
Konstanty Gebert
Wraz z sojuszem Czarnych i Żydów skończy się zapewne też amerykański „złoty wiek” Żydów, w którym udało się im osiągnąć niespotykane wyżyny społecznej akceptacji, politycznych wpływów i kulturowego znaczenia. Osiągnęli je sami, ale dzięki temu, ze nie byli osamotnieni. Czarni – podobnie – swą emancypację spod panowania rasizmu także osiągnęli sami, ale bez żydowskiej solidarności byłoby to trudniejsze i trwałoby dłużej. Tyle tylko, że w polityce solidarność z reguły ma datę ważności: kończy się w momencie, gdy nie jest już dla jednej ze stron niezbędna.
W normalnych warunkach wyniki prawyborów kandydata jednej z partii politycznych do Kongresu Stanów Zjednoczonych w jednym okręgu wyborczym byłyby interesujące jedynie dla prasy lokalnej. Jednak rezultat demokratycznych prawyborów w nowojorskim 16. okręgu komentowano znacznie szerzej. Oznaczać on może bowiem koniec sojuszu politycznego, który w znacznym stopniu kształtował amerykańską politykę od połowy minionego wieku.
Kongresmenem z tego okręgu był w kończącej się obecnej kadencji Jamaal Bowman, czarny działacz demokratycznej lewicy. Republikanie nie mają w 16. okręgu szans – Barack Obama w wyborach w 2008 roku zdobył tam 90 procent głosów. Okręg obejmuje bogate przedmieście Westchester i północny kawałek biednego Bronxu; Biali to 40 procent mieszkańców (z czego jedną trzecią stanowią Żydzi), Czarni 30 procent, Latynosi 20 procent.
Sojusz Czarnych i Żydów zmienił Amerykę
Przez lata okręg reprezentował bardzo proizraelski Eliot Engel, ale w 2020 roku żydowscy wyborcy poparli Bowmana, i to przesądziło o jego zwycięstwie w wyborach do Kongresu. Był to wyraz solidarności Żydów z ruchem Black Lives Matter, zrodzonym z protestu przeciwko policyjnej przemocy wobec Czarnych. Żydowscy wyborcy potwierdzili tym samym, że choć zarabiają jeszcze więcej niż bogaci anglikanie, to głosują jak biedni baptyści: zgodnie z wyznawanymi zasadami, choćby wbrew własnym interesom. W ówczesnej kampanii Bowman na temat Izraela nie miał bowiem nic do powiedzenia, ale o walce z wpływami bogatych – sporo.
Poparcie dobrze sytuowanego Westchester dla BLM było kontynuacją żydowskiego poparcia dla ruchu praw obywatelskich Czarnych, który w latach sześćdziesiątych XX wieku doprowadził do eliminacji segregacji i delegitymizacji rasizmu w życiu publicznym. Ten wybór polityczny wynikał tak z wartości demokratycznych, którym sami Żydzi zawdzięczali swoje równouprawnienie, jak i z przekonania, że solidarność mniejszości jest ich jedyną strategią przeciwdziałania dominacji białej większości. Rabin Abraham Joshua Heschel (a także Marian Turski) towarzyszyli Martinowi Lutherowi Kingowi w jego historycznym marszu do Montgomery. Żydzi stanowili jedną trzecią ochotników przybywających z Północy, by wspierać Czarnych w ich walce o swoje prawa. Dwóch z nich zostało zamordowanych przez rasistów.
Sojusz Czarnych i Żydów zmienił Amerykę i stał się dla obu stron skutecznym narzędziem obrony przed stale obecną groźbą nawrotu antysemityzmu i rasizmu. Jednak w następnym pokoleniu zaczął się kruszyć: radykalna krytyka kapitalizmu w obozie Czarnych nabierała antysemickiej wymowy, znanej już wcześniej na lewicy, zaś rosnące wpływy islamu dodały jej religijnej podbudowy. Przede wszystkim – Czarni coraz mniej potrzebowali Żydów: sukces wspólnej walki zdelegitymizował rasizm w opinii publicznej, akurat wtedy, gdy krytyka Izraela zaczęła rehabilitować antysemityzm. Mimo apeli dawnych żydowskich sojuszników, czarni politycy niechętnie potępiali tę rehabilitację, popieraną przez ich elektorat. Zaś wojna w Gazie sprawiła, że jakakolwiek obrona Izraela stała się dla obozu postępowego, którego Bowman był już jedną z głównych postaci, niedopuszczalna.
