
Vanessa Berg
Żydzi powinni rozpoznać prawdziwego faszystę, gdy go spotkają.
Nazywanie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa „faszystą” stało się politycznym fetyszem – zjawiskiem, które obraża historię, pamięć i miliony ludzi faktycznie cierpiących pod rządami realnego faszyzmu. Termin ten jest często używany z taką moralną pewnością, jakby samo jego wypowiedzenie automatycznie wygrywało debatę, kończyło dyskusję i zwalniało mówiącego z obowiązku krytycznego myślenia czy intelektualnego wysiłku.
Jednak z żydowskiej perspektywy (i z pewnością nie tylko z niej) oskarżenie to jest nie tylko błędne, ale także głęboko obraźliwe. Nie dlatego, by Trump był ponad krytyką. Nie jest. Może być kontrowersyjny, szorstki i impulsywny. Jego język bywa dosadny, instynkty polaryzujące, a styl uprawiania polityki dla wielu jest głęboko niepokojący. Rozsądni ludzie mogą zdecydowanie sprzeciwiać się jego polityce, temperamentowi czy wyznawanym wartościom.
Ale nic z tego nie czyni go faszystą. Słowa mają znaczenie – zwłaszcza dla Żydów, którzy rozumieją faszyzm nie jako abstrakcyjną etykietę akademicką czy polityczną obelgę. Faszyzm to nie jest „klimat”. To nie autorytarna estetyka, ostra retoryka czy lider z kultem osobowości.
Faszyzm to totalitarny system polityczny o wyraźnych cechach historycznych: rządy jednej partii, zlanie się aparatu państwowego z ideologią, likwidacja niezależnych sądów, tłumienie opozycji siłą, kryminalizacja sprzeciwu, media pod całkowitą kontrolą państwa i normalizacja politycznego terroru. To system, w którym władza nie podlega żadnym ograniczeniom, nie toleruje się oporu, a mniejszości pozbawione są jakiejkolwiek ochrony. Jeśli te elementy nie występują, etykieta ta jest nadużyciem.
Dla Żydów nie jest to kwestia teoretyczna. Faszyzm nie jest czymś, o czym czytaliśmy jedynie w felietonach czy na Twitterze. To reżim, który pozbawił naszych dziadków obywatelstwa, zawodu, godności, a ostatecznie życia. To system, który za pomocą prawa, kultury i siły przekształcił Żydów w „podludzi”. Kiedy Żyd słyszy słowo „faszysta”, nie myśli o „polityku, którego nie lubi”. Myśli o tajnej policji, partyjnych milicjach, paleniu książek, czystkach i państwie, które zmobilizowało całe społeczeństwo do eliminacji „wroga wewnętrznego”.
Ta historia nakłada na nas obowiązki. Jednym z nich jest precyzja.
Donald Trump nie zniósł wyborów. Nie zakazał działalności partii opozycyjnych. Nie zamknął wolnej prasy ani nie znacjonalizował mediów. Nie zlikwidował sądów ani nie ustanowił państwa jednopartyjnego. Nie wprowadził masowych więzień politycznych ani systemowej przemocy wobec dysydentów. Instytucje amerykańskiej demokracji nie załamały się podczas jego pierwszej kadencji i nie załamują się teraz. Nie czyni to Trumpa postacią z natury godną podziwu, ale sprawia, że określenie „faszysta” staje się rażąco nieścisłe.
Trumpa lepiej rozumieć jako „stress test” dla systemów społeczno-politycznych, które od dawna były niewydolne, a które elity wolały zamiatać pod dywan. Ujawnił on głębokie podziały kulturowe, porażki establishmentu i dysfunkcję mediów. Takie testy wytrzymałościowe są bolesne. Mogą destabilizować i wyglądać odpychająco. Nie są jednak faszyzmem. Mylenie tych dwóch pojęć nie jest przejawem czujności, lecz politycznej ignorancji.
Szczególnie rażącym przykładem historycznej przesady jest porównywanie Gestapo do ICE (amerykańskiej służby imigracyjnej). Gestapo, utworzone przez nazistów w 1933 roku, było tajną policją służącą egzekwowaniu totalitarnej ideologii i systematycznemu mordowaniu „wrogów państwa”. Natomiast ICE powstało w 2003 roku jako agencja federalna odpowiedzialna za bezpieczeństwo granic i egzekwowanie przepisów imigracyjnych. Działa ona pod nadzorem sądów i w granicach prawa – co jest przeciwieństwem nieograniczonej, morderczej władzy Gestapo. Porównywanie tych instytucji bagatelizuje horror Holokaustu i jest krzywdzące dla ofiar prawdziwego terroru.
Podobnie rzecz ma się z nazywaniem ośrodków zatrzymań dla nielegalnych imigrantów „obozami koncentracyjnymi”. Egzekwowanie prawa imigracyjnego w demokratycznym państwie, gdzie cudzoziemcy mają prawo do drogi sądowej i ochrony procesowej, w żaden sposób nie przystaje do machiny zagłady stworzonej przez III Rzeszę.
Oczywiście krytycy twierdzą, że retoryka Trumpa to „preludium do faszyzmu”. Argument ten odwołuje się do strachu i żywej pamięci o historii, ale w starciu z faktami traci na sile. Preludium oznacza stopniowe niszczenie norm, umacnianie władzy absolutnej i uwiąd instytucji. Tymczasem podczas prezydentury Trumpa sądy uchylały jego decyzje, wolne media atakowały go bez litości i represji, a stany zachowały swoją niezależność. Jeśli to miało być preludium do dyktatury, to – według standardów historycznych – było ono wyjątkowo nieudolne. Był to raczej sprawdzian dla demokracji, który system ostatecznie zdał.
Nazywanie Trumpa faszystą zwalnia jego przeciwników z odpowiedzialności. Zamiast zastanowić się nad własnymi błędami – takimi jak próba ukrycia stanu zdrowia Joe Bidena czy wyznaczenie Kamali Harris bez realnych prawyborów – lewica woli siać panikę. Przedstawianie rzeczywistości jako walki z „faszyzmem” staje się wygodną przykrywką dla niezdolności Demokratów do zaproponowania spójnej, merytorycznej wizji, która porwałaby wyborców.
Kiedy wszystko staje się faszyzmem, nic nim nie jest. Jeśli każdy kontrowersyjny polityk jest Hitlerem, to słowo to przestaje być ostrzeżeniem, a staje się jedynie retorycznym narzędziem. Jaki język nam pozostanie, gdy pojawi się prawdziwe zagrożenie? Inflacja języka moralnego sprawia, że społeczeństwo staje się obojętne.
W prawdziwych reżimach faszystowskich Żydzi nie kłócili się o etykiety w mediach społecznościowych, bo nie było wolnych mediów. Wybory nie były przedmiotem sporów prawnych; po prostu ich nie było. To są fakty historyczne, których ignorowanie jest lekceważeniem pamięci ofiar.
Pamięć żydowska nie może być wykorzystywana jako broń w partyjnych gierkach. Hasło „Nigdy więcej” nie oznacza „zawsze, gdy nie lubię jakiegoś polityka”. Ma być jasnym i trzeźwym ostrzeżeniem. Można sprzeciwiać się Trumpowi, odrzucać jego politykę i głosować przeciwko niemu, nie niszcząc przy tym znaczenia słów, które opisują największe tragedie ludzkości.
Faszyzm nie jest metaforą. Jest systemem. A my powinniśmy znać różnicę.
Nazywanie Trumpa „faszystą” jest obraźliwe.
Kategorie: Uncategorized

