Uncategorized

Autor jednej z pierwszych relacji z powstania w getcie mógł obserwować je zza niemieckich pleców

Michał Wójcik

Żydzi wyciągnięci z kryjówek podczas powstania w getcie warszawskim. Zdjęcie z raportu dowodzącego akcją Jurgena Stroopa

Żydzi wyciągnięci z kryjówek podczas powstania w getcie warszawskim. Zdjęcie z raportu dowodzącego akcją Jurgena Stroopa (Fot. ze zbiorów IPN)

Ignacy Lubraniecki, dla przyjaciół „Lulu”, jako agent Gestapo został zdemaskowany wiele lat po wojnie.

Najpierw modlitwa przy grobie św. Piotra, rodzaj wyciszenia. Potem przez Bramę Spiżową na dziedziniec San Damaso. Następnie windą na drugie piętro. W Sali Clementina czeka już gwardia szwajcarska. Następnie, w nabożnym skupieniu, powolny marsz do sali z gobelinami. Tu kapitan gwardii – tym razem palatyńskiej – odbiera zaproszenie i każe czekać. Po chwili rycerze w pelerynach i z mieczami prowadzą do bocznej sali. Krótka pogawędka z Maestro de Cámera. Jeszcze chwila i drzwi do biblioteki papieskiej się otwierają.

I oto jest. Jego Świątobliwość Pius XII. Wielka, łysa głowa, druciane okularki.

Pius XII

Pius XIIMichael Pitcairn/ domena publiczna via Vikimedia Commons

Należy klęknąć, pocałować pierścień. Wtedy papież pomaga wstać i odzywa się jako pierwszy. A potem wszystko już w rękach gościa. Ma dokładnie dwie minuty.

Jest 18 marca 1946 r. Ignacy Lubraniecki wie, że to najważniejsze dwie minuty w jego życiu. Przekazuje papieżowi dar: skromną książeczkę wydaną po angielsku. Nosi tytuł: „Życie i śmierć ghetta warszawskiego”. Jest to pierwsze świadectwo o żydowskim oporze z pierwszej ręki, z którym mogli się zapoznać czytelnicy na Zachodzie.

Jego Świątobliwość już wie, że gość to postać niezwykła. Żołnierz polskiego podziemia, bohater dwóch warszawskich powstań, kronikarz zamordowanej cywilizacji.

Dwie minuty. Może nawet więcej. A potem już nikt, nigdy i nigdzie nie poważy się napisać, kim tak naprawdę jest Ignacy Lubraniecki, dla przyjaciół „Lulu”.

Żyd, który gwiazdy nie nosił 

Na początku 1974 r. polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwróciło się do bratniej Stasi o pomoc. Chodziło o zbrodnie wojenne specjalnej ekipy Heinricha Himmlera – Sonderkommando IV AS. Od 1942 r. grupa ta działała w Warszawie i zajmowała się rozbijaniem polskiego podziemia.

Na jej czele stał kpt. Alfred Spilker i z tego, co polscy śledczy ustalili na przełomie lat 40. i 50., wynikało, że był to oficer genialny. Choćby dla Jana Zborowskiego, wysokiego funkcjonariusza wywiadu politycznego Delegatury Rządu na Kraj. W trakcie stalinowskiego śledztwa (nie wiadomo, czy był torturowany) przyznał się koledze w celi, że Spilker przerastał o głowę nawet szefa Gestapo Ludwiga Hahna:

„Spilker to całkiem co innego, to nie szkopska głowa, to poziom światowy. On nawiązał kontakt z najbardziej czułymi punktami polskiej organizacji i robił robotę z dużym rozmachem. (…) Miał więcej rozumu w palcu niż cała bezpieka we łbie”.

Trzeba przyznać, że to mocne słowa. Zwłaszcza dla kogoś, kto spodziewał się wyroku śmierci.

Sukces Spilkera polegał na sposobie działania. Nie niszczył polskiego podziemia, nie mordował jego członków w kazamatach Szucha. Konspirację starał się kontrolować i skłaniać Polaków do działania zgodnie z interesem III Rzeszy. W tym celu zorganizował wielką siatkę agentów. Jego szpiedzy ulokowani byli we wszystkich partiach i organizacjach podziemia, przede wszystkim w Delegaturze i Armii Krajowej. Spilker bardzo o nich dbał i chronił, jak długo się dało. W zasadzie tylko trzech z kilkunastu jego znanych dziś agentów wpadło, zlikwidowało ich podziemie. Reszta przeżyła i po wojnie rozpłynęła się we mgle. Aż do 1974 r. To wtedy służba bezpieczeństwa NRD aresztowała Ericha Mauthego, ważnego funkcjonariusza Gestapo w Krakowie, Nowym Sączu i Warszawie. W stolicy okupowanej Polski – Mauthe współpracował ze Spilkerem i znał jego ludzi.

Przyciśnięty wymienił Stasi ośmiu, a enerdowcy przekazali materiały SB. I tak się okazało, że agentami Spilkera byli m.in.: Edith Müller, czyli Wanda Kronenberg, córka przedwojennego warszawskiego filantropa i milionera, słynny Lolek Skokowski, działający w getcie, jakaś niezidentyfikowana baronowa von Hohenstein lub Hohenberg, a także volksdeutsch z Drezna o pseudonimie „Stefan”.

Dwóm najważniejszym Mauthe poświęcił więcej uwagi. Podkreślił, że Spilker prowadził ich dyskretnie, ich dane znało tylko kilku funkcjonariuszy Gestapo czy Abwehry. Byli zbyt cenni.

Pierwszy to Alfreda Łaszowski, przedwojenny katolicki dziennikarz i członek ONR-u. Gdy w 2017 r. szefowa berlińskiej filii Instytutu im. Pileckiego Hanna Radziejowska ujawniła jego nazwisko, to była sensacja. Katolicki dziennikarz wtyką Gestapo?! Człowiek, który w PRL-u zrobił karierę jako człowiek PAX-u, bezkarnie donosił na polskie podziemie?!

Drugi, o pseudonimie „Lulu”, działał w środowisku komunistów. Nie udało nam się zdobyć jego zdjęcia, ale Erich Mauthe opisał go tak: „Około 25 lat, wzrost 170 cm, czarne, kędzierzawe włosy, nos zadarty, postać krępa. Mówił po niemiecku, był samotny. »Lulu« był pochodzenia żydowskiego, uwolniony z getta, nie nosił gwiazdy. Ten tajny współpracownik działał w PPR”.

Mauthe nie zdradził jego nazwiska. Ujawnił je w swoich zeznaniach Zborowski, ale w czasach stalinowskich nikt się nie zorientował, kim tak naprawdę był ten agent. Aż do teraz.

Wtyka gestapowca Spilkera 

„Polski przemysł rowerowy – motocyklowy jest obecnie w okresie dobrej koniunktury (…) sezon 1939 r. będzie z pewnością okresem wielkich tryumfów roweryzacji i motoryzacji” – taką opinią Ignacy Lubraniecki zakończył swoją dziennikarską karierę tuż przed wojną. Drugi numer „Informatora Branży Rowerowej”, którego był założycielem i wydawcą, okazał się wydaniem ostatnim.

Gdzie zastał go wybuch wojny i czy brał udział w kampanii wrześniowej – nie wiadomo. Wiadomo, że gdy w Warszawie powstało getto, przeniósł się tam z żoną i dzieckiem. A potem, zresztą jak kilku innych dziennikarzy – został w getcie policjantem. Właśnie w ten sposób szukał ratunku i być może wtedy dał się zwerbować Gestapo.

