Uncategorized

Auschwitz-Birkenau: minęło 80 lat. Jak pamiętać, jak zapominać, jak zrozumieć niepojęte

Przyslal Adam Mer


Od wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau minęło 80 lat. Przed pięcioma laty w poruszającym przemówieniu Marian Turski, oświęcimiak, nasz redakcyjny kolega, przestrzegał: „Nie bądźcie obojętni” na kłamstwa, dyskryminację, mowę nienawiści. „Bo na was, na waszych potomków jakiś Auschwitz nagle spadnie z nieba”. Ale warto sobie przypomnieć, jak różnie przez te 80 lat odczytywana była lekcja Auschwitz.

Wśród haseł epoki, w której dorastało pokolenie urodzone w roku 1945, chyba najbardziej dobitne było „Nigdy więcej”. Dorastaliśmy wśród ruin i rusztowań, pierwszomajowych pochodów i kościelnych nieszporów. Ale wojny nie zaznaliśmy. Obecna była w szkolnych czytankach i rodzinnych opowieściach, a także w wiadomościach radiowych ze świata – Indochiny, Korea, Algieria. Nazwy takie jak Majdanek i Oświęcim były abstrakcją. Dla mnie przestały nią być, gdy miałem 13 lat. Wtedy w drodze na „letnisko” na lubelskiej wsi pokazano mi komorę gazową na Majdanku. Auschwitz zobaczyłem już po szkolnej lekturze „Dymów nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej. Blok śmierci, szubienica, na której po wojnie powieszono komendanta KL Rudolfa Hössa, stosy butów i walizek, rampa w Brzezince i ruiny krematoriów uwierzytelniały grozę czegoś niepojętego.

Panowie życia i śmierci

Trudno było nastolatkowi utożsamiać się z relacjami „oświęcimiaków”. Niemniej dręczyły pytania, jak coś takiego dało się przetrzymać – głód, wycieńczenie, tortury, kolejne selekcje do gazu – nie stając się ani cynicznym kapo, ani pogardzanym „muzułmaninem”? Ale także, jak można było wymyślić coś takiego jak ten trakt śmierci w Brzezince – rozbieralnia, komora gazowa, krematorium? Jakimi ludźmi byli ci panowie życia i śmierci w czarnych mundurach SS? Jak tam wyglądała walka dobra ze złem?

Na takie pytania literatura obozowa podsuwała różne odpowiedzi. Stanisław Grzesiuk w „Boso, ale w ostrogach” opowiadał, jak to dzięki sprytowi warszawskiego cwaniaka udało się przetrzymać pięć lat Dachau i Mauthausen. Tadeusz Borowski z sarkazmem odsłaniał czujne otępienie więźnia skupionego na nagim przetrwaniu oraz życiodajną siłę wzajemnego wspierania się grupy przyjaciół, jak i miłości do ukochanej dziewczyny. Z kolei Bruno Apitz w „Nagich wśród wilków” z patosem opowiadał heroiczną historię, jak to w Buchenwaldzie więźniowie uratowali czteroletnie dziecko. W czasach NRD urodzony 28 stycznia 1941 r. w Krakowie Stefan Jerzy Zweig stał się symbolem siły ruchu oporu. Jego nazwisko wyryto w Buchenwaldzie na tablicy pamiątkowej. Usunięto ją w 2000 r., gdy wyszło na jaw, że w kluczowym momencie zamiast niego na listę przeznaczonych do likwidacji wstawiono romskiego chłopca. W statystyce SS nic się nie zmieniło. Zweig potem sądownie protestował przeciwko używaniu formuły „podmiana ofiar” oraz nazywaniu stalinistami tych, którzy go uratowali. Rozgoryczony zmarł rok temu w Wiedniu.

W Oświęcimiu bywałem wiele razy. Za każdym razem w nieco innej atmosferze. W szkolnej narracji był to obóz zagłady, „w którym ludzie ludziom zgotowali ten los”. Ofiarami byli przedstawiciele wielu narodów, także jacyś nieokreśleni Żydzi, ale Polska w czasie wojny poniosła największe straty – 6 mln zabitych i zamordowanych. Mimo lektury Borowskiego, a nawet opublikowanych w POLITYCE wyznań Adolfa Eichmanna nastolatkowi wymykała się istota „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”.

