Czterdzieści dziewięć granatów

Joanna Kulmowa w wielu wywiadach prasowych dawała subtelnie do zrozumienia, że ona zna już prawdę o prawdziwym początku Powstania według relacji jej małżonka Jana Kulmy, lecz „potwierdzić przebiegu wydarzeń nie może, bo przebywała wówczas w innym miejscu”
Ja zaś w książce „Redaktor Bimbaum rusza na wojnę. Autobiografia problematyczna”, wydanej na pięć minut przed ukazaniem się „Dykteryjek przedśmiertnych” Jana Kulmy dzięki funduszom pozyskanym z „Wydawnictwa Literackiego”, problematyczną kwestię ogłoszenia rozkazu o rozpoczęciu Powstania ująłem tak oto:
«Jan Kulma, mąż wybitnej poetki Joanny Kulmowej, organista kościelny ze Strumian, reżyser teatrów muzycznych, kompozytor i kierownik chórów parafialnych, wielce zasłużony dla kultury niezależnej z okresu stanu wojennego, jest bohaterem czasu walczącej „Solidarności”, nagradzanym i honorowanym najwyższymi państwowymi odznaczeniami współcześnie.
W 60-tą rocznicę Powstania Warszawskiego PAP opublikował w swoim codziennym biuletynie jego obszerny list, w którym sędziwy uczestnik walk opisał „prawdziwy początek Powstania Warszawskiego”. Mimo podjętych przeze mnie starań, żadna z gazet nie przedrukowała choćby fragmentów, nikt nie podjął próby nawiązania kontaktu z żyjącym jeszcze świadkiem… Usiłowałem zainteresować historią plutonów 125, 126 i 127 kompanii syndykalistów „Cegielskiego” wszelkie możliwe organizacje kombatanckie i instytuty historyczne. Bezskutecznie.
„Według oficjalnych danych Powstanie zaczęło się od przypadkowej strzelaniny na Żoliborzu, a potem od planowanej akcji na „Prudential” – pisze sędziwy bojownik Powstania. – „Lecz prawdziwe powstanie zaczęło się punktualnie o godz. 17, kiedy samo centrum niemieckiej władzy, czyli Sicherheitsamt (czyli tzw. Gestapo) dostało się pod huraganowy ogień ciężkiego moździerza ukrytego w Ogrodzie Botanicznym.(…) Oczywiście Niemcy natychmiast przystąpili do obrony. A więc ciężkie karabiny maszynowe, a więc czołgi w Alejach Ujazdowskich. (…) Najbardziej ucierpiał Ogród Botaniczny, który został prawie doszczętnie skoszony. I nagle – pozornie bezsensowny rozkaz (ręką do ręki, bo nikt nikogo by nie usłyszał) – że mamy atakować. Pluton zaczął wspinać się na wysokie sztachety Ogrodu Botanicznego. Pozorne skazanie ludzi na śmierć, ale to wszystko było pozorem (strategia bywa okrutna dla pojedynczego człowieka). Niemcy bowiem tak zajęci byli Ogrodem Botanicznym, że nie zwrócili uwagi na drugą kompanię tego batalionu (z ugrupowania „Ruczaj”), która szła dachami od Litewskiej i zaczęła się wdzierać do gmachu Gestapo od góry. A jednocześnie trzecia kompania od Nowowiejskiej zdobyła kasyno na rogu Szucha.”
W dniu 1 sierpnia o 17.00 powstańcy na tygrysy mieli visy i dysponowali tylko jednym ciężkim moździerzem. Ten moździerz i czterdzieści dziewięć wielkokalibrowych granatów, jeśli nie liczyć dwu działek przeciwpancernych, to była cała powstańcza artyleria, więc angielski moździerz powinien mieć w historiografii co najmniej takie odwzorowanie, jak ma je zespawany później z kilku arkuszy blachy stalowej powstańczy samochód pancerny „Kubuś”. Moździerz powinien cieszyć się jeszcze większą sławą, ponieważ w przeciwieństwie do „Kubusia”, który z racji słabego opancerzenia i jeszcze słabszego uzbrojenia, w działaniach bojowych nie odegrał prawie żadnej roli, ciężki granatnik użyty został do zbombardowania samego centrum hitlerowskiej opresji, do ataku na budynek „Gestapo” w alei Szucha. Wprawdzie akcja nie powiodła się, z kompanii atakującej dachami nie przeżył nikt, a z plutonów osłaniających moździerz i atakujących następnie od strony Ogrodu Botanicznego zostało przy życiu kilku zaledwie żołnierzy, lecz jeśli mamy zapominać o sprawach przegranych, powinniśmy przede wszystkim okryć kirem całe Powstanie Warszawskie.
