Uncategorized

Kulmowie ( 9 )


Szóste Przykazanie

    «Przykazanie „Nie pożądaj żony bliźniego swego” jest odhumanizowane i na dodatek sprzeczne z wolą bożą. Można powstrzymać się od zdradzania własnej żony, lecz nie od pożądania cudzych żon.»

    Tylko wujkowi Jankowi udało się powstrzymać zarówno od zdradzania własnej dorodnej i pięknej żony, jak i od pożądania żon cudzych. Nie było to wielką sztuką, skoro przez trzydzieści kilka lat żył jak pustelnik w goleniowskiej głuszy, odżywiał się korzonkami, a na śniadanie – jak donosiła „Gazeta Wyborcza” w artykule Marty Ostałowskiej na całą rozkładówkę – spożywał z ciocią Joanną  „kaszkę z miodem”.

     Teraz , kiedy moje ślubna Bella odżywia mnie codziennie solidną porcją „błyskawicznych” płatków owsianych, posypanych niosącym śmierć białym cukrem i spożywanych wraz z pajdą chleba posmarowanego masłopodobną margaryną, z rozrzewnieniem wspominam górskie płatki owsiane, spreparowane na kleik i pokropione zimnym, surowym mlekiem prosto od krowy, serwowane w Strumianach na każde śniadanie. W dniach małżeńskiej ciszy ja, sentymentalny staruszek, sam  sobie gotuję płatki „górskie” i wówczas wszelkimi sposobami bezskutecznie usiłuję odtworzyć ten niezwykły, rozkoszny smak strumiańskiej  „kaszki z miodem”, którą Kulmowie umartwiali swoich gości z najwyższych kręgów Kultury i Sztuki.

      Kiedy rozwiodłem się już ze swoją pierwszą żoną z klanu Wałukiewiczów i uszedłem ze spółdzielczego mieszkanka goły jak ten Jezus Chrystus, z walizą książek i z maszyną do pisania, w skarpetkach i w jednej tylko koszulinie, która w dodatku oddana mi była jedynie w użytkowanie na czas ziemskiego bytowania, odziedziczyłem po małżonce rzecz bezcenną: jej z krwi-kości wujostwo Kulmów. Moja ślubna dwudziestoparoletnia kobieta wykluczona została z Rodziny Strumiańskiej ponieważ… pokazała wujkowi Jankowi swoje białe majtki, kiepsko ukryte pod mini spódniczką. Ja wiem, jak te nieletnie Lolitki potrafią  przemyślnym sposobem siadania rozpalić niezdrową namiętność w duszy czterdziestoletniego pustelnika. W przypadku Jana nie musiało to być szczególnie trudne, ponieważ piękna Joanna uporczywie nosiła, wprawdzie koronkowe, lecz zapinane pod szyję bluzeczki i spódnice długie aż do kostek.

    Joanna nosiła się jak piękna mniszka, kompletnie pozbawiona seksapilu. Moja pierwsza żonka , absolwentka  przyklasztornego liceum Sióstr  Nazaretanek na Czerniakowskiej w Warszawie, nie była wprawdzie pięknością, lecz przechwalałem się przed kolegami, że nogi miała najpiękniejsze w całej lewobrzeżnej Warszawie. Nie dziwota, że lubiła wystawić je na pokaz. Nie mówi się o sznurku w domu powieszonego, nie pokazuje się nóg w strumiańskim  „Zakonie we dwoje”. Języka też się w Strumianach nie pokazuje, bo jak mawiała ciocia, język jest wstydliwą częścią ciała i można go pokazywać tylko doktorowi podczas lekarskiego badania. Czy moja ślubna niewiasta mogła kokietować wuja białymi jak śnieg majtkami? Joanna udzielała odpowiedzi na tak , a ja nie potrafię w to uwierzyć. Do dziś uważam, że Kulmowie ekspulsowali moją żonę z Rodziny Strumiańskiej bez dostatecznej przyczyny. Ale dzięki takiemu obrotowi sprawy, ja u Kulmów uzyskałem status jedynego  siostrzeńca z prawdziwego zdarzenia. 

     Byłem z Kulmami blisko, ale nigdy nie dostrzegłem u cioci Joanny zalotności względem wujka Janka. Jan ze swej strony w mojej obecności nigdy nie wykonał najdrobniejszego  gestu, wyrażającego czułość dla Joanny. Gdy już byliśmy  po przejściu smugi cienia, Jankowie około siedemdziesiątki, a ja parę lat po pięćdziesiątce, Joanna zwierzyła mi się z drobnego sekretu alkowy: „Zawsze wiedziałam , kiedy Jan przyjdzie do mnie wieczorem do pokoju sypialnego, bo od rana tak jakoś odmiennie świeciły mu się oczy”.  Jan ze swej strony na tak intymne zwierzenie nigdy się nie zdobył. Nie wiem po czyjej stronie była jakaś cielesna niedoskonałość , która sprawiła, że Bóg nie pobłogosławił ich związku potomstwem, chociaż obojgu na posiadaniu wianuszka dzieci ogromne zależało. Joannie łatwiej byłoby pisać urocze „Zasypianki”, gdyby pisała je dla własnej rozwrzeszczanej dzieciarni. W ich najlepszych latach metoda leczenia niepłodności „in vitro” jeszcze nie została wymyślona, a poza tym nie wiadomo, czy Jan zdecydowałby się na technologię zapłodnienia obrażającą Pana Boga.  

