
Benjamin Netanjahu, po latach starań, osiągnął wymarzoną koniunkcję czynników. Po swojej stronie ma pozbawionych ruchu Amerykanów, po przeciwnej zaś zdegradowany Hezbollah oraz słabych wewnętrznie Irańczyków, którzy swoim atakiem dostarczyli pretekstu do zmasowanego odwetu. Izrael gra o najwyższą stawkę, może jednak przelicytować.
Wśród starych sowieckich dowcipów o telefonach do Radia Erywań jest też ten, w którym słuchacze pytają, „jakie jest najbardziej niezależne państwo na świecie?”. Odpowiedź Radia brzmi: „Mongolia – bo nic od niej nie zależy”.
Wobec tego, co od roku dzieje się na Bliskim Wschodzie, Europa jest mniej więcej w pozycji Mongolii, głównie w rezultacie podziałów i braku woli politycznej. Jednocześnie znaczenie wydarzeń oraz ich potencjalne konsekwencje dla europejskiego bezpieczeństwa i politycznej wiarygodności są kluczowe. Pozostaje zatem próba zrozumienia dynamiki wypadków i nazwania zjawisk.
Skala i konsekwencje masakry
7 października ubiegłego roku uzbrojone oddziały Muzułmańskiego Ruchu Oporu (Hamasu) – rządzącego Gazą od 2007 roku – uderzyły na izraelskie posterunki graniczne, a następnie dokonały masakry w okolicznych miejscowościach. Bilans tego dnia to 251 uprowadzonych, 379 poległych, 796 zamordowanych, około 3500 rannych, a także dziesiątki tysięcy Izraelczyków dotkniętych osobistą tragedią oraz miliony w stanie szoku.
Najnowsza historia Bliskiego Wschodu nie zaczęła się jednak 7 października. A to, co stało się tego dnia, „nie wydarzyło się w próżni” (jak zauważył sekretarz generalny ONZ António Guterres), tylko w kontekście niemal sześćdziesięciu lat izraelskiej okupacji terytoriów palestyńskich oraz szenastu lat blokady Gazy. Jednak, nawet uwzględniając ten kontekst, było to wydarzenie bez precedensu, ze względu na skalę masakry i jej konsekwencje. Powagę tych ostatnich oddają dwa cytaty z wysokich rangą amerykańskich urzędników. Jeszcze we wrześniu 2023 roku doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, Jake Sullivan, twierdził, że Bliski Wschód jest – mimo problemów – „spokojniejszy niż kiedykolwiek w ciągu poprzednich dwóch dekad”. Natomiast już w styczniu 2024 roku sekretarz stanu Antony Blinken, alarmował, że sytuacja w tym regionie jest „najniebezpieczniejsza od 1973 roku”. I tylko jeden z nich miał rację.
W maju 2023 roku Izrael uroczyście obchodził 75-lecie istnienia. Pięć miesięcy później walczył o życie własnych obywateli na własnym terytorium i przegrał. 7 października był więc dla niego nie tylko nagromadzeniem indywidualnych tragedii, lecz także uderzeniem w podstawy państwa. Oczywiste było zatem, że odpowie nieproporcjonalnie. A jego celem nie będzie powrót do status quo ante, tylko zasadnicza zmiana sytuacji, zarówno w Gazie, jak i w całym regionie. Zwłaszcza odkąd 8 października ostrzały (w ramach solidarności z Gazą) rozpoczął także libański Hezbollah.
Kryzysy, szanse i okna możliwości
Jakkolwiek nieadekwatnie wobec rozmiaru tragedii może to zabrzmieć, sytuacja, w jakiej po zamachu znalazło się państwo żydowskie, była podręcznikowym przykładem ulubionego przez coachów motywacyjnych sloganu: „kryzys jako szansa”. Zwłaszcza że pojawiło się też przy tym stosowne „okno możliwości”.
Z jednej strony bowiem Izrael poniósł porażkę, z której konsekwencjami jego obywatele będą żyli przez dziesięciolecia. Z drugiej – został tak głęboko osłabiony, że znalazł się w sytuacji przymusu ruchu, uzyskując przy tym możliwość zaatakowania przeciwników w sposób, jaki w innych okolicznościach nie byłby możliwy.
Po pierwsze, liczba ofiar i okrucieństwo Hamasu uczyniły z 7 października wydarzenie niejako z odrębnego porządku, którego nie można zaklasyfikować do kategorii „kolejnej odsłony konfliktu izraelsko–palestyńskiego”. W efekcie dla znacznej części międzynarodowej (a przynajmniej zachodniej) opinii publicznej skomplikowana na co dzień rzeczywistość Bliskiego Wschodu uległa uproszczeniu do klarownego schematu napastnik–ofiara.
Argumenty propalestyńskich aktywistów wskazujących, że punktem wyjścia jest przemoc izraelska – niejednokrotnie okrutna, a przy tym zinstytucjonalizowana i obudowana elokwentnymi wyjaśnieniami – były mniej przekonujące niż zdjęcia pomordowanych młodych ludzi i zgliszcz budynków. Izrael zaś uzyskał – przynajmniej początkowo – ze strony władz i opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych i Europie mandat do działań idących znacznie dalej niż kiedykolwiek wcześniej.
Po drugie, wydarzenia na Bliskim Wschodzie zbiegły się ze szczególnym momentem politycznym za Oceanem. Głównym decydentem pozostawał Joe Biden – nazywający się „dumnym irlandzko-amerykańskim syjonistą” i wyjątkowo proizraelski, nawet jak na amerykańskie standardy. Co więcej, wszystko działo się w warunkach prezydenckiej kampanii wyborczej, w której starzejący się prezydent wypadał blado, a Donald Trump punktował go za słabość na arenie międzynarodowej, czego atak Hamasu miał być rzekomo jednym z licznych dowodów.
W efekcie Amerykanie – od ponad dekady konsekwentnie dążący do ograniczenia obecności na Bliskim Wschodzie – natychmiast udzielili Izraelowi wsparcia militarnego i dyplomatycznego. Uzyskali jednak przy tym ograniczony wpływ na postępowanie sojusznika. Zaś pomimo wielokrotnego rozczarowania izraelskimi działaniami, do czasu listopadowych wyborów, nie mogą pozwolić sobie na zmianę kursu.
Po trzecie, to, że do konfrontacji między Izraelem a frakcjami palestyńskimi w Gazie przyłączyła się oś proirańska (Hezbollah, jemeński ruch Huti, ugrupowania szyickie w Iraku), dostarczyło premierowi Benjaminowi Netanjahu argumentu na potwierdzenie tezy, którą stawiał przez większość swojego politycznego życia. A mianowicie, że źródłem całego zła w regionie jest Iran a wszystkie zagrożenia bezpieczeństwa Izraela związane są właśnie z Teheranem.
Triada Netanjahu
Połączenie tych trzech okoliczności pozwoliło władzom w Jerozolimie na rozdzielenie frontów i sekwencjonowanie walki, od najsłabszego przeciwnika do najsilniejszego. I tak – korzystając z amerykańskiego parasola dyplomatycznego i militarnego – Izrael rozpoczął od inwazji Strefy Gazy. Zarazem jednak od Hezbollahu nie tylko przyjął wyzwanie, lecz także systematycznie podnosił stawkę, mówiąc niejako: „Chcecie strzelać? To postrzelajmy!”. Według danych amerykańskiej organizacji ACLED (monitorującej konflikty zbrojne) spośród ponad 10 tysięcy uderzeń wymienionych między państwem żydowskim a Hezbollahem w okresie 7 października 2023 – 20 września 2024, to pierwsze odpowiadało za ponad 80 procent z nich.
Wreszcie – po niemal roku od zamachu – to Liban stał się głównym teatrem izraelskich działań. Dalej były wybuchające pagery, krótkofalówki, likwidacja większości kierownictwa Hezbollahu, ciężkie bombardowania Bejrutu i operacja lądowa w południowej części kraju. Równolegle Izraelczycy konsekwentnie zwiększali presję na Iran. Ich działania, takie jak zbombardowanie irańskiego konsulatu w Damaszku w kwietniu (z irańskimi generałami w środku), zabicie Isma’ila Hanijje (politycznego przywódcy Hamasu) w Teheranie w lipcu oraz przywódcy Hezbollahu Hasana Nasrallaha pod koniec września miały jeden wspólny mianownik – publiczne upokarzanie Iranu. W rezultacie, Iran znalazł się w – nielubianej przez siebie – sytuacji przymusu ruchu. A także konieczności odejścia od wygodnej formuły działań cudzymi rękami z dala od swoich granic. Efektem były dwa ostrzały izraelskiego terytorium – pierwszy w kwietniu i drugi, bardziej zmasowany, w październiku, które – jakkolwiek niewiarygodnie by to z europejskiej perspektywy zabrzmiało – są zwycięstwem premiera Netanjahu.
Zwodnicza przewaga
Po latach starań polityk ten osiągnął koniunkcję czynników, o którą mu zawsze chodziło – ma po swojej stronie pozbawionych ruchu Amerykanów, po przeciwnej zaś zdegradowany Hezbollah oraz słabych wewnętrznie Irańczyków, którzy swoim atakiem dostarczyli mu pretekstu do zmasowanego odwetu.
Jaki ten odwet będzie – pozostaje się domyślać. Izraelczycy mają jednak poczucie, że gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. A nagroda główna – na przykład w postaci obalenia irańskiego reżimu, a przynajmniej korzystnej zmiany sytuacji w regionie, jest w ich zasięgu. Nie będą się zatem ograniczać. I dopóki wygrywają, nie odejdą od stołu.
Mogą też jednak – jak w każdej grze – przelicytować. Trudno kontrolować eskalację działań zbrojnych, a wojna już teraz generuje ogromne koszty dla Izraela. Zwłaszcza że słynna izraelska chucpa (w uproszczeniu mieszanina brawury i bezczelności) stojąca za wieloma sukcesami tego państwa, miewa w sobie nieraz wyraźny rys pychy. A to właśnie ona stała za porażką z 7 października.
