
Geniusz który zdemoralizował moją żonę
W chwili, gdy w Warszawie rozgorzała krwawa wojna lądowa między ostrokaniecznikami i tupokaniecznikami, otrzymałem z Lundu sympatyczny list od jednego z trzech żyjących nadal moich przyjaciół z chederu o nazwie Szkoła TPD nr 8, przy Jagielońskiej 28 w Warszawie, w którym człowiek o nazwisku Tugendraich, przypomniał mi między innymi sylwetkę Antoniego Macierewicza. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w naszym marymonckim grajdołku między ulicą Podleśną i Placem Wilsona (naówczas Komuny Paryskiej) Antoś biegał w koszulce z portretem Che Guevarry autorstwa Andy Warhola na piersi. Nie mogę się wyprzeć, że w tamtych radosnych czasach, kiedy mniej dokuczał reumatyzm , a kobiety były młodsze, sympatyzowałem z Antonim i zawsze, gdy był zamykany przez milicję na sakramentalne 48 godzin, autem Fiat 126p odwoziłem jego córeczkę z przedszkola przy Mickiewicza do domu na osiedlu „Ruda” przy Klaudyny, gdzie mieszkamy do dziś po sąsiedzku.
W opisie wojny lądowej między Tuskiem i Kaczyńskim sięgnąłem po terminologię rosyjską, ponieważ lepiej opisuje ona casus belli zwolenników napoczynania jajka na miękko od ostrej strony, ze zwolennikami napoczynania jajka od strony tępej, tak malowniczo opisanej w rozdziale „Guliwer w krainie liliputów” przez Jonathana Swifta. Prezydent mógłby zastosować akt łaski wobec siedzących w pierdlu dwu naczelnych siepaczy Kaczyńskiego, Tusk mógłby poprosić ministra Bodnara o zmiłowanie, ale dla obu zwaśnionym stron jest wygodniej, gdy Kamiński z Wąsikiem pozostają za kratami, więc trwa jałowa szermierka na paragrafy.
Kiedy mój przyjaciel z Lundu żenił się z siostrą stryjeczną mojej żony o tym samym piastowskim nazwisku Kołodziejska, zaproponowałem mu, żebyśmy zamienili się nazwiskami. Niech on nazywa się Kopeć, a ja wezmę sobie nazwisko Tugendraich. I naprawdę nie myślałem wówczas o tych kilku kamienicach przy ulicy Targowej, które były niegdyś w posiadaniu krewniaków rabina z Wielkiej Synagogi przy ulicy Tłomackie, narożnik Placu Dzierżyńskiego (dziś Placu Bankowego). Byłem początkującym dziennikarzem z wielkimi ambicjami i starałem się o wejście do zespołu „Polityki” redaktora Rakowskiego. Jerzy Urban wydrukował sześć moich kawałów, za które później otrzymałem komunistycznego Pulitzera im. Juliana Bruna. Już byłem w ogródku, już prawie witałem się z gąską, lecz właśnie moczarowcy wywalili Wandę Falkowską z „Przekroju” za żydowskie pochodzenie, i to właśnie jej przypadł przyobiecany mi etat. „Jest pan młody, pan może poczekać”- powiedział mi redaktor, więc czekałem. Po jakimś czasie moczarowcy wywalili z roboty w „Perspektywach” markowego publicystę ekonomicznego Andrzeja Mozołowskiego za pochodzenie jak wyżej, toteż właśnie jemu przypadł kolejny wolny etat w „Polityce”. Gdybym nosił nazwisko Tugendraich, w dziennikarstwie poszłoby mi łatwiej i nigdy nie wylądowałbym w „Kulturze” Jarnusza Wilhelmiego.
O zespole dziennikarskim „Kultury” Rakowski w swoich monumentalnych „Dziennikach” napisał, że składał się on głównie z „żyletkarzy”. Termin „żyletkarze” zastrzeżony był da zoologicznych antysemitów z ONR- Falanga. Żyletkarzem nie mógł być felietonista Szeląg (pseudonim Zbigniewa Mitznera) z przyczyn oczywistych. Pewne wątpliwości miałem co do Witolda Zalewskiego, pisarza chłopskiego, i Romana Bratnego, który uwielbiał polować na głuszce w okresie godowym. Ale przecież Krzysztof T. Toplitz ze znakomitego rodu finansistów żydowskich, nie mógłby przyjaźnić się z żyletkarzami!
Może Rakowskiemu chodziło o „czerwonego hrabiego” Dominika Horodyńskiego, który objął „Kulturę” po mianowaniu Wilhelmiego na stanowisko ministra kultury i sztuki? Właściwie nie wiadomo czy stało się to przed, czy też po mianowaniu, bowiem nominacja Wihemiego na ministra nastąpiła w momencie, gdy znajdował się na pokładzie rejsowego samolotu do Sofii, który na moment przed lądowaniem zderzył się z wojskowym Migiem-19. Nie jest całkiem wykluczone, że Janusz Wilhelmi na stanowisko ministra Kultury i Sztuki mianowany został pośmiertnie.