    Latem 2006 roku zapisałem na dyktafonie  Jankowe wyznania:

    „W roku 1949 napisałem sztukę. Bohaterem był brodaty proboszcz w górskiej wiosce z połemkowską cerkwią. Wypisz, wymaluj, ksiądz w  Mochnaczce, tyle że młody (brał udział w Powstaniu, tak jak ja, i z bagażem moich przeżyć), choć już wtedy powiązany był z seminarium duchownym. – Nie przeszkodziło mu to przeżyć na Starym Mieście miłości z sanitariuszką, która jakoby zginęła. Ksiądz usiłuje naśladować Chrystusa i chce ludziom przekazywać wiedzę. On wierzy, że najlepiej rozumieli to ci, którzy żyli tuż po historii Zmartwychwstania Pańskiego, co zostało opisane w Dziejach Apostolskich. Trzeba więc żyć we wspólnocie miłości, w której wszystkim dzielimy się z bliźnimi i bierzemy tylko tyle, ile nam potrzeba. A nam nie potrzeba wiele.”

     Tak myśli bohater dramaturga Jana Kulmy i w swojej naiwności „ma mnóstwo konfliktów ze wszystkimi”. Ludzie kochają go, bo to dobry chłop, ale słuchać nie można kiedy mówi różne głupoty. W sztuce występuje jeszcze sekretarz partii z sąsiedniej wsi, który przyjaźni się z księdzem i próbuje go jakoś obronić zarówno przed ludźmi jak i partią. No i robi się gorąco.  

   Zwierza się Jan mojemu dyktafonowi:

   „W tym momencie pojawia się Krysia, ta sanitariuszka z z Powstania, która miała zginąć, a nie zginęła (tu było miejsce  na historie o sanitariuszkach, które poznałem, i o ich bohaterstwie, które podziwiałem). Jest więc śliczny romans, ale nic z niego nie może wyniknąć, bo ksiądz ma zasady i skoro zdecydował, gdzie jego miejsce, to w tym miejscu stać będzie.”

   Jan w sanitariuszkach podziwiał bohaterstwo, a  nie na przykład piękne oczy , lub cudownie sklepione pośladki.  Relacje powstańca Jana z sanitariuszkami były jakoś dziwnie bezpłciowe. Krysia ma swoje imię, albowiem jest dramatis personae w sztuce scenicznej Jana Kulmy,  pozostałe sanitariuszki, które Jan podziwiał,  są anonimowe i bezpostaciowe.  

   Jan przemawia w „Dykteryjkach”:

  «Tekst sztuki ładnie oprawiłem i wysłałem do Andrzejewskiego, bo to nie tylko, że autor „Popiołu i diamentu”, ale przede wszystkim autor „Ładu serca”(…) , gdzie bohaterem był ksiądz, który ratował okrutnego mordercę. Andrzejewski grzecznie opisał, ładnie ocenił i zaprosił mnie do Szczecina. Pojechałem, trzy dni mieszkałem w jego willi na Głębokiem, chodziliśmy na długie spacery ścieżką nad  jeziorem. Powiedział: „Ze sztuki zrozumiałem, że ten ksiądz to alter ego autora, że jest pan z Powstania.” Andrzejewski też był z Powstania. Przeżył to wszystko. I mówił: „Zabito nam kwiat inteligencji. Zniszczono nasze dobra kulturalne.”»

   Kilka lat po ślubie, Kulmowie spotkali Andrzejewskiego w warszawskiej kawiarni Związku Literatów Polskich. Przysiedli się do stolika , przy którym siedział samotnie. Jan przedstawił swoją małżonkę. 

    „Andrzejewski był dziwnie spłoszony.” -wspomina Jan Kulma w „Dykteryjkach”. – „Pamiętał mnie i moją sztukę, ale jakby nie chciał pamiętać Szczecina. Może się wstydził, że ja widziałem, jak „oni” przysyłali po niego wołgę i jak on pisał „im” różne  manifesty?

   Jan spędził zaledwie trzy dni w willi Andrzejewskiego nad jeziorem Dąbie  i już widział, jak aparatczycy z Komitetu Wojewódzkiego nie „przysłali”, lecz jak wielokrotnie „przysyłali” po niego wołgę? Przez trzy dni chodzili nad brzegiem jeziora na długie spacery i młody adept sztuki dramatopisarskiej już był świadkiem, jak wybitny pisarz , o którym fama niosła , że jest kandydatem do literackiego Nobla, pisze dla komuchów różne manifesty, jakby jeden manifest mu nie wystarczał? Andrzejewski rzeczywiście mógł się takich zatrudnień wstydzić, bo po październikowej Odwilży stał się w kraju czołowym dysydentem i przeciwnikiem gomułkowskiego reżimu, a w czasach gierkowskich należał do grona założycielskiego Komitetu Obrony Robotników. 