Natomiast poprzez takie sztuki teatralne jak „Dochodzenie” Petera Weissa, oparte na toczącym się w latach 1963–65 we Frankfurcie procesie oświęcimskiej załogi SS, czy „Namiestnik” Rolfa Hochhutha do mnie, studenta germanistyki, zaczynały docierać echa coraz wnikliwszych niemieckich rozliczeń z kwestią indywidualnej i zbiorowej winy. Także analizy poobozowej traumy ofiar nazistowskich kacetów oraz publiczne spory byłych więźniów o ich stosunek do niemieckiej zbrodni i kary, niemieckiej kultury i polityki…

Jak pamiętać i jak zapominać

W Polsce jako uwłaczające lekceważenie niemieckiej odpowiedzialności za ludobójczą wojnę odczuwano nieuznawanie przez rząd w Bonn granicy na Odrze i Nysie. List polskich do niemieckich biskupów z 1965 r. z liturgicznymi słowami – przebaczamy i prosimy o przebaczenie – czytałem już w Lipsku razem z niemieckimi komilitonami w katolickiej gminie studenckiej. Odebrałem go jako haust świeżego powietrza. Niemniej w kraju list wywołał dość powszechne oburzenie – nie tylko partyjnej propagandy. Także dlatego, że do listu biskupów wplątało się też słowo „zapomnijmy” – zapomnijmy o wrogości i nienawiści.

Pytanie o to, jak pamiętać i jak zapominać, było 20 lat po wojnie częścią europejskiego sporu o Niemcy i Niemców, ale także o powojenną kondycję ludzi, którzy przeszli przez piekło. Pisane już po procesie esesmanów z Oświęcimia refleksje takich byłych więźniów tej „fabryki śmierci”, jak Primo Levi, Jean Améry, Imre Kertész, Elie Wiesel, a u nas Anna Pawełczyńska, poza opisem obozowej rzeczywistości głęboko wnikają w „kondycję ludzką”. Pokazują deprawację nie tylko sprawców, ale i ofiar zdegradowanych do rangi numeru, torturowanych, głodzonych, wycieńczonych pracą ponad siły i w każdej chwili zagrożonych śmiercią przez zatłuczenie, zastrzelenie czy „wysłanie do gazu”.

Niejednego z tych autorów irytowała też teza o „banalności zła” postawiona przez Hannah Arendt w czasie procesu Eichmanna. Jean Améry, który był wiedeńskim katolikiem, ale do Oświęcimia trafił z paragrafu żydowskiego, pisał w opublikowanym w 1965 r. eseju o torturach: „Nie ma czegoś takiego jak »banalność zła«, a Hannah Arendt, która coś takiego napisała o Eichmannie – wroga ludzkości znała jedynie ze słyszenia i widziała w szklanej klatce”. To nie banał. Kto raz był torturowany, ten nigdy tego nie zapomni. Tamten ból zanika, by wrócić powiększony.

W Polsce równoległe refleksje wywołał esej „Wartości i przemoc” Anny Pawełczyńskiej, która przeżyła Pawiak, Oświęcim, alianckie bombardowanie Drezna i KL Flossenbürg. W socjologicznej analizie Oświęcimia wykazywała, jak szybko nieludzki system obozowy rozmontowywał w więźniach rusztowanie tradycyjnych wartości religijnych i humanistycznych, uruchamiając pierwotne odruchy przetrwania i egotycznej współpracy w małych grupach. Esej otrzymał w 1974 r. Nagrodę Historyczną POLITYKI, w której na bez mała 40 pracowników było wtedy czterech „oświęcimiaków”.