Przedwczesna próba głoszenia w imieniu Jana Kulmy prawdy o początku Powstania nie odniosła dostatecznego skutku, jednakże w sekretariacie dyrekcji Muzeum znalazłem kolportowaną za darmo pięknie wydaną broszurę o trudach i o celach jego wybudowania. Muzeum Powstania Warszawskiego zbudowano między innymi po to, żeby przypominać pokoleniom Polaków, że w czasie, kiedy powstańcy wykrwawiali się w ciężkich bojach z przeważającymi siłami wroga, „po drugiej stronie Wisły ich tragedii bezczynnie przyglądały się wojska sowieckie i oddziały Wojska Polskiego generała Berlinga”.
Gdy generał Anders, jako dowódca armii polskiej uformowanej w ZSRR, powodowany nieufnością do zdradzieckiego sojusznika, przez Kazachstan i Persję wyprowadził swe wojska do Palestyny brytyjskiej, pułkownik Berling , mając świadomość, że Polska wyzwalana będzie od wschodu przez Armię Czerwoną, „zdezerterował” z armii Andersa, pozostał w ZSRR, żeby nad Oką formować I Dywizję Kościuszkowską, a później II Dywizję im. Jana Henryka Dąbrowskiego.
Kilkadziesiąt lat później berlingowcom, którzy lepiej lub gorzej, ale jednak szli na pomoc ginącemu Powstaniu, w końcówce epoki gierkowskiej wystawiono pomnik po praskiej stronie Wisły.
„Ich tragedii bezczynnie przyglądały się oddziały Berlinga”. Młoda rzeźbiarka nurtu nieprzejednanie patriotycznego starannie odrobiła lekcję polityki historycznej braci Kaczyńskich. Nieświadoma tragedii, jaka rozegrała się między lewym i prawym brzegiem Wisły, rzeźbiarka w 2007 roku sporządziła projekt dekoracji Pomnika Kościuszkowców, erygowanego na prawym brzegu Wisły, na terenie dawnego portu żeglugi wiślanej, huśtawką zawieszoną w spiżowej dłoni berlingowca, uniesionej wysoko w górę i wskazującej gdzieś daleko, być może na budynki Elektrowni Powiśle na drugim brzegu rzeki. W tym rejonie Polacy ginęli w proporcji jak jeden do stu trzydziestu, to znaczy stu trzydziestu Polaków ginęło za każdego zabitego Niemca. Czy Berling na tę masakrę spokojnie patrzył przez lornetkę? I co odczuwał w głębinach swojej duszy dezertera z armii Andersa? Huśtawka na Pomniku Kościuszkowca pomyślana była jakby specjalnie dla jego wygody.
Kiedy generał Berling w bezczynności miał był balansować na huśtawce według zamysłu patriotycznej rzeźbiarki, jego żołnierze ginęli w prawdziwej wojennej robocie. Na przykład podporucznik Wojciech Jaruzelski w jednej tylko przeprawie przez rzekę pod przęsłami mostu Kierbedzia w Warszawie stracił sześciu swoich zwiadowców.
Fragment z mojej książki biograficznej „Dossier Generała” :
„Aleksander Fomin nie znał nawet jednego polskiego słowa, kiedy dowództwo frontu mianowało go szefem sztabu 5 pułku 2 Dywizji im. Jana Henryka Dąbrowskiego. W boju szybko przyswoił sobie podstawowe zwroty polszczyzny, a i towarzysze broni czynili wysiłki, żeby zrozumieć jego łamaną polsko – rosyjską mowę. Pułkownik Fomin doskonale pamięta noc z 29 na 30 września, kiedy to czterdzieści łodzi z żołnierzami pułku przepłynęło na drugi brzeg rzeki.