Zdradził to stalinowskim śledczym jego przyjaciel Jan Zborowski. „»Ignacy« – Żyd, ale głowa!” – przyznał wtedy i ujawnił, że to właśnie „Lulu” stał się jego pośrednikiem z kpt. Spilkerem. Ale to później

Bo wcześniej była Wielka Akcja, czyli wywózka 300 tysięcy warszawskich Żydów do Treblinki i Zagłada, która wymyka się jakiemukolwiek opisowi. Lubraniecki uniknął najgorszego, przedostał się na aryjską stronę i kontynuował pracę dla Gestapo. Dlaczego to robił, Zborowski nie umiał wyjaśnić. Przecież nie miał powodu, by zauroczyć się nazizmem jak Łaszowski. Ten był tak zafascynowany Führerem, że pisał nawet powieść-pean na jego cześć.

Lubraniecki tymczasem stracił w getcie żonę i dziecko. Zborowski: „Raz siedzieliśmy w knajpie, bo »Ignacy« był moim człowiekiem, było nas czterech. »Ignacy« powiada – chłopcy, przypomniałem sobie moje dziecko [które zginęło w getcie] i tłucze mnie chandra. Pojedziemy do Boernerowa do mojej pani [bo tam miał kochankę]. Zadzwonił, za chwilę przyjechała wspaniała limuzyna i pojechaliśmy do Boernerowa”.

Limuzyna była niemiecka, a „Lulu” u kpt. Spilkera pracował na odcinku lewicy. Miał doskonałe kontakty, znał się choćby z doktorem Alfredem Fiderkiewiczem, przyjacielem Władysława Gomułki. Jeśli rzeczywiście były to kontakty bliskie (z Fiderkiewiczem znała się również narzeczona „Lulu” Halina Kwiecińska – to zapewne ta z Boernerowa), mógł znać kulisy politycznego zbliżenia PPR z podziemiem londyńskim na początku 1943 r. To przecież Fiderkiewicz inicjował tę próbę. Jak wiadomo, do tej polsko-polskiej współpracy ostatecznie nie doszło, negocjacje zostały zerwane po ujawnieniu przez Niemców zbrodni katyńskiej.

Oprócz pracy w środowisku komuny „Lulu” przyjaźnił się z Zofią i Stefanem Korbońskimi. Małżeństwo było w podziemiu instytucją wręcz legendarną. On – szef Kierownictwa Walki Cywilnej, miał kontakty z większością liderów konspiracji. Zorganizował łączność radiową z Londynem i przekazywał tą drogą wiadomości, które po kilku godzinach wracały – jako głos z Warszawy – nadawane przez radiostację „Świt”. Ona z kolei pisała teksty i komentarze do Londynu.

Po wojnie pani Zofia w liście do Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku napisała, że Lubraniecki oddał tajnej łączności wielkie zasługi. „Ostrzegał o zamierzonych przez Niemców łapankach oraz wyłączaniu prądu elektrycznego w pewnych dzielnicach Warszawy, gdzie mieliśmy swoje lokale dla radiostacji” – napisała.

Nie przypuszczała, że ograniczanie czasu nadawania do Londynu z dwóch godzin do 15 minut w obawie przed złapaniem przez Gestapo mogło być jego sprawką.

Wiadomo również, że „Lulu” współpracował z Ludwikiem Szpinakiem vel Lisockim, innym agentem Gestapo.

I to właśnie z nim, już po wyzwoleniu, pojawił się w Krakowie. Szpinak wstąpił wtedy do Milicji Obywatelskiej i pracował w komendzie wojewódzkiej. Został kierownikiem referatu śledczego. A Lubraniecki zaczął się szykować do wyjazdu za granicę. Czy chciał uciekać przed komunistami, czy może wręcz przeciwnie…

„W ogóle Ignacy to był as i wspaniały kolega” – twierdził Zborowski. „Po wejściu bolszewików chciał, bym wraz z żoną i dziećmi wyjechał za granicę, ale odmówiłem. Stale mi gadał – ty stąd nie wyjedziesz, ty z nimi się nie dogadasz. Ja, gdybym został, to łapię kontakt z NKGB, ale ty od nich żywy nie wyjdziesz”.

Co w tym kontekście znaczy deklaracja: „łapię kontakt z NKGB”? Czyżby na serio szukał kontaktu z Sowietami? Jeśli tak, jego wyjazd do Rzymu należy traktować inaczej niż zwykłą ucieczkę.

Agent „Lulu” musi uciekać 

Na początku 1945 r. było już wiadomo, że Niemcy przegrały wojnę. Ktoś, kto miał coś na sumieniu, musiał uciekać na Zachód. Albo postarać się o alibi. „Lulu” jako agent Gestapo nie miał co liczyć na pobłażliwość.

W tym czasie poznaje Tadeusza Myślińskiego, przed wojną działacza ONR-u, prawnika i dziennikarza, podczas okupacji szefa wywiadu i kontrwywiadu Delegatury. Dziwne, że wcześniej na siebie nie wpadli, przecież obaj pracowali dla Spilkera, ale – była już o tym mowa – kapitan dbał o dyskrecję, nie ułatwiał swoim ludziom kontaktów.

Myśliński jest ważny dla tej opowieści, bo miał doskonałą pamięć i talent do opowiadania. Właśnie to jego gadulstwo pozwoli wkrótce stworzyć stalinowskim śledczym wielki akt oskarżenia liderów Państwa Podziemnego jako sługusów III Rzeszy.

Sprawa Myślińskiego, czyli jego zeznania i materiał procesowy, to dziś 30 teczek zgromadzonych w IPN. Wyłania się z nich sfabrykowany na potrzeby śledztwa obraz AK jako kolaborantów III Rzeszy, ale i… zdumiewający (bo przecież bliski prawdy) ciąg dalszy losów „Lulu”.

Uciekać z kraju postanowili razem. Zawarli niepisany pakt: jeden będzie pomagał drugiemu. Ochraniał i dawał alibi. Wyjaśnił to Myśliński: „(…) do Lubranieckiego należy przygotowanie całej technicznej strony ucieczki i zapewnienie nam swobodnego dotarcia do takiego punktu, gdzie będą ambasady alianckie, a do mnie wyjednanie pomocy z ich strony oraz zaręczenie wobec emigracyjnych władz polskich, że nie był on agentem Gestapo, a tylko »delegacką wtyczką«, za której pośrednictwem rozpracowywaliśmy Niemców”.

Myśliński blefował. Tak naprawdę nie cieszył się wówczas zaufaniem podziemia. Jeszcze przed powstaniem warszawskim komendant Armii Krajowej odsunął go od obowiązków za zbytnie zbliżenie z Gestapo. Myśliński liczył jednak, że nikt tego na Zachodzie nie wie.

Ich plan był następujący: Lubraniecki miał już dokumenty na nazwisko Izaaka Danzigera. Wystarczyło wyrobić wszystkim pozostałym, czyli swojej partnerce Halinie Kwiecińskiej oraz Tadeuszowi Myślińskiemu, jego żonie i jej córce, podobne dokumenty (również na nazwisko Danziger) i w drogę. Pikanterii dodawał fakt, że dokumenty Lubranieckiego pochodziły jeszcze z czasów jego pracy dla Gestapo. Było to zaświadczenie przyznające Danzigerowi obywatelstwo paragwajskie. Pochodziło z czasów akcji „Hotel Polski”.

W 1943 r. to była głośna sprawa. Funkcjonariusze warszawskiego Gestapo, w tym żydowscy agenci niemieckich służb, zaczęli sprzedawać ukrywającym się Żydom promesy wiz do państw Ameryki Łacińskiej. Upoważniały do bezpiecznego wyjazdu za granicę. Mimo że cała akcja odbyła się już po likwidacji getta, zatem niemiecki plan Zagłady był Żydom znany, wielu z nich uwierzyło w dobre intencje katów i wyszło z ukrycia. Dziś historycy oceniają, że w Hotelu Polskim na ul. Długiej w Warszawie na ocalenie czekało ok. 2500 Żydów. Tylko 300 z nich udało się przeżyć, reszta została zamordowana.

Lubraniecki „wyrobił” stosowne papiery i zaplanował wyjazd na Wielkanoc 1945 r. Rodzina Danzigerów, jako pracownicy organizacji YMCA, chciała dojechać do Krynicy, a stamtąd przedostać się na Węgry, potem do Jugosławii i Grecji. „Lulu” był perfekcjonistą, załatwił nawet z bezpieki przepustki i auto. Myśliński był pod kolosalnym wrażeniem:

„Lubraniecki opracował w najdrobniejszych szczegółach historię uciekającej rodziny Danzigerów (…) i to, w jaki sposób wydostaliśmy się z getta warszawskiego, następnie zaś skąd znaleźliśmy się w obozie pod Wrocławiem”.

Jak narodowca i agenta Gestapo ratowały ich niedoszłe ofiary

Z Piotrkowa ruszyli 9 lub 10 kwietnia 1945 r. Lubraniecki tak opracował marszrutę, aby co chwila korzystać z pomocy lokalnych żydowskich gmin. W ten sposób przedostali się do Koszyc i spokojnie ruszyli dalej. Żydzi (również polscy) pomagali nawet wtedy, gdy pomocy odmówili amerykańscy i jugosłowiańscy dyplomaci w Budapeszcie.

Chichot historii: życie ONR-owcowi i agentowi Gestapo ratowały ich niedoszłe ofiary.

25 maja dojechali do Rzymu. Zmienili taktykę: zgłosili się zarówno do polskiej ambasady, było to już przedstawicielstwo Polski Ludowej, jak i do będącego w opozycji 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa.

Postanowili wykorzystać zarówno dyplomatyczny chaos, jak i doskonałą polityczną sytuację, w jakiej znalazł się Anders, który był wtedy absolutnym bohaterem Włoch. Wielką estymą darzył go papież, król Wiktor Emanuel III uważał zaś za osobistego przyjaciela. Generał, który cały czas miał nadzieję na powojenną dogrywkę i nie rozpuszczał swojej armii. Miał uzasadnione nadzieje na obronę króla i papieża przed włoskimi komunistami.

Na zdjęciu zrobionym 24 lipca 1944 r. w Polverigi niedaleko Ancony gen. Kazimierz Sosnkowski (stoi w furażerce w drzwiach samochodu) podczas święta 1 Pułku Ułanów Krechowieckich. Pierwszy z prawej gen. Władysław Anders. Sosnkowski był z powrotem Londynie 6 sierpnia 1944 r.

Na zdjęciu zrobionym 24 lipca 1944 r. w Polverigi niedaleko Ancony gen. Kazimierz Sosnkowski (stoi w furażerce w drzwiach samochodu) podczas święta 1 Pułku Ułanów Krechowieckich. Pierwszy z prawej gen. Władysław Anders. Sosnkowski był z powrotem Londynie 6 sierpnia 1944 r.Instytut Sikorskiego

I właśnie na tych nadziejach Lubraniecki i Myśliński postanowili zagrać. Przedstawili wywiadowi 2. Korpusu plan stworzenia specjalnej grupy operacyjnej z Lubranieckim na czele. Jej zadaniem miało być poszukiwanie na terenie Europy ukrywających się nazistów, również tych pracujących niegdyś w Polsce. Lubraniecki – jak z zapałem uzasadniał projekt Myśliński – znał przecież ich adresy w Niemczech. Jako wtyka Delegatury całkiem niedawno woził rodzinom funkcjonariuszy Gestapo paczki żywnościowe.

Ostatecznie z tych planów nic nie wyszło. Dla Myślińskiego było to tak rozczarowujące, że zwrócił się po pomoc do ambasady Polski Ludowej i wrócił do kraju.

Za to Lubraniecki w Rzymie odnalazł się doskonale. Najpierw poznał bliskich Mendela Michała Kossowera, przewodniczącego Centralnego Komitetu Syjonistów Demokratów Ichud w Polsce i członka prezydium Centralnego Komitetu Żydów. Ci wkręcili go w żydowskie środowisko Wiecznego Miasta, a tu już Lubraniecki zrobił prawdziwą furorę. Był przecież pierwszym Żydem, któremu udało się wyrwać z piekła Holokaustu i przedostać do wolnego świata. Poza tym miał coś, z czego trudno było teraz nie skorzystać: był dziennikarzem.

Dedykacja dla papieża Piusa XII i króla Emanuela III

Opus magnum Lubranieckiego to zaledwie 29-stronicowa książeczka. Broszurę w prestiżowej serii Biblioteka Orła Białego wydał mu Oddział Kultury i Prasy 2. Korpusu. „Życie i śmierć ghetta warszawskiego” stała się sensacją.

Wydana w Rzymie w 1945 roku książka 'Życie i śmierć ghetta warszawskiego'. Jej autor Ignacy Lubraniecki używał już wtedy nazwiska Ignacy Luber

Wydana w Rzymie w 1945 roku książka 'Życie i śmierć ghetta warszawskiego’. Jej autor Ignacy Lubraniecki używał już wtedy nazwiska Ignacy LuberFot. ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Od razu też wyszło wydanie po angielsku. Było to pierwsze tak obszerne sprawozdanie z getta, jakie ukazało się w Europie, pierwsza relacja z powstania, którą przeczytał wolny świat.

Reakcja była łatwa do przewidzenia. Recenzent „Żołnierza Wolności”, najpopularniejszego wówczas polskiego dziennika we Włoszech, porównał książkę do „Wspomnień starobielskich” Józefa Czapskiego uznawanych wówczas za literackie arcydzieło. Sensacja była tym większa, że przecież nikt nie kojarzył autora nowej literackiej perły.

„Należy przypuszczać (gdyż autor tę okoliczność pominął milczeniem), że jest to ktoś, co cały przez siebie opisywany okres czasu przeżył sam w getcie warszawskim, względnie ściśle powtórzył relację jakiegoś naocznego świadka. Wyczuwa się nadto, że autor (albo jego informator) doskonale jest zorientowany w stosunkach żydowskiego środowiska warszawskiego – sprzed i podczas wojny” – pisał dziennikarz „Gazety Żołnierza”. Nawet nie przypuszczał, jak blisko, a zarazem jak daleko był od prawdy.

Ale zwrócił uwagę na coś jeszcze. Szokujące jest to, pisał, że dokument nie ma pretensji literackich. Jego potężna moc ukryta jest w formie: „Bardzo znamienną właściwością autora jest to, że unika wszelkich akcentów cierpiętnictwa i że nie przemilcza dość licznych momentów ujemnych swego własnego środowiska, do powstania których warunki bytowania w ghetcie musiały być doskonałą i nieuniknioną pożywką”.

Oznacza to ni mniej, ni więcej, że Lubraniecki zdążył dostosować formę dzieła do wrażliwości Polaków na emigracji. Do ich zakamuflowanego i ambiwalentnego stosunku do Żydów. To jego kolejny majstersztyk.

Bo jeszcze inny to kontakt z duszpasterstwem mojżeszowym przy 2. Korpusie. Do książki „Żyd Polski – Żołnierz Polski” w opracowaniu pisarza Hugona Schlesingera i strzelca z 2. Korpusu Stanisława Borkowskiego Lubraniecki napisał krótki rozdział. Ta książka miała już inne zadanie. Miała zadać kłam antysemickiej tezie, że Żydzi są narodem tchórzy niezdolnych do obrony swej godności. Bo – jak pisał we wstępie Schlesinger – każdy Żyd walczył „na frontach czy w podziemiach, w mundurze żołnierskim czy w cywilu, mężczyzna i kobieta, inteligent i robotnik – wszyscy zjednoczeni, bez jakiejkolwiek różnicy, tocząc gigantyczną walkę o wolność i lepsze, sprawiedliwsze Jutro…”.

Jak w tym heroicznym klimacie czuł się były agent Gestapo, który jeśli w ogóle widział walki w getcie, to obserwował je zza pleców niemieckich żołnierzy?

Nie spoczął na laurach. Pisanie pisaniem, laudacje laudacjami, ale miłość do agenturalnej branży nie rdzewieje. Gdy we wrześniu 1945 r. ambasadorem Polski Ludowej w Rzymie został Stanisław Kot, Lubraniecki zameldował się u niego jako wysłannik z Polski. Szybko wkradł się w jego łaski i został… osobistym szpiegiem w środowisku 2. Korpusu.

To samo – tylko w drugą stronę – zaproponował wywiadowi 2. Korpusu. Tym razem propozycja została przyjęta. Zaczął szpiegować dyplomatów Polski Ludowej. Tak się w tym odnalazł, że przeprowadził nawet udany napad na kuriera ambasady o nazwisku Damaszkiewicz. Jego łupem padł worek z pocztą dyplomatyczną.

Marzec 1946 r. to szczyt jego popularności. Właśnie wtedy udało mu się uzyskać audiencję u Jego Świątobliwości.

'L'Osservatore Romano' z 18 marca 1946 roku z listą osób, którym Pius XII udzieli tego dnia audiencji . Wśród zaproszonych jest Ignacy Lubraniecki

’L’Osservatore Romano’ z 18 marca 1946 roku z listą osób, którym Pius XII udzieli tego dnia audiencji . Wśród zaproszonych jest Ignacy LubranieckiFot.

Tadeusz Myśliński – który znów pojawił się w Rzymie i do niego dołączył – przecierał oczy ze zdumienia. Zeznał potem, że po napisaniu relacji z getta Lubraniecki „reklamował ją na prawo i lewo i posunął swą bezczelność tak daleko, że wystarał się o audiencję u króla włoskiego i u papieża, gdzie przedstawiał się jako ofiara bestialstw niemieckich i składał swą książeczkę z odpowiednio spreparowanymi dedykacjami”.

Fałszywy bohater wojenny z wymyślonym Virtuti Militari

To wciąż było mało. „Lulu” postanowił zagrać va banque.

Do Rzymu zaczęli bowiem zjeżdżać wyzwoleni z niemieckich obozów kombatanci powstania warszawskiego.

Myśliński: „Poznawszy por. Otockiego, oficera AK, który wstąpił do 2. Korpusu, dogadał się z nim co do wspólnej służby podczas Powstania Warszawskiego, a następnie tego, że na ostatnich listach odznaczeń, wydanych na krótko przed kapitulacją znajdowało się nazwisko Lubranieckiego jako odznaczonego Krzyżem Virtuti Militari”.

W ten oto sposób agent „Lulu” stał się bohaterem wojennym. Zaczął brylować w rzymskich salonach, świecąc w klapie miniaturką najwyższego polskiego odznaczenia wojskowego. I pewnie brylowałby dalej, gdyby nie… koledzy po piórze.

Tu i ówdzie zaczęły się pojawiać głosy o jego mrocznej przeszłości. Jesienią 1946 r. popularny wśród Polonii dziennikarz Zdzisław Bau napisał o nim w „Życiu Tygodnia”.

Już po krótkim dziennikarskim śledztwie wiedział, że nie tylko jest o czym pisać, ale również są powody, by postawić Lubranieckiego przed sądem. Wspomniany już Kossower powiadomił bowiem środowisko rzymskich Żydów, że „Lulu” podczas okupacji wyłapywał ukrywających się i oddawał ich w ręce Gestapo.

A jednak żaden tekst się nie ukazał. Skandalu nie było. Inicjatywę storpedował Myśliński. Nastraszył dziennikarza potwornymi konsekwencjami. Właśnie na taki wstyd Ojca Świętego czekają komuniści! – argumentował.

Grunt pod stopami „Lulu” był już jednak rozgrzany. Musiał uciekać. Do przodu!