2De Agostini/Getty ImagesZdjęcia dzieci, więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau

Ołowiane milczenie

W zachodnich Niemczech KL Auschwitz był już trwałym symbolem niemieckiej winy i odpowiedzialności. W NRD tę rolę odgrywał raczej KL Buchenwald. Ale także z NRD do Oświęcimia w ramach ewangelickiej Akcji Znak Pokuty przyjeżdżali wolontariusze, z których niejeden zaangażował się potem w ruchu obywatelskim. W 1973 r. w zachodnich Niemczech powstało katolickie stowarzyszenie im. Maksymiliana Kolbego. Dla katolików franciszkanin, który w Oświęcimiu dobrowolnie poszedł na śmierć, by uratować bliźniego, był dowodem na to, że nawet w piekle może pojawić się błysk wyższej mocy. W statystyce SS znowu nic się nie zmieniło. Ale Franciszek Gajowniczek przeżył, a w 1979 r. w celi śmierci Kolbego ukląkł polski papież…

Na zachodzie Niemiec rozrachunek młodego pokolenia z „ołowianym milczeniem” rodziców czynnie lub biernie uwikłanych w „niemiecką winę” wzmocnił w 1978 r. wstrząs, jakim był amerykański serial fabularny „Holocaust”. Krytykowano go wprawdzie jako czułostkowy „holokicz”, ale znaczną część europejskiej opinii publicznej zainteresował, pokazując golgotę mieszczańskiej rodziny Weissów aż po rampę i komorę gazową w Brzezince. O niemieckich kacetach nakręcono ok. 150 filmów fabularnych, w tym kultową w latach 90. „Listę Schindlera” i gorzko-komiczne „Życie jest piękne”. Choć nierzadko były krytykowane za uproszczenia i estetyzację zgrozy. Silniej działały filmy dokumentalne, takie jak wielogodzinny „Shoah” Claude’a Lanzmanna z 1985 r. Jego emisja w Polsce przyczyniła się do wielkiej debaty nad stosunkiem Polaków w czasie wojny do zagłady Żydów – od ofiarnej pomocy, której symbolem byli Jan Karski czy Władysław Bartoszewski, po szmalcownictwo, szantaże, donosicielstwo i morderstwa.

Od lat 70. w tle zachodnich debat wokół Oświęcimia coraz częściej pojawiała się kwestia podobieństwa ludobójstw. To przemysłowe, zaplanowane na chłodno i wykonane w III Rzeszy porównywano z opisanym przez Aleksandra Sołżenicyna w „Archipelagu Gułag” dokonanym w obozach pracy ZSRR Lenina i Stalina. Doszukiwano się też analogii z „polami śmierci”, jak nazwano miejsca kaźni w Kambodży, ujawnione po upadku w 1979 r. reżimu Pol Pota. Czerwoni Khmerzy w ciągu czterech lat wymordowali około jednej czwartej ludności kraju – blisko 2 mln ludzi.

Niemiecki spór historyków sprowokowali w 1986 r. bliscy chadecji konserwatyści, twierdząc, że Oświęcim był jedynie reakcją na Gułag, na terror rewolucji rosyjskiej i wymordowanie Ormian w 1915 r. przez Turków. I że zagłada Żydów jest dla Europy Środkowej podobną katastrofą jak powojenne wypędzenie Niemców. Polemika z takimi poglądami toczyła się w mediach przez wiele miesięcy i zakończyła dominującą tezą o wyjątkowości Oświęcimia i niemieckiej winy, aż po formułę Güntera Grassa z 1989 r., że podział Niemiec jest „karą za Auschwitz”.

W otwartym w 1986 r. w pobliżu byłego KL Auschwitz Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży poruszano nieco inne tematy. Powstał z inicjatywy Akcji Znak Pokuty i po 15-letnich korowodach był pierwszym w Polsce takim miejscem dialogu nowego pokolenia.

Fala bezlitosnych wspomnień

W Polsce w 1998 r. wybuchł spór o „papieski” krzyż na przyległym do obozu żwirowisku, gdzie rozstrzeliwano więźniów. Dla radykalnych organizacji żydowskich był przejawem naruszenia religijnych symboli zagłady Żydów zwiezionych do KL Auschwitz-Birkenau. W Niemczech toczyła się w tym czasie debata wokół książki amerykańskiego historyka Daniela Jonaha Goldhagena „Gorliwi kaci. Zwykli Niemcy i Holokaust”. Autor zwracał uwagę na to, że nie tylko załogi SS z obozów zagłady były winne ludobójstwa, bo większość wschodnioeuropejskich Żydów została rozