Uncategorized

Kulmowie. Słonimskower schowany za Schaffem (3)

Jakub Kopec

 Zwykle w domach willowych książki tkwią na półkach przytulonych do ścian na parterze, a sypialnie urządzone są na piętrze. U Kulmów w Strumianach było odwrotnie. Na parterze mieściła się kuchnia  i dwie sypialnie dla gości, a na piętrze przy schodach urządzony był salonik telewizyjny z którego wchodziło się do osobnych gabinetów obojga gospodarzy. I w tych dwu pokojach ściany wytapetowane były książkami od podłogi po sufit. Sypialnia państwa Kulmów

urządzona była przy północnej ścianie domu i wchodziło si do niej przez pracownię Jana. Do łazienki droga była daleka, prowadziła przez schody na parter i dalej przez kuchnię do toalety z wanną i WC,  co zdaje się świadczyć, że seks nie był w tym domostwie ważniejszy od pracy twórczej. Ale przejście przez kuchnię było silnie krępujące dla gości, uciążliwe zaś dla gospodarzy.

        W pamiętnym 1968 roku Jan z Joanną nie znajdowali się nawet w połowie drogi twórczej, ale już oboje byli takimi znakomitościami w życiu kulturalnym epoki gomułkowskiej, że profesor Adam Schaff, strącony właśnie z piedestału i okrutnie poturbowany przez, jak ich nazywał, moczarowskich komuno-faszystów, mógł był bez ujmy dla prestiżu przyjąć zaproszenie na tygodniowy pobyt leczniczy w strumiańskim sanatorium. Oboje Kulmowie stanowili dla niego godnych partnerów do rozmowy o sprawach, na których stoi świat.

     Ja też po marcu 1968, z  zachowaniem wszelkich proporcji, poturbowany byłem przez moczarowskich komuno-faszystów. I zdarzyło się pewnego razu, że odziani w pidżamy, potrąciliśmy się z profesorem w drodze przez ciemną kuchnię. Człowiek w negliżu jest kimś innym, niźli profesor w  garniturze i pod krawatem.  Ale i tak był to jedyny w moim życiu przypadek kiedy otarłem się o wielkość! Teraz przypomina mi się ryzykowny kalambur K.I. Galczyńskiego o „Słonimskowerze schowanym za Schaffem”.  W Strumianach Schaff schronił się za Kulmami.

    Na ślicznym linorycie Jerzego Dudy Gracza zatytułowanym „KLULMOWIE” Jan, obnażony do pasa, pozbawiony jest swojej dostojności. Joanna też jest odmalowana jak gdyby w negliżu. Jednak wielki karykaturzysta, jakim niekiedy bywał wspaniały malarz Duda Gracz, na prawym obnażonym ramieniu Joanny postawił nic nie znaczącą kreskę, która jednak sugeruje, że jest ubrana w suknię na cienkich ramiączkach. Trzeba naprawdę dobrze wpatrzyć się w linorytowy obrazek, żeby to zauważyć.

    Dziś już prawie nikt nie wie, kim był Adam Schaff. Ludzie lepiej poinformowani przypominają sobie tyle zaledwie, że był naczelnym ideologiem partyjnym PZPR, najważniejszym apostołem marksizmu-leninizmu w czasach najgorszego terroru stalinowskiego. Nikt nawet nie próbuje wypełnić tej wstydliwej białej plamy w naszej historiografii. Po 1968 roku Schaff kierował Instytutem Badań Społecznych UNESCO w Wiedniu, ale uporczywie mieszkał nadal w Warszawie. Naprzemiennie dwa tygodnie przebywał nad Dunajem, potem dwa tygodnie nad Wisłą, żeby władza ludowa nie mogła lege artis pozbawić go polskiego obywatelstwa. Nawet w czasach rozluźnionej dyktatury wojskowej generała Jaruzelskiego obowiązywał ścisły zakaz drukowania książek i wymieniania jego nazwiska w czasopismach, w radio i w telewizji.

