
Alicja Teodorescu
Piętno antysemityzmu w Auschwitz zmieniło język i powróciło jako moralna wyższość. W Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu niepokoi nie tylko historia, ale przede wszystkim teraźniejszość.
Mówi się, że kultura jest sumieniem społeczeństwa; w każdym razie wiele osób ze świata kultury przesadza z pochlebstwami na swój temat. Osobiście nie wiem, czy jest to powód do dumy – sumienie, którym tak chętnie się chwalą, wydaje się niezwykle wybiórcze i moralnie zbankrutowane.
W kinie Zita w centrum Sztokholmu wyświetlany jest obecnie film Mistrz i Małgorzata – arcydzieło Michaiła Bułhakowa o naturze zła, cenie tchórzostwa i skłonności człowieka do ulegania totalitaryzmowi. Ironia tej sytuacji jest niemal nie do zniesienia. Już w holu wejściowym widzowie zderzają się z politycznym manifestem: puszką na datki dla Palestyny oraz palestyńską flagą, które w praktyce sygnalizują, kto jest tu mile widziany, a kto nie.
Kilka dni temu organizacja BDS Sverige ogłosiła, że w Sztokholmie, Malmö i Göteborgu przybyło „13 nowych miejsc wolnych od apartheidu!”. Na zaktualizowanej liście znajduje się, co nie jest zaskoczeniem, właśnie kino Zita. Lokal ten został „uhonorowany” naklejką w oknie z napisem informującym, że jest to tzw. „strefa wolna od apartheidu” (AFZ). Według BDS taki podmiot aktywnie odmawia przyczyniania się do – w ich mniemaniu – łamania prawa międzynarodowego przez Izrael.
Kryteria uzyskania statusu AFZ, o których pisałam już wcześniej, wymagają od danej instytucji: 1) umieszczenia naklejki w oknie i ogłoszenia tego faktu w mediach społecznościowych, 2) bojkotu firm z listy (m.in. Burger King, Coca-Cola, Siemens, Zara, HP, Lidl oraz „izraelskich owoców, warzyw i win”), a także 3) deklaracji stałego zaangażowania w sprawdzanie swoich zakupów i inwestycji.
W przypadku kina Zita sytuację komplikuje fakt, że to rasistowskie podejście – którego ukrytą ambicją jest de facto ustanowienie stref wolnych od Żydów – jest finansowane z kieszeni podatników. Jest to o tyle nielogiczne i bolesne, że zdecydowana większość Żydów w Szwecji uważa, że Izrael ma prawo do istnienia.
W grudniu 2024 roku Zita otrzymała od administracji kultury miasta Sztokholm dotację na rok 2025 w wysokości 1,5 miliona koron. Radny opozycji Jan Jönsson (L) uznał jednak, że miasto powinno przyznać kinu pełną kwotę, o którą wnioskowano – sześć milionów koron rozłożonych na trzy lata. W rezultacie podjęto nową decyzję, na mocy której kino otrzyma w bieżącym roku dodatkowe 450 000 koron z publicznych pieniędzy.
Podsumujmy: czerwono-zielone władze Sztokholmu dotują działalność, która w sercu stolicy otwarcie dyskryminuje Żydów. Cała ta sytuacja jest uderzająco konsekwentna w swojej moralnej niekonsekwencji.
We wtorek przypada rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Zostałam zaproszona do udziału w kilku wydarzeniach, w których – zgodnie z tradycją – weźmie udział rzesza polityków wszystkich opcji, osobistości świata kultury i intelektualistów. Pojawią się tam nawet ci, którzy chętnie bojkotują Izrael, uznają każdą jego operację obronną za nieproporcjonalną i którzy swoimi słowami oraz czynami realnie przyczynili się do nowej fali antysemityzmu.
Pomiędzy kurtuazyjnymi uściskami wygłoszone zostaną podniosłe przemówienia. Zdjęcia nielicznych ocalałych obiegną media społecznościowe, zdobiąc posty pełne frazesów o „odpowiedzialności”, „braku akceptacji dla nienawiści” i haśle „nigdy więcej”.
Ale jakie to ma znaczenie? Jak można mówić o odpowiedzialności, nie dotykając kwestii winy? Co znaczy, że coś jest „nie do przyjęcia”, skoro pozwala się na to bez żadnych konsekwencji? Praktycznie nikt nie jest skazywany za podżeganie do nienawiści rasowej. W każdy weekend transport publiczny w centrum Sztokholmu paraliżują demonstranci, politycy i dziennikarze są zastraszani, a swoboda myśli kurczy się z każdym dniem. Gdzie jest to „nigdy więcej”, skoro na naszych oczach wszystko mówi raczej „znowu”? Widzą to zwłaszcza żydowskie dzieci, które potrzebują ochrony uzbrojonej policji, idąc do szkoły, na obóz letni czy do synagogi.