Zagłębiam się we wspomnienia aktora Jerzego Karaszkiewicza:
«W te ponure dni mój przyjaciel Janusz Głowacki zabrał mnie ze sobą do Romana Bratnego na spożywanie ustrzelonego przez niego głuszca. Był tam jeszcze Krzysztof Teodor Toeplitz. Pojadamy więc sobie ptaszysko, popijamy wódeczkę, gaworzymy sobie przyjemnie, i oczywiście o polityce. Jesteśmy wszyscy zgodni. Marcowa heca budzi nasz wstręt. I nagle dzwonek do drzwi i pojawia się redaktor Dominik Horodyński, który właśnie przyleciał z Rzymu, gdzie był korespondentem, i prosto z lotniska wpada do Bratnego pytać, co jest grane. Bratny z Toeplitzem tłumaczą mu nową, dziwną sytuację. Pan Dominik chłonie te informacje i widać wyraźnie, że się boi. Pyta, czy on przypadkiem komuś nie podpadł. Do kogo teraz można się udać. Kto jest mocny, a kto jest do tyłu. Chce się upewnić, z kim od jutra może się bez obawy spotykać.
I wtedy odbiła mi szajba. Zacząłem udawać, że jestem Ryszardem Gontarzem. Nic mu to nazwisko nie mówiło. No to mu w krótkich żołnierskich słowach wyjaśniłem, kim jestem. Poprosiłem, by mi powiedział, jak spędzał czas w Rzymie. Z kim się kontaktował i co wygadywał na różnych przyjęciach i bankietach. Pan korespondent początkowo się stawiał, wypraszał sobie podobne traktowanie, lecz ponieważ uczestnicy kolacji milczeli jak zaklęci, powoli zaczął mięknąć. Spytał, jak ma mnie tytułować. „Mówcie do mnie, Horodyński, po prostu redaktorze” – odpowiedziałem bezczelnie. I tak sobie już dalej gawędziliśmy. Ja do niego „wy, Horodyński”, a on do mnie „panie redaktorze”. Kazałem mu zgłosić się już jutro do mnie na Rakowiecką. „Przepusteczka będzie na dyżurce, Horodyński. Macie przyjść o ósmej rano. O ósmej, Horodyński. Nie pięć po, nie trzy, ale o ósmej. Jasne?”. „Jasne. Będę punktualnie” – odpowiedział nieszczęsny korespondent. I wtedy poczułem, że przestało być zabawnie. Z niesmakiem odkryłem w sobie objawy sadyzmu, których istnienia nie podejrzewałem. Nie wiedziałem, jak z tego wybrnąć. Posunąłem się przecież bardzo daleko. Do granicy chamstwa.
Wtedy zlitował się nad nieszczęśnikiem pan Krzysio Toeplitz. Wziął biedaka na stronę i wyjaśnił mu całą tę mistyfikację. Pan korespondent wrócił do pokoju, spojrzał na mnie z pogardą i rzekł: „Niech pan sobie nie wyobraża, że udało się panu mnie nabrać. Taki nędzny aktorzyna jak pan nie był w stanie mnie oszukać”. Przyjąłem te słowa z pokorą.
Scenę tę opisał Roman Bratny w „Pamiętnikach moich książek”, lecz niedokładnie, nieśmiało i bez nazwisk. »
Razi mnie wesołkowaty ton wspomnień znanego aktora. W cytowanym fragmencie z redaktora „Kultury” znany aktor robi głupca i tchórza, którym Dominik Horodyński był niekoniecznie. Głuszca w miesiącach wiosennych (tuż po Marcu 1968!), kiedy polowania na tego ptaka w okresie lęgowym były zakazane (dziś głuszec jest pod ochroną ścisłą i całoroczną), spożywali trzej moi starsi koledzy redakcyjni z tygodnika „Kultura” – Bratny, Toeplitz , Głowacki – i „nędzny aktorzyna” , mistrz epizodów i ról drugoplanowych. Na biesiadzie wyraźnie brakuje Witolda Zalewskiego, pisarza wsławionego socrealistycznym produkcyjniakiem „Traktory zdobędą wiosnę”, „nędzny aktorzyna” stanowi zaś trudną do objaśnienia superatę.
Gdyby przyjaciel z Lundu zamienił się ze mną nazwiskami, może jako zasłużony dziennikarz o nazwisku Tugendraich, byłbym doczekał w „Polityce” triumfu Koalicji 15 Października 2023. Niestety mój los potoczył się inaczej i w stanie wojennym, po ekspulsji z zawodu dziennikarskiego musiałem skorzystać z litościwego zaproszenia redakcji paxowskiego dziennika „Słowo Powszechne”, bo gdzieś musiałem zarabiać na przetrwanie z dwójką drobiazgu i z niepracującą żoną. Po korytarzach i pokojach redakcyjnych snuł się falangistowski duch prezesa Bolesława Piaseckiego, ale żywi ludzie z którymi przyszło mi obcować, byli zdumiewająco sympatyczni i kulturalni, zupełnie tak, jak dziś sympatyczny i kulturalny wydaje mi się Krzysztof Bosak. Po odejściu Romana Giertycha objął przywództwo Młodzieży Wszechpolskiej, ale pomimo wszystko wydaje mi się, że Bosak po konwersji, nie raziłby swoją obecnością w jakijeś partii przyzwoitszej od faszyzującej Konfederacji. Chyba rozumiem powody, da których Adrian Zandberg do pomysłu Lewicy, by zdymisjonować Bosaka ze stanowiska wicemarszałka sejmu, zdołał przekonać zaledwie garstkę posłów.
Krzysztof Bosak z Konfederacji miał być odwołany z funkcji marszałkowskiej, ponieważ w dniu, gdy Grzegorz Braun w kuluarach sejmowych gasił świece chanukowe gaśnicą proszkową, a potem wdrapał się na mównicę sejmową i wygłosił mowę pełną jadu i bluzgu na temat migrantów, osób narodowo obcych, mniejszości seksualnych, tudzież biurokracji unijnej, nie przerwał jego słowotoku i dalsze prowadzenie obrad zmuszony był przejąć marszałek Hołownia. Miarka porażki krasomówczej Adriana Zanderga przelała się w momencie głosowania nad uchwałą o odebraniu Grzegorzowi Braunowi immunitetu poselskiego, kiedy to zgoda na wszczęcie przez prokuraturę stosownego dochodzenia uchwalona została przez sejm prawie jednomyślnie!
Gdyby mój przyjaciel z Lundu przyjął słowiańskie i plebejskie nazwisko Kopeć, nigdy nie musiałby opuszczać ojczyzny- polszczyzny, ale jestem dumny z jego trwania przy swoim szlachetnym nazwisku Tugendraich, chociaż sprowadzało to na niego rozliczne kłopoty. Wytrzymał kilka lat opresji i w końcu pociągiem Moskwa -Wiedeń z przystankiem na Dworcu Gdańskim odjechał na Zachód jako ostatni Żyd z naszej szkoły TPD 8, mieszczącej się w zabudowaniach po niegdysiejszym Zakonie Machabeuszowym. Konduktor miał już zagwizdać na odjazd pociągu, kiedy na Peron Trzeci w rozwianym czarnym paltocie, z rozchełstanym białym szalikiem i z obowiązkową muszką na smokingowej koszuli, wbiegł „hrabia” Janusz Korwin Mikke. Zdążył jeszcze przekazać mojemu przyjacielowi powieść „Niezwyciężony” z zaleceniem, żeby w Szwecji powalczył o Nobla dla jej Autora. I pociąg ruszył …
Jak wiadomo, Lem nagrody Nobla nie otrzymał, co źle świadczy o staraniach potomka szlachetnego rodu Tugendraichów. Ponieważ historyczny egzemplarz „Niezwyciężongo” z odciskiem kciuka posła Mikkego trafił do mojego księgozbioru, to ja powinienem teraz rozpocząć starania o przyznanie przez królewską akademię w Sztokholmie pokojowej nagrody Noba dla naszego antysemity wzorcowego za napisanie podręcznika do gry w brydża sportowego, bo brydż buduje przecież mosty między ludźmi poszczególnymi i narodami…
Genialny karciarz JK-M był niekwestionowanym autorytetem brydżowym dla zawodnika klasy międzynarodowej o nazwisku Tugendraich i dla mojej biednej pierwszej żony, która oszalała z zachwytu, kiedy usłyszała z ust hrabiego Janusza, że naprawdę znakomicie prowadzi „rozgrywkę na przymus zrzutkowy”. Przyjaciel po dzień dzisiejszy grywa w turniejach brydżowych i pochłania mu to wiele czasu, który można byłoby lepiej spożytkować. Moja pierwsza żona popadła natomiast w chorobę brydżową i nie ustawała w wysiłkach dla doskonalenia „przymusu zrzutkowego”. Przypuszczam, że w tej dziedzinie doszła do perfekcji, lecz niestety, ta sinolożka z wykształcenia, poza chińskim i japońskim znała jeszcze kilka europejskich języków, które w obłokach dymu papierosowego poszły w zapomnienie.
Udało mi się w porę wymienić poliglotkę na młodszą kobietę, która o rozgrywkach brydżowych nie ma zielonego pojęcia. Niestety niemożliwym jest korzystnie wymienić przyjaciela z młodości na kogoś bez nałogu brydżowego i przy tym jeszcze starszego.
Jakub Kopeć
Kategorie: Uncategorized