Opowiada sowiecki i polski żołnierz, pułkownik Fomin: «Akcja ta miała na celu ewakuację powstańców. Brał w niej udział także podporucznik Jaruzelski, któremu udało się przeprawić dwudziestu ośmiu powstańców, z których sześciu było rannych. Pamiętam, że grupa zwiadowców próbowała kiedyś przeprawić się na drugi brzeg pod przęsłami mostu Kierbedzia. Ale niemal na drugim brzegu jeden z żołnierzy uderzył wiosłem w kawałek blachy sterczącej z metalowej konstrukcji. Od razu Niemcy otworzyli ogień. Od tego czasu ta droga była już spalona. Innym razem znowu próbowali przeprawić się łodzią. Byli już blisko, ale łódź trafiła na jakąś przeszkodę. Widzieliśmy rakiety oświetlające i słyszeliśmy strzały. Tylko jednemu żołnierzowi udało się uratować. Trzeba było widzieć w tych dniach Jaruzelskiego i Kuleszę; byli podnieceni, dyskutowali, myśleli o różnych sposobach przeprowadzenia zwiadu. »
Luksusowo wydana broszura o erygowaniu Muzeum Powstania opatrzona jest wstępem i autografem prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego oraz trzema jego podobiznami, więc można było wygospodarować w niej miejsce na informację, że w próbie desantu na drugi brzeg Wisły i w walkach, mających na celu udzielenie pomocy Powstaniu Warszawskiemu, zginęło trzy tysiące polskich żołnierzy generała Berlinga, prawie trzykrotnie więcej niźli żołnierzy generała Andersa poległo pod Monte Cassino, w tej największej bitwie polskich wojsk na Zachodzie! Trzy tysiące żołnierzy Berlinga straciło życie podczas przeprawy przez rzekę.
Dlaczego w Muzeum Postania Warszawskiego nie ma śladu po moździerzu, który w pierwszych minutach godziny „W” wystrzelił czterdzieści dziewięć potężnych granatów na gmach Gestapo w alei Szucha? Dla jakiej przyczyny utajnia się śmierć trzech tysięcy berlingowców, poległych w próbie udzielenia pomocy Powstaniu? Czemu berlinogwcy, którzy przebili się już w krwawym boju do pozycji powstańczych, musieli wycofać się na drugi brzeg Wisły ponosząc wielkie straty?
Zachowałem w swoim prywatnym archiwum kserokopię odręcznego listu kapitana Ludowego Wojska Polskiego Józefa Mokrzyckiego, żołnierza 3 dywizji I Armii WP, zawierającą opis niezwykłego spotkania ze zgrupowaniem pułkownika „Radosława” na Czerniakowie w powstańczej Warszawie. Po przeprawie przez Wisłę, zmęczeni całodziennymi bojami berlingowcy spożyli kolację wraz z powstańcami, po czym ułożyli się do snu, ufnie nie wystawiając wart. Kiedy zbudzili się o świcie, powstańców nie było już na placówce. Zgrupowanie „Radosława” wycofało się cichcem do Śródmieścia, nie powiadamiając o tym śpiących żołnierzy Berlinga.
Gości zza rzeki „Radosław” do siebie nie prosił, to prawda, ale porzucając berlingowców w stanie uśpienia, wystawił rodaków na śmiertelne niebezpieczeństwo. Do oskarżenia „Bora Komorowskiego i innych” w wirtualnym i symbolicznym procesie organizowanym przez Andrzeja Szlęzaka, polityka niepodległościowego i prezydenta Stalowej Woli z delegacji PiS, chciałem dorzucić jeszcze niepojęte zachowanie „Radosława” wobec braci powracających w uzbrojeniu ze Wschodu. Okazało się jednak, że zgłoszenia udziału w procesie przyjmuje osobiście prezydent Szlęzak, a tymczasem akurat tego człowieka nigdy nie można było zastać pod telefonem w ratuszu Stalowej Woli. Już choćby z tej przyczyny do zapowiadanego symbolicznego procesu dowódców wojskowych, odpowiedzialnych za krwawą klęskę Powstania, nigdy nie doszło.
I co ja mam teraz zrobić z wszystkimi argumentami dla oskarżenia posiłkowego, które gromadziłem z takim mozołem ? Doradzono mi, żebym zgromadzonym materiałem historycznym zainteresował któryś z portali internetowych, poświęconych Powstaniu Warszawskiemu.
W pogoni za właściwym portalem najpierw wystukałem na wyszukiwarce hasło „Ruczaj”. Zrazu tylko reklamy nachalnie wpychały mi się przed oczy, ale gasząc je i otwierając nowe okna, trafiłem na zawieszone w cyberprzestrzeni wspomnienia Jerzego Grabowskiego (plut. pchor. „Kmicic” bat. „Ruczaj” komp. „Cegielski”):
„1 sierpnia 1944 r ok. godz. 15.30 zarządzono zbiórkę naszej kompanii „Cegielski” w ogrodzie willi prof. Szymańskiego przy ul. Parkowej 32. Teraz dopiero widzimy się wszyscy razem po raz pierwszy. Dotychczas nie pozwalały na to prawa rządzące konspiracją. U wielu z nas wielkie zdziwienie i dumę zmieszaną z podziwem wywołuje wyniesiony ze skrytki ciężki moździerz M-III produkcji angielskiej. Zdajemy kenkarty i otrzymujemy biało-czerwone opaski z orłem w koronie i literą WP na białym polu i z numerem plutonu na czerwonym polu.”»
