreśla, że mały naród nie przetrwa dzięki wygrywaniu deklaracji, ale dzięki wygrywaniu walk: prawnych, kulturowych i politycznych.

W powieści o Machabeuszach „My Glorious Brothers” rzymski urzędnik pisał do Senatu po uzyskaniu przez Judeę niepodległości w 142 r. p.n.e., że Żydzi stoczyli 12 dużych bitew i 340 mniejszych potyczek. Uznał to za klucz do ich zwycięstwa: ta pozornie bezbronna kraina, bez stałej armii i silnej administracji, dosłownie wykrwawiła imperium.

Chanuka upamiętnia odmowę uzależnienia bytu od nastrojów obcych. To nie tylko zapalanie świec, ale decyzja: czy chcemy być narodem, który prosi o pozwolenie na istnienie, czy takim, który pamięta, jak zachować suwerenność.


Porozumienie Żydów z Zachodem szybko się rozpada

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.