    Jednakże „spłoszenie” Andrzejewskiego o wiele łatwiej można objaśnić obecnością kobiety u boku Jana. Może bez Joanny dwaj bojownicy Powstania pogadaliby sobie o starych Polakach, o kumplach z barykad i o bohaterskich sanitariuszkach. Może ujawniłaby się wówczas pewna dysproporcja doświadczenia bitewnego, bo Jan , jak sam podaje we wspomnieniach, był w powstaniu wszystkiego około czterdziestu minut, po czym, lekko ranny, wraz ze szpitalem powstańczym wyszedł z Warszawy przez Kabaty, a Jerzy Andrzejewski wytrwał na posterunku od godziny „W”, aż do kapitulacji.

     I w tym momencie, chociaż nie w każdym szczególe, jeszcze raz potwierdza się podobieństwo love story Barbary i Krzysztofa Kamila , z historią niezwykłej miłości  Joanny i Jana. Wśród niedopowiedzeń w krótkiej, lecz treściwej, biografii Baczyńskiego napomyka się o jego dłuższym pobycie u Jarosława Iwaszkiewicza  i o znamiennych wzmiankach w twórczości właściciela dworku i majątku w Stawiskach. Jak pisze Stiller w „Żydowskim abecadle” – „z bliska znający te okoliczności Kazimierz Wyka, który patronował też pośmiertnym wydaniom i sławie Baczyńskiego, pytany o szczegóły, zapowiedział stanowczo, że nie będzie tych spraw poruszał; i słowa dotrzymał.”   

      Mniej dyskrecjonalnie sprawiła się autorka biografii Jerzego Andrzejewskiego:   

     „Krzysztof Kamil Baczyński, poeta i żołnierz powstania, podobnie jak „Zośka” z „Kamieni rzuconyc h na szaniec”, delikatny i subtelny, androgyniczny niemal, od początku swojej kariery znajdował się pod literackim patronatem Jarosława Iwaszkiewicza. Tym jednak, który pokochał go otwarcie, i pamięć po nim nosił w sercu do końca życia, był Jerzy Andrzejewski, jeden z nielicznych artystów tamtych lat nieskrywających słabości do chłopców. Poznali się w czasie wojny, jesienią 1941 roku. Czy uczucie znalazło swoje spełnienie, czy Baczyński pozostał wierny swojej androgynicznej Basi (zwanej z męska Basikiem), tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Andrzejewski do końca życia trzymał na półce zdjęcie Baczyńskiego.” 

    Jan Kulma przez trzy dni spacerował z Jerzym Andrzejewskim ścieżką spacerową nad brzegiem jeziora Dąbie. Ale poza kilkoma zdawkowymi komplementami na temat  sztuki  z księdzem proboszczem w roli głównej, niczego więcej z pobytu na Głębokiem nie wyniósł. I to zdaje się świadczyć, że czystość, wraz z wszystkimi innymi cnotami męskimi Jana Kulmy, w czasie tego  trzydniowego pobytu w niczym nie ucierpiała. Może cielesność niedoszłego księdza Jana nie była dla Andrzejewskiego aż tak atrakcyjna, jak powierzchowność Krzysztofa Kamila, czy, w nieco mniejszym stopniu, Marka Hłaski…

   Jankowy wykład z teorii przypadku:

   „Mówi się: jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. A to nieprawda. To przypadki ścielą nam życie.  Henryk Ryl, drektor tedtru laalkowego w Łodzi zobaczył nasze studenckie przedstawienie  na deptaku w Krynicy ” i powiedział, że to właśnie ja mam być w dyrekcji teatrów lalkowych kierownikiem artystycznym.”  Nawet nie wiedziałem, jak te przypadki żcielą mi łoże małżeńskiew z Joanną. Jeszcxze nie wiedziałem że Joanna istnieje. I wreszhcie stalł9o się to, comiało być przypadkiem kluczowym.  Prowadziłem spotkanie z pisarzami łódzkimi, że niby warto pisać dla teatru lalkowego Ja tu sobie mówię, a nagle śliczna brunetka podnosi rękę, że chce zabrać głos.”  

     No i zaczął się śliczny romans, a właściwie nie romans, lecz trwająca prawie stulecie love story obojga Kulmów. Joanna była wprawdzie bardzo wysoka, ale jednak kobieca. Jan zaś był mężczyzną słabego zdrowia i mikrej postury, lecz w żadnym razie nie był typem androgynicznym. Może dlatego Joanna z Janem bez większych zadrażnień mogli razem idyllicznie przeżyć w związku małżeńskim lat bez mała siedemdziesiąt.  

                                       Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.