(Zapamiętajmy: biało czerwone opaski powstańcy otrzymywali dopiero po zdaniu kenkarty.)
Oto najlepsze potwierdzenie rzetelności relacji Jana Kulmy. Dla formalności trzeba jednak dopowiedzieć, że willa prof. Szymańskiego stała po nieparzystej stronie ulicy Parkowej pod numerem 31. I była to willa „naszego drogiego wujka Juliana”, marszałka Senatu Rzeczypospolitej z ramienia BBWR!
«Spoglądam na zegarek – relacjonuje dalej plutonowy podchorąży Grabowski. – Do godziny 17.00 brakuje jeszcze kilku minut. Czekamy w napięciu. Dochodzę do wniosku, że powodzenie naszego natarcia zależy jedynie od celnego i skutecznego ognia naszego moździerza. Siła ognia mojej drużyny jest znikoma; na 15 żołnierzy posiadamy 2 karabiny, 4 pistolety i kilka granatów. Podobnie jest w drużynie „Chochołowskiego” i „Rawicza”.
Nadchodzi wreszcie godzina 17.00. Godzina „W”.
Ciszę ogrodu przeszywa głucha salwa moździerza, a w chwilę po niej odpalam minę.»
Jak Rewolucja Październikowa nie zaczęła się od szturmu na Pałac Zimowy, lecz od wystrzału z krążownika „Aurora” , tak Powstanie Warszawskie rozpoczęło się nie od przypadkowej strzelaniny na Żoliborzu, a potem od planowanej akcji na „Prudential”, lecz od salwy ciężkiego moździerza, zainstalowanego w Ogrodzie Botanicznym.
„Ledwie opadł wyrwany wybuchem gruz podmurówki i fontanna ziemi, spoglądam na skutki wybuchu i stwierdzam, że mina nie spełniła zadania. – opisuje swój dramat podchorąży „Kmicic” . – Wybuch wprawdzie zniszczył podmurówkę na przestrzeni ok. 3 – 4 m, ale grube żelazne pręty zostały powyginane w taki sposób, że prześwit pozwalał jedynie na przeczołganie się. W wytworzonej sytuacji, nawet gdyby prześwit był wielokrotnie większy, zmasowany ogień niemieckiej broni maszynowej nie pozwoliłby na wyjście poza ogrodzenie. W budynku, w którym obecnie mieści się Rada Ministrów, Niemcy ustawili 2 lub 3 ckm-y i długimi seriami omiatają całe swoje przedpole.”
„Kmicic” z plutonu 126 najwyraźniej nie wie, że na żelazne sztachety wespną się żołnierze plutonu 125, ginąc pod ogniem cekaemów. Szeregowiec (?) podchorąży (?) Jan Kulma nic nie wie o próbie zniszczenia ogrodzenia. Wśród huku wystrzałów nie usłyszał wybuchów dwu min.
Plutonowy podchorąży Grabowski dysponował zbyt skromnym sprzętem minerskim i za mało miał doświadczenia saperskiego, ale jednak traci oto wszelką moc oskarżenie wysunięte przez Jana Kulmę, jakoby wydano jego plutonowi 125 „pozornie bezsensowny rozkaz” ataku i pokonywania parkanu pod ogniem cekaemów. Rozkaz byłby mniej bezsensowny, gdyby eksplozja dwu min przyniosła oczekiwany skutek. Całe Powstanie też byłoby sensowne, gdyby jego wybuch był uzgodniony z Armią Czerwoną, czego kategorycznie domagał się emigracyjny rząd RP w Londynie.
Rozkaz był od początku do końca sensowny, tylko nie uwzględniał bezsensu całego Powstania w okolicznościach politycznych 1944 roku, już po zawarciu Układu Teherańskiego i tuż przed podpisaniem Paktu Jałtańskiego.
Dlaczego jednak o angielskim ciężkim moździerzu M-III przeczytać można w internecie, gdy głucho o nim we wszystkich oficjalnych dokumentach i opracowaniach historyków? Rodzi się we mnie podejrzenie, że bohaterski, lecz bezsensowny atak ultralewicowych Syndykalistów Polskich na gmaszysko „Gestapo”, w którym wyginęła prawie cała kompania kapitana Bartoszka „Cegielskiego”, był fragmentem szerszej polityki kadrowej konserwatywnego, czyli reakcyjnego dowództwa Powstania Warszawskiego.
Do powstania szedł jeden tylko generał – Tadeusz „Bór” Komorowski, a po kapitulacji, do niemieckiej niewoli szło siedmiu powstańczych generałów! Przypomnijmy sobie piękne słowa o miłości Joanny i Jana z publikacji profesora Ludwika Stommy w „Polityce” :
„Kim jest Jan Kulma? Bojownikiem AK, pisarzem, filozofem, matematykiem, pianistą, organistą, reżyserem… Nie tylko. Tadeusz Nowakowski, gdy go zapytałem, powiedział, że jest dla niego uosobieniem ślicznej małżeńskiej miłości. „Ona mówi do niego Kulma, on do niej Kulmowa, a są jak dwie pestki w tym samym owocu”. Jakże to ślicznie powiedziane. Sam Kulma („Dykteryjki przedśmiertne”, Warszawa 2014 r.) pisze z autoironią, że kiedy w wyniku wpadki krewnego trafił na parę miesięcy, podług niepisanych reguł konspiracji, do tak zwanej „zamrażarki”, miejsca, gdzie – kompletnie odizolowany dla własnego i towarzyszy bezpieczeństwa – nie mógł kontynuować nauki na podziemnych kompletach, został wykluczony (parę miesięcy nieobecności na zajęciach) z listy kandydatów do matury.”
Nie dostrzegam autoironii w Jankowej opowieści o konspiracji. Okupacyjną aktywność w Walczącym Podziemiu i zwłaszcza swój udział w Powstaniu Warszawskim, Kulma traktował ze śmiertelną powagą. Twierdził, że trauma po kapitulacji Powstania uformowała go psychicznie na całą resztę długiego, prawie stuletniego życia. W innym miejscu „Dykteryjek” Kulma wspomina, że na przełomie ’43 i ’44 roku kilka miesięcy przechorował w domu, ponieważ po raz wtóry dopadła go gruźlica. I była to bardziej realna przyczyna absencji na kompletach podziemnych w klasie maturalnej, niźli widmowy pobyt w konspiracyjnej zamrażarce. Ale jakim prawem emerytowany od dwudziestu lat detektyw-reporterzyna powątpiewa w autoironię, którą dostrzegł profesor z paryskiej Sorbony, imputuje zaś Kulmie śmiertelną powagę?
Otóż pierwsza na nieprawidłowe użycie wyrazu „zamrażarka” zwróciła uwagę Joanna Kulmowa, kiedy Jan do korekty przed drukiem oddał jej tekst „Dykteryjek pośmiertnych”. Ponieważ lodówka weszła do powszechnego użytku w PRL dopiero w latach gomułkowskich, wyraz „zamrażarka” należałoby zastąpić „lokalem konspiracyjnym”, lub też po prostu „meliną”. Maestro Jan uznał jednak , że w pierwszym przypadku jest to drętwa mowa, a w drugim – język złodziejski, knajacki, wolał więc pozostać przy swoim.
Gdy Jan umierał po raz pierwszy w 2006 roku, przekazał mi swoją „historię choroby”, żebym przekonał świat i ludzi, że jego głodówka nie była tchórzliwym samobójstwem, lecz aktem rozpaczy, usprawiedliwionym stanem zdrowia. Lista chorób była tak wielka, że można byłoby obdzielić nimi pluton wojska. A przecież podchorąży Jan Kulma posługiwał się kenkartą sfałszowaną przez AK, z datą urodzenie , która odmłodziła go o trzy lata, żeby po Powstaniu nie wcielono go przymusowo do polskojęzycznego wojska generała Berlinga.
Mój ojciec, porucznik Antoni Kopeć w dniach kiedy wykrwawiało się Powstanie Warszawskie, z dala od bitewnego rozgardiaszu trudnił się w bezpiecznym Zamościu chwytaniem rekrutów w kamasze. I klnę się na wszystkie świętości: rekruci po gruźlicy płuc i ze zmianami w konstrukcji kręgosłupa po przebytej tuberkulozie, do polskojęzycznego wojska generała „Waltera” nie byli przyjmowani nawet w sytuacji, gdy zgłaszali się do służby na ochotnika.
Jakub Kopeć
Wszystkie wpisy Jakuba TUTAJ
Kategorie: Uncategorized

