
Warszawa, 5 XI 1993. Byłem w Pałacu Staszica na konferencji pt. „Literatura i demokracja”. Przewodniczył Marcin Król, przemawiał Andriej Siniawski, na sali przysłuchiwał się Miłosz. Na zakończenie odbył się bankiet. Marek Zaleski – jeden z głównych organizatorów konferencji – zapoznał mnie ze swoim kolegą z IBL-u, Michałem Głowińskim, który nawet nie mruknął i natychmiast odszedł. Pewno antysemita.
Warszawa, 4 X 1998. Jestem gościem Nike w warszawskim Holiday Inn – amerykańskim hotelu, gdzie na śniadanie są wyśmienite polskie naleśniki z serem, jakie jadłem tylko u mamy. […] Podczas bankietu natknąłem się na Michała Głowińskiego. Kwartalnik Artystyczny przysłał mi jego żydowską książkę, której przeczytałem tylko kawałek, bo nic nowego i profesorska nuda (więcej objaśnień i komentarzy niż opowieści). – Gratuluję książki – powiedziałem, bo wypadało coś powiedzieć.
Nawet nie mruknął i oddalił się jak wtedy w pałacu Staszica. Dziwny facet, zdeklarował się w końcu jako Żyd, a wciąż boi się stać koło Żyda.
McLean, 31 III 2001. Okazuje się, że profesor literatury polskiej Michał Głowiński też był podczas Holokaustu Żydem, a więc też może być pisarzem. Z powodu naturalnego procesu starzenia się zostały mu tylko „okrawki pamięci”, jak to określa Anka Grupińska (Tyg. Pow., Kontrapunkt, 25 III 2001). Późny debiutant powiedział jej, że przez lata czuł „głęboko zakotwiczony strach” i że „do spotęgowania tego strachu na pewno przyczynił się rok 1968″ – w co wierzę. Dodał, że książkę napisałby nawet, gdyby dalej istniał PRL, ale by jej nie wydał, pomimo że, jak przyznaje, „te teksty pod koniec lat 80. były całkowicie cenzuralne”. W to również wierzę, ale nie, że „przyczyna była inna”, że mianowicie: „nie miałem wtedy poczucia wolności”. Nie wierzę, bo pisze się pomimo lub właśnie z braku poczucia wolności, a polska literatura ma w tym bogate tradycje. Głowiński sam podkreśla swoją bojaźliwość, więc chyba raczej nie chciał narażać swej kariery, co też jest zrozumiałe. Jak i to, że nie ma odwagi się do tego przyznać.
Nie brak mu jednak śmiałości, żeby wystawiać oceny autorom, którzy się nie bali, w dodatku oceny mało oryginalne […]. Natomiast jego oryginalne ekspertyzy bywają zadziwiające: „No, bo jak pamiętać, jeśli nie w słowach?” – pyta retorycznie, zapomniawszy o obrazach, dźwiękach, a zwłaszcza zapachach? Czyżby profesor literatury nie czytał Prousta? „Wydaje mi się, że dramat Grynberga polega na tym, że on ma tylko jedną biografię, że umie pisać tylko o tym, czego sam doświadczył” – twierdzi ekspert i dodaje: „Ten kłopot widoczny jest w książce „Drohobycz, Drohobycz”; Grynberg usiłuje wejść w cudzą biografię i to mu nie wychodzi”. Po czym skromnie przyznaje, że jemu też by nie wyszło: „gdybym próbował pisać na temat Zagłady, ale nie o sobie, po prostu bym tego nie umiał”. Ja wierzę, że po prostu by nie umiał, ale przesadził z tym moim „dramatem” i „kłopotem”, bo „Drohobycz, Drohobycz” odniósł wielki sukces. Poza tym literaturoznawca nie zauważył, że nawet w opowieściach autobiograficznych […] piszę przeważnie nie „o sobie”, ale o innych, a w nowej powieści „Memorbuch” tak mi się udało „wejść w cudzą biografię” że książka ma duże powodzenie zarówno u czytelników, jak i krytyków.
PS „Drohobycz, Drohobycz”, wbrew ekspertyzie profesora, jest moim największym sukcesem kasowym: wysoka zaliczka z Penguin Press i najwyższa żydowska nagroda literacka Koret Jewish Book Award) za to amerykańskie wydanie. W sumie to więcej niż wyniosłaby Nagroda Nike, do której kandydował w finale. Ale najbardziej wkurzyło mnie, że badacz literatury polskiej, który przez pół wieku po Holokauście nie pisnął na ten najważniejszy dla tej literatury polskiej temat, zaraz po publikacji okruchów swoich spóźnionych wspomnień wypowiada się jako ekspert a nawet zestawia swoje nieumiejętności z rzekomymi niedostatkami autora ówcześnie około dwudziestu wysoko cenionych książek na tenże temat.
CDN
Wszystkie wpisy Grynberga TUTAJ
Kategorie: Uncategorized


Glowinski za długo żył ”na aryjskich papierach”, to mu weszło w krew. Poza tym był również gejem, co mi przypomina stary dowcip… : Żyd widzi w nowojorskim subwayu Murzyna, czytajacego gazetę w jidysz. Podchodzi do niego i pyta : Panie Murzyn nie wystarczy, że Pan jest czarny, musi Pan być jeszcze Żydem…
Każdemu wolno kochać,…. każdemu wolno oceniać innych. Napisałem 5 zbiorów opowiadań i nie spodobały się Polonii w USA ( tej co czytała czyli jest to mały %). Za mało w mych książkach pochwały Polaków a za dużo trzeźwej oceny w tym i krytyki. Nie przejmować się, pisać swoje.
PS
Za to docenili mnie Amerykanie i przyznali w 2015 nagrodę $25000.- w Kresge Foundation. Dla emigranta to byłą olbrzymia suma, pomogło przeżyć.
Walerian Domanski