Lubraniecki pojechał do Londynu, gdzie przedstawił się jako agent Delegatury, a stamtąd wyemigrował na Kubę. Okazało się, że w Hawanie ma kuzyna, który zatrudnił go w swojej firmie i dał czas na przemyślenie spraw.

Efektem była kolejna skromna książeczka – zbiór reportaży z powstania warszawskiego. Wydany własnym sumptem, został rozesłany do wszystkich liderów Polonii na całym świecie. „Za przesłaną mi pięknie wydaną broszurę pańską o powstaniu warszawskim, którą z wielkim zainteresowaniem przeczytałem, serdecznie dziękuję” – odpisał mu były dowódca AK i naczelny wódz gen. Tadeusz Bór-Komorowski.

Za kilkanaście lat Lubraniecki dostanie od londyńskich władz kolejne polskie odznaczenie.

Lubraniecki, czyli Luber, ceniony działacz polonijny

Na Kubie Lubraniecki zmienił tożsamość. Już jako Ryszard Luber zaczął w Hawanie karierę polonijnego działacza. Wydawał biuletyn dla Polonii i emigracji, pisał listy do rządów i głów państw Ameryki Łacińskiej. Wygłaszał referaty o sytuacji za żelazną kurtyną i usiłował dotrzeć do prasy zachodniej. Straszył Sowietami, opisywał stalinowskie metody.

Po kubańskiej rewolucji wyjechał  do USA i osiadł w Kalifornii. W Los Angeles jako człowiek zamożny opiekował się Polonią, działał w kółku AK. Utrzymywał kontakt z małżeństwem Korbońskich, na ich prośbę przysyłał dolary dla byłych żołnierzy podziemia.

U progu nowego milenium zaczął chorować. W wieku 87 lat poprosił Zofię Korbońską o pomoc. Chciał jej podyktować dzieje swojego życia. Opowieść o wojnie i spotkaniach z gen. Andersem, Borem-Komorowskim, papieżem i królem Włoch. Chciał je wydać drukiem. Ostatnią książkę.

Nie zdążyli. Pani Zofia zdeponowała jego skromne archiwum w Instytucie Piłsudskiego w Nowym Jorku.

Wśród dokumentów są niepublikowane utwory. Akcja jednego z opowiadań pt. „Wola” toczy się na powstańczej barykadzie. Tekst kończy się zdaniem: „Nie wiem, gdzie znajduje się mój drogi towarzysz z warszawskiej barykady, czy tuła się gdzieś po świecie, czy jest w kraju i zmuszony jest słuchać przemówień komunistycznych agentów. Ale jedno jest pewne, na pewno zobaczymy się na Woli, w wolnej już Warszawie”.

Ignacy Lubraniecki, czyli Ryszard Luber, agent „Lulu”, zmarł w 2003 r. W oficjalnym spisie powstańców ani kawalerów krzyża Virtuti Militari go nie ma.

Dziękuję za pomoc Dariuszowi Libionce z Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Ewie Winnickiej (Nowy Jork) i Tommasowi Dell’Erze (Rzym).

Redagował Mirosław Maciorowski

Michał Wójcik

Dziennikarz historyczny, autor wielu książek m.in. „Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci” (Nagroda Newsweeka im. Teresy Torańskiej) czy „Błyskawica. Historia Wandy Traczyk-Stawskiej, żołnierza powstania warszawskiego”

Autor jednej z pierwszych relacji z powstania w getcie mógł obserwować je zza niemieckich pleców

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Ot, ciekawostka. Opowieść o wyjątkowym spryciarzu i manipulancie. Tacy zawsze byli i będą. Czy dzisiaj ta historia ma dla nas jakieś znaczenie poza sensacyjnym ?
    Nie jestem pewna..
    Dzisiaj wazna jest dla nas teraźniejszość i przyszłość świata który stracił rozum i serce.
    Co zrobić żeby je odzyskac..

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.