Przegrana radykała
W swej tegorocznej kampanii nie wahał się oskarżać Izrael o ludobójstwo, zaś doniesienia o gwałtach Hamasu na Żydówkach nazywał „propagandą”. Nawet bardzo krytyczna wobec Izraela organizacja lewicy żydowskiej J Street wycofała mu swoje poparcie. Zaś demokratyczni centryści opowiedzieli się również za centrowym żydowskim politykiem, George’em Latimerem, kontrkandydatem Bowmana. Niezmiernie rzadko się zdarza, by partia postanowiła nie popierać kandydata urzędującego już na Kapitolu. A chyba nigdy dotąd nie udało się takiemu kongresmanowi uzbierać na swój fundusz wyborczy aż siedem razy mniej od swojego rywala. Organizacja lobby żydowskiego AIPAC zebrała 15 milionów dolarów. „Pokażemy pierdolonemu AIPAC-owi potęgę Bronxu”, wołał Bowman, przedstawiając przedwyborczy konflikt jako wybór między żydowskimi pieniędzmi a prawami i wartościami Czarnych. Przegrał.
Nie mógłby jednak przegrać, gdyby zyskał poparcie wszystkich czarnych i latynoskich wyborców, czterokrotnie liczniejszych w 16. okręgu od Żydów, trudno więc twierdzić, że pokonał go „pierdolony AIPAC”. Ale rozwód między interesami Żydów i Czarnych stał się w Westchester faktem, zaś radykalna antyizraelskość stała się tam, i zapewne w innych silnie żydowskich okręgach, gwarancją klęski. Może to oznaczać, że w listopadowych wyborach do kongresu antyizraelskości tej będzie mniej, z obawy przed żydowską reakcją.
Solidarność ma datę ważności
Zarazem jednak tej antyizraelskości żądają wyborcy arabscy, rozstrzygający o wyniku wyborów na przykład w kluczowym stanie Michigan. Hasło Bowmana stanie się zapewne nośne, łącząc antyizraelskie i antysemickie uprzedzenia z radykalnym antykapitalizmem. Arytmetyka wyborcza jest nieubłagana: popierający te idee elektorat jest od żydowskiego znacznie liczniejszy, we wszystkich grupach rasowych, i partia demokratyczna będzie musiała to uwzględnić.
Żydzi znajdą się wówczas w pułapce osamotnienia, przed którą porozumienie z Czarnymi miało ich chronić. Zaś wraz z tym sojuszem skończy się zapewne też amerykański „złoty wiek” Żydów, w którym udało się im osiągnąć niespotykane wyżyny społecznej akceptacji, politycznych wpływów i kulturowego znaczenia.
Osiągnęli je sami, ale dzięki temu, że nie byli osamotnieni. Czarni – podobnie – swą emancypację spod panowania rasizmu także osiągnęli sami, ale bez żydowskiej solidarności byłoby to trudniejsze i trwałoby dłużej. Tyle tylko, że w polityce solidarność z reguły ma datę ważności: kończy się w momencie, gdy nie jest już dla jednej ze stron niezbędna. O tej prostej zasadzie Żydzi, jak się wydaje, zapomnieli.
Wybory w USA – kres historycznego sojuszu
Kategorie: Uncategorized


Jak zwykle KG stara sie byc madrzejszy od Salomona, ale tak, jak czesto pisze bardzo watpliwe teksty (mimo, ze dobrze wygladajace na pierwszy rzut oka) to te ”amerykanskie” mu tez nie wychodza. Czarnych w USA jest ok. 10% (i wielu nie glosuje), Zydow 2% (glosuja w zasadzie wszyscy oprocz chasydow), muzulmanie 1% (ilu glosuje nie wiem, ale teraz cale (wazne) Michigan pojdzie glosowac na Bidena – dlatego ten sie tak szarpie ”grozac” Izraelowi wsztrzymaniem dostaw broni – tragiczny sklerotyk). W wyborach do Kongresu czy miejscowych ew. ”wspolprace” moga byc wazne. Ale w wyborach prezydenckich juz mniej ma te zaledwie 13% do powiedzenia. Dotychczas we wszystkich tych grupach dominowali Demokraci – i tak tez pewnie pozostanie = wspolpraca niepotrzebna. Osobiscie mam nadzieje, ze Zydzi w koncu zmadrzeja ale to chyba wishful thinking. O wyniku zadecyduja i tak biali/baptysci. Wsrod nich Izrael jest popularny. Z moich ust do uszu Pana B.
Nawet w ”złotej erze” ten ”sojusz” był ograniczony do lewicy społecznej, tak ze strony Żydów jak ze strony czarnych. Wierzący i praktykujący pozostali poza ramami tego ” sojuszu”.
Obecne sondy amerykańskie wskazują rosnącą skłonność tych niewierzących i niepraktykujących do powrotu do zasad konserwatywnych jak wiara i rodzina. Ze strony Żydów jak ze strony ”Czarnych” ( kto zaproponuje ścisłą definicję ”Czarnego”?).
Ot, kilku radykalnych adwokatów z korzeniami żydowskimi i jeszcze mniej czarnych komunistów-socjalistów, w niektórych sądach i na niektórych ulicach przez mniej więcej 100 lat. Bez przesady.
Konstytucja amerykańska umożliwia osiągnięcia społeczne stosując pokojowe mechanizmy, które w innych kulturach wymagały krwawych rewolucji. A to pod warunkiem że większość Amerykanów tą konstytucję popiera.