Izrael gra o najwyższą stawkę. Czy przelicytuje?
Kategorie: Uncategorized


@MEF
”Jak korespondencje ze „świętej ziemi” za komuny.”
Za komuny nie używano określenia ”ziemia święta”. Używano określenia ”państwo Izrael”, klasyczne przykłady to ”Na zachód od Jordanu” (popełnił niejaki Żeromski, nie mylić ze Stefanem) albo kolejne ehmm… _dzieła_ docenta Walichnowskiego (”Izrael, NRF a Polska”). Co ciekawe, nic tam nie było o Umęczonym Narodzie Palestyny, bo tego ”Narodu” jeszcze nie wynaleziono.
Plastelina zaczęła się za wczesnego Gierka. A ”ziemia święta” raczej już po cudownej metamorfozie Aktywu PZPR w działaczy narodowo-katolickich, po Okrągłym Stole.
Rzecz intrygująca, że najbardziej wstrętne teksty pisali często Żydzi z pochodzenia. Jeden taki tekst to ”Spotkanie z rasizmem”, który to tekst popełnił Jerzy Urban w tygodniku ”Polityka” (w 68-ym). Na ”rasizm” natknął się (no jakżeby inaczej) właśnie w Izraelu. Jest takie powiedzenie, które się przypisuje Bismarckowi: Nie trzeba dużo pieniędzy, żeby kupić poetę albo prostytutkę.
Ten sam kącik antysemicki i ta sama para wesołków. Jak korespondencje ze „świętej ziemi” za komuny. Stara szkoła sowiecka.
@Leopold Galicki
„O jaką chucpę Izraela autorowi artykulu się rozchodzi?”
No jak to „o jaką”: O Zbrodniczą, Syjonistyczną chucpę polegającą na tym, że Żydzi w Izraelu bezczelnie zamierzają żyć i oddychać. W końcu nie po to Żydów w swoim czasie wypędzono („Żydy wynocha do Izraela!”, „Polska dla Polaków”), żeby sobie w tym Izraelu (do którego ich wypędzano) żyli i oddychali, jak gdyby nigdy nic. A niektórzy to się nawet dzieci i wnuków dochowali – a to już się łapie na Zbrodnie Przeciw Ludzkości.
Dobry przykład do naśladowania to był Korczak, taki „Positive Role Model”. Nie tylko sam bez protestów poszedł do gazu, to jeszcze do tego gazu gromadkę dzieci zaprowadził. Takich to się lubi, filmy się o nich kręci, to są jednostki pozytywne. Co innego tacy, co zamierzają żyć i oddychać. To jest Zbrodnicza Chucpa i dla takich to nie ma litości.
W sumie Matusiak podziwia Izrael… ale oczywiście nie mógł sobie podarować tego zakończenia ze wzniesionym palcem wskazującym – polskie kompleksy.
Polska wsliznela sie do NATO po dziesiecioleciach usluznej sluzby dla Rosji.
Polaczki zawyja ze to ” Zydokomuna, ale slepawy magazynier Jaruzelski, wywindowany na Marszalka Polski, bez najmniejszego trudu uzywal Armii Polskiej do przedluzania tego, po tym jak tej domniemanej ” Zydokomuny” nie bylo.
Teraz tacy jak autor Matusiak wyja ze Izrael wciaga ” oslabiona Ameryke”, bo chlopska zazdrosc tego znad Wisly nie moze zniesc ze Ameryka moze byc za kims innym niz Lechitami, z ich wieczna walka z Rosjanami.
O ” okrucienstwie” Izraela nich Matusiak nie pyskuje, Armia Polska( zwyciska bo Alfons jest to K..a Meska) w swojej jedynej akcjii poza granicami wymordowala cala wies afganska. I nic,
I okrucienstwo Polakow, uwazajacych ze to OK uzyc broni atomowej gdzie setki milionow zgina, w obronie ichnich targan sie z Rosjanami, natomiast hucpa jst bronic sie przed Hamasem i Hezb.
Mozliwe ze lezka sie w oczkach Matusiaka&Co kreci przy opisie poczynan Hamasu, ma czule spomnienia jego opisow jak dziadus i cala wies poczynala z Zydami i stad oburzenie ze jak, nie daja sie..
Zycze Matusiakowi i Polsce tego co Hamas zyczy Izraelowi. Amen.
p.s,
Nawet tgo Polacy nie wymyslili, Amen to prastare hebrajskie .
O jaką chucpę Izraela autorowi artykulu się rozchodzi?
Bronienie się przed dwoma, Hamas I Hizbollah, największymi w historii świata armiami terrorystów,
bronienie się przed politycznym bandytyzmem większości świata, który stawia rząd Izraela, państwa od 77 lat uznanego przez ONZ i członka tej organizacji, na równi z przywódctwami organizacji. uznanymi za organizacje terrorystyczne, czy to chucpa używać w takiej obronie wszystkie środki walki, z wyjątkiem broni atomowej!
Kolego socjologu, napewno uważasz, że Twój artykul jest neutralny. Nie jest. Piszesz na fali antyizraelizmu. To się opłaca.