Bolesne jest uświadomienie sobie, że większość tych obchodów to tylko spektakl, beztroska gra pompatycznymi słowami. Nikt już nie może z czystym sumieniem twierdzić, że społeczeństwo wyciągnęło wnioski z Zagłady. Jak można wyciągnąć wnioski z największej zbrodni przeciwko ludzkości, nie rozumiejąc, że to właśnie antysemityzm był źródłem zła wtedy – i jest nim dzisiaj?
Tysiącletnia nienawiść, która miała rzekomo zniknąć wraz z dymem z krematoriów, powróciła. Nie pokonały jej podróże pamięci, lekcje historii ani filmy. Antysemityzm po prostu zmienił postać. Niczym feniks odrodził się z popiołów Auschwitz pod nazwą antysyjonizmu. To ideologia, która umiejętnie obarcza zbiorową winą Żydów, czyniąc z ich jedynego schronienia – Izraela – państwo-pariasa. Odmawia ona Żydom prawa, które każdy inny naród uważa za oczywiste: prawa do suwerenności i samoobrony.
Antysemityzm zawsze był kameleonem. Raz Żydzi „zabijali Jezusa”, innym razem „zatruwali studnie”, „kontrolowali banki”, „byli nielojalni wobec korony”, „korumpowali rasę aryjską” czy „wyzyskiwali robotników”. Dziś są „imperialistami”, „kolonizatorami” i „syjonistami”.
Jeśli celem nazistów w latach 30. było pozbawienie Żydów praw państwowych, by uczynić ich bezbronnymi, to celem dzisiejszych radykalnych środowisk lewicowych jest pozbawienie Izraela – a tym samym każdego Żyda – prawa do bezpieczeństwa i siły. Istota pozostaje ta sama: Żydzi mają zostać pozbawieni podmiotowości. Najpierw społecznej, potem politycznej, a na końcu fizycznej.
Nienawiść do Żydów, która staje się normą w świecie zachodnim, nie wynika z działań Izraela w Strefie Gazy. To potworne oskarżenia o ludobójstwo wynikają z głęboko zakorzenionej nienawiści do Żydów. Te ataki to nie „moralna jasność”, lecz odwieczny, atawistyczny odruch. Antysemityzm dostosowuje się do czasów, nigdy do prawdy.
Kłamstwo na temat Izraela jest skuteczne, bo daje antysemityzmowi nowe alibi. Pozwala ponownie uczynić z Żydów „problem świata”, ale tym razem w aurze moralnej wyższości i postępowych haseł. Jeśli Żydzi nie mogą czuć się bezpieczni nawet we własnym państwie, historia zatacza swój złowrogi krąg.
W Dzień Pamięci o Holokauście każde miejsce związane z kulturą żydowską będzie wymagało ochrony policyjnej. Nie po to, by chronić większość przed ekstremistami, ale by chronić mniejszość przed biernością większości.
Łatwo jest potępiać antysemityzm historyczny – ten zarchiwizowany, bezpieczny i niemy. To nie wymaga odwagi. Ale współczesny antysemityzm – ten wykrzykiwany na ulicach, normalizowany na uczelniach i legitymizowany przez instytucje kultury – wymaga zajęcia stanowiska. I tu nasze społeczeństwo zawodzi. Bo czym jest pamięć, jeśli nie niesie za sobą konsekwencji w teraźniejszości?
Kiedy więc w tym roku ponownie będą Państwo upamiętniać Holokaust, proszę przestać pytać o to, co Państwo pamiętają. Proszę zapytać o to, co Państwo tolerują. Gdybyśmy naprawdę wyciągnęli wnioski z historii, antysemityzm w swojej nowej odsłonie nigdy nie zostałby zaakceptowany – ani w kulturze, ani w polityce, ani tym bardziej za publiczne pieniądze.
Najbardziej gorzką prawdą jest to, że „nigdy więcej” przestało być obietnicą, a stało się rytuałem. Pozbawionym treści, za to pełnym samooszukiwania się. I dopóki będziemy go tylko recytować, historia będzie się powtarzać. Znowu.
Pamięć o Holokauście zredukowana do rytuału
Kategorie: Uncategorized