   W Wikipedii pod hasłem „Klub Rzymski” można przeczytać:

  «„Granice Wzrostu” (ang. Limits to Growth) – wydana przez Klub Rzymski w 1972 książka analizująca przyszłość ludzkości wobec wzrostu liczby mieszkańców Ziemi oraz wyczerpujących się zasobów naturalnych. Autorami opracowania są: Donella H. MeadowsDennis L. MeadowsJørgen Randers i William W. Behrens

   Ani słowa o Adamie Schaffie.

    Natomiast pod hasłem „Adam Schaff” ani słowa o tym, że pochodził z bogatej adwokackiej rodziny żydowskiej i jedynie napomknienie, że był jednym ze stu członków „Klubu Rzymskiego”, skupiającego autorytatywnych mędrców świata całego:

    «Pierwsza publikacja Klubu – „Granice wzrostu” została wydana w Polsce w 1973 r. pod tytułem „Raport rzymski”. Wnioski z niej wynikające były katastroficzne – ludzkości grozi zagłada, jeśli nie zostanie zahamowane dotychczasowe tempo przyrostu naturalnego!»

    A ja ze swoich źródeł wiem, że polski tytuł „Raport rzymski”, dla angielskojęzycznej publikacji „Granice wzrostu”, wymyślił polski dyrektor wiedeńskiego  Instytutu Badań Społecznych UNESCO, i że Adam Schaff był inicjatorem publikacji „Granic wzrostu” przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne w 1973 roku, gdy PWN okazało dla niej dyplomatyczne  desinteressement.

   W przepastnej bibliotece Kulmów na poczesnym miejscu tkwiła księga zadedykowana przez autora Joannie i Janowi, którą Japończycy zapragnęli wydać w swoim języku. Azjaci zwrócili się przeto do wydawnictwa PWN , będącego naówczas posiadaczem praw autorskich, o sprzedaż praw do tłumaczenia i przedruku. Transakcja została zawarta, Japończycy przekazali już odpowiednią sumę dolarów za prawo do przedruku i poprosili Wydawnictwo o jeden egzemplarz, słownie jeden egzemplarz wydania polskiego dla celów porównawczych. A tymczasem dzieło, odlane już w sztabkach ołowiowo-cynkowych, zdjęła cenzura! Jak bez wywołania międzynarodowego skandalu wyjaśnić przybyszom z innego świata, że autor Adam Schaff, wydawany w licznych przekładach na wszystkie główne języki europejskie i tłumaczony także na język chiński, nie może być publikowany w kraju macierzystym? Jak uczynić to na tyle delikatnie, żeby nie było konieczności zwracania skonsumowanych już i trudno dostępnych w PRL dolarów?

   Dyrektor Państwowego Wydawnictwa Naukowego znalazł salomonowe rozwiązanie. Uzyskał zgodę Urzędu Kontroli na wydrukowanie książki w dwudziestu sześciu egzemplarzach; jeden egzemplarz dla japońskiego nabywcy praw do przedruku  i dwadzieścia pięć bezpłatnych egzemplarzy dla autora, zgodnie z zawartą umową. I właśnie jednym takim bezpłatnym egzemplarzem autorskim uhonorowani zostali Kulmowie. Ale jaki tytuł nosi ten niesłychany biały kruk? W mrocznych głębinach pamięci bezskutecznie próbuję odtworzyć go sobie. Było w nim jakieś napomknienie o historii. Ale czego to była historia, jakiej dziedziny życia dotyczyła? W dzisiejszych czasach takie rzeczy bez najmniejszego wysiłku odnajduje się internetowej Wikipedii.

   Hasło „Adam Schaff”  w rubryce „Twórczość” w Wikipedii wylicza kilkadziesiąt  filozoficznych dzieł. ale nie odnajduję w tym zestawie poszukiwanego tytułu. Skoro jednak już znalazłem się w tym miejscu, bez wyraźnej potrzeby rzuciłem okiem na rubryczkę „Życiorys”, a tam znalazłem zdanie jakoś dziwnie mi znajome: „Adam Schaff pertraktował z rządem Stanów Zjednoczonych o możliwości finlandyzacji Polski w imieniu dyktatury Jaruzelskiego.”

     Adam Schaff miałby finlandyzować i amerykanizować Polskę w imieniu dyktatury Jaruzelskiego? Wiem od samego wielkiego filozofa marksistowskiego, że jego misja mediacyjna między USA i PRL nie powiodła się, bo ekipa Jaruzelskiego, z niepojętej obawy o własny los i osobisty interes, nie zgodziła się na skorzystanie z amerykańskiej oferty. Także generał Wojciech Jaruzelski w jednej z licznych rozmów, jakie prowadziłem z nim najpierw na potrzeby biografii „Dossier Generała” (Wyd. „Twój Styl”, Warszawa 1992), a później przy zbieraniu materiału do książki publicystycznej „Prowokacja- tumult- pacyfikacja” (Wyd. JJK ,Warsztawa 2000), wyjaśnił mi przekonywająco, dlaczego w mniemaniu jego i jego doradców oferta przyniesiona zza oceanu przez Adama Schaffa była przedwczesną.

    ,Odszukałem odpowiedni fragment w „autobiografii problemowej” Adama Schaffa, zatytułowanej przekornie „Książka dla mojej żony”, którą sam redagowałem i wydałem w  moim niszowym „Wydawnictwie JJK” w 2001 roku:    

     «Prowadziłem (z Amerykanami i z papieżem – przyp. J.K.) na początku lat osiemdziesiątych długie, oficjalne i arcyważne rozmowy (Amerykanie chcieli nas wówczas kupić z dobrodziejstwem inwentarza, jak mówią prawnicy), a w czasie których ani razu nie padło słowo „Solidarność”. Amerykański zastępca Sekretarza Stanu,  który w kwietniu 1984 roku przedstawiał mi w Wiedniu oficjalne oszołamiające propozycje pomocy amerykańskiej, nie omieszkał oświadczyć przy świadkach (w trakcie oficjalnego dinneru u amerykańskiej pani ambasador), że „Wy oczywiście pozostaniecie dalej krajem socjalistycznym” – to dla usunięcia wszelkich wątpliwości. On  sam wtedy proponował sprzedaż całej opozycji, jako nic nie znaczący dodatek do dealu, którego myśmy w głupocie swojej wówczas, po prawie dwu latach oficjalnych pertraktacji, nie przyjęli – ze strachu, przyczyniając się tym do krachu socjalizmu w całej Europie. Ale to nie był KOR, ani „Solidarność”, choć mitologia głosi coś innego, a durnie myślą, że potrafią niewygodną im prawdę przemilczeć. Ja mam świadków, uczestników tych operacji. No, wytoczcie mi proces o zniesławienie! Choć szkoda mi czasu na chodzenie po sądach, ale w tym przypadku akceptuję. Nie zrobicie tego ze strachu! To byłaby dopiero opera „odbrązowiania”!»

  Zacytowany fragment nie mówi wyraźnie kogo personalnie Adam Schaff zniesławia, komu odbiera zasługę. Ale przecież nie może tu chodzić o stronę dyktatora Jaruzelskiego, bo generałowi po przemianie ustrojowej nikt nawet nie próbował wystawiać pomników ze spiżu, które następnie można byłoby „odbrązowiać”.             

     Miałeś chamie czapkę z piór! Dzięki znajomościom zawieranym u Kulmów w Strumianach, lub w ich warszawskim mieszkaniu przy Noakowskiego, jako dziennikarz stałem się nośnikiem niesłychanie doniosłej wiedzy, przez wszystkich uczestników życia politycznego skrzętnie ukrywanej. W 2001 roku żyli jeszcze najważniejsi aktorzy i świadkowie wydarzeń. Powinienem był rzucić inne zatrudnienia i zająć się wyłącznie oprawianiem wyznania profesora Adama Schaffa w ramy istniejących jeszcze świadectw. A tymczasem czegóż ja się dopuściłem? Zdanie o tym, jakoby Adam Schaff „pertraktował z rządem USA o możliwości finlandyzacji Polski w imieniu dyktatury Jaruzelskiego” napisałem  własnoręcznie i w notce „Od wydawcy” zamieściłem na tylnej okładce książki autobiograficznej Profesora!  To był tylko „czeski błąd”, godny erraty. Ale z okładki, bez podania źródła, zdanie trafiło wprost do Internetu i będzie głosiło nieprawdę już przez całą wieczność. Schaff, jako obywatel świata i dyrektor Instytutu Nauk Społecznych UNESCO w Wiedniu, pertraktował z dyktaturą Jaruzelskiego w imieniu rządu Stanów Zjednoczonych…

    W 1986 roku wiceprezydent USA George Bush-Senior, gdy pierestrojka i głasnost’ Michaiła Gorbaczowa osiągnęły już swój geopolityczny zenit, złożył wizytę w Polsce ciągle pogrążonej w mrokach odwołanego już stanu wojennego. Przywiózł ze sobą dobre słowo i obietnicę wszechstronnej amerykańskiej pomocy przy odbudowie kraju ze zniszczeń czasów na wpół wojskowego pokoju. Kiedy dwa lata później, w momencie ustrojowego przełomu, prezydent Bush uparł się przy powierzeniu przez sejm „kontraktowy” obowiązków prezydenta Rzeczypospolitej byłemu pierwszemu sekretarzowi PZPR w stopniu generała armii, dobrze wiedział, co czyni, a  co najważniejsze, prezydent Bush na prezydencie Jaruzelskim się nie zawiódł.

     W 2024 roku, gdy prezydent Andrzej Duda zachowuje się jak najzawziętszy wróg Rzeczypospolitej i blokuje wszelkie ruchy naprawcze „Koalicji 15 Października”, w kręgach liberalnych dały się słyszeć westchnienia: „Ech, gdybyż nasz prezydent Duda zachowywał się tak godnie, jak generał Jazuzelski…” Za późno, daremne żale; żeby zachowywać się godnie, po pierwsze trzeba zachować godność.

                                               Jakub Kopeć

Wszystkie wpisy Jakuba TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

7 odpowiedzi »

  1. Genialny wierszyk choć nie wszystkie nazwiska rozpoznaje 👍
    Tuwim jest niesamowitym prześmiewcą choć sam miał problemy z tożsamością.

  2. @ml

    ”Nie nalezy sie nim chlubic jako Zydem, niech sie Polacy nim ciesza”

    Hmm… Trochę to karkołomne. Jak wyrzucić z polskiej kultury Słonimskiego, Tuwima, Leśmiana, Hemara, Brzechwę, Ginczankę, Szlengla (”Dziś panna Andzia ma wychodne”), Korczaka, Lema – to co w ogóle zostanie?

    Stary dowcip się kłania:

    ”Pani na lekcji prosi uczniow o podanie przykladow wybitnych postaci:
    – Janek?
    – Einstein!
    – Oczywiscie. Ktos jeszcze? Halinka?
    – Oppenheimer.
    – Tak, tworca broni jadrowej. Tomek?
    – Feynman.
    – Ach, moj ulubiony fizyk. No, ale sami naukowcy, moze jakies inne przyklady? Icek?
    – Gruby Tomek spod dziewiatki.
    – He? Dlaczego podales taki przyklad?
    – A, niech goje tez kogos maja…”

    A ja proponuję na dobry początek wygumkować z historii polskiego sportu wszystkie medale Ireny Szewińskiej, de domo (o zgrozo) Kirszenstein.

  3. Slonimski byl przechrzczony. Mozliwe ze gdyby nie WW2 to by sie zupelnie zeszmacil.
    Nie nalezy sie nim chlubic jako Zydem, niech sie Polacy nim ciesza, albo cieszyli, jest zapomniany..

  4. Tomcio Paluch: Słonimski ”nie zmądrzał” wcale po oberwaniu po pysku i nadal pisał antysemickie felietony (Biuro Prasy KC PZPR zażądało w Marcu 1968 aby ”Polityka” przedrukowała jeden z jego ”celniejszych” przedwojennych felietonów, na szczęście red.nacz. odmówił) i pobierał tantiemy za sztukę ”Murzyn Warszawski” pełną żydożerskich stereotypów, która wypełniała teatr aż do 1 września 1939).

  5. @Jerzy Holcman

    „pisze Julian Tuwim:

    U Stasia w świetlicy rycerzyk i kmieć
    I Kostia Gałczyński z ryngrafem,
    A u mnie w bóżnicy bolszewik i śledź
    I Ajzyk Słonimsker za szafem.”

    Zgadza się, @Jerzy Holcman mnie ubiegł. Był szybszy.

    Aczkolwiek – nawet nie wiedziałem, że wiersz Tuwima początkowo pojawił się w „Szpilkach”. Pamiętałem ten wiersz z powojennego zbiorku „Jarmark rymów”. Niemniej jednak odnośnik do „Szpilek” szybciutko znalazłem, wystarczyło wrzucić w wyszukiwarkę.

    A Słonimski to chyba zmądrzał dopiero, jak oberwał? To z kolei uwiecznił mistrz Julian w „Kwiatach polskich”: „…gdy Słonimskiego bił w kawiarni plagiografoman Ipohorski..”.

  6. ”Teraz przypomina mi się ryzykowny kalambur K.I. Galczyńskiego o „Słonimskowerze schowanym za Schaffem”. 
    Ach te źródła, te źródła… W 1937 roku. kiedy A. Schaff właśnie skończył studia, w wierszu „Poeta zazdrości literatowi imieniem Staś, że jest Sarmatą, on zaś, nieszczęsny poeta, Żydem jest parchatym, takoż żywot obojga stron wiernie opisany” pisze Julian Tuwim:

    U Stasia w świetlicy rycerzyk i kmieć
    I Kostia Gałczyński z ryngrafem,
    A u mnie w bóżnicy bolszewik i śledź
    I Ajzyk Słonimsker za szafem.

    a w całości:

    Szczęśliwy, po trzykroć szczęśliwy ten Staś!
    Ma oczki jak polne bławatki,
    I nosek ma śliczny, i włosy jak paź,
    I lniane włościańskie ma szatki.
    Stasiowa babusia szlachecki ma herb,
    A moja – z najgorszych gudłajów:
    Majufestanz? Goldfeld? Czy Silberberg?
    Sam nie wiem, lecz coś w tym rodzaju.
    U Stasia na stole korowaj i miód,
    Za stołem – ataman Wasiutko;
    A u mnie – Grycendler i maca i brud
    I Josełe Wyttlyn (ten z bródką).
    U Stasia w świetlicy rycerzyk i kmieć
    I Kostia Gałczyński z ryngrafem,
    A u mnie w bóżnicy bolszewik i śledź
    I Ajzyk Słonimsker za szafem.
    U Stasia, gdzie spojrzeć, to kontusz i kord,
    Sam Mosdorf obdarza go łaską,
    A u mnie od strasznych aż roi się mord
    (Plus mord rytualny przed Paschą).
    Staś duchem jest wzniosły, ideał ma swój,
    To dusza szlachetna i czysta,
    A ja jestem Żyd, jestem świnia i zbój
    I ach! Nasermaterjalista!
    U Stasia w głowinie porządek i ład,
    Pogodnie, przyjemnie i równo,
    Ja – w głowie żydowskiej i w sercu mam jad,
    Szmoncesik, geszefcik i g…
    Jak Staś powie ”Staś” – to jest ”Staś a nie Stasz”,
    A ja – te akcenty mam ”nasze”,
    Ulituj się, Staszu, i pomyszl i zważ!
    Pszakrew, ja sze martwię z tym Staszem!

    Źródło: Szpilki, 31 styczeń 1937, nr 5, s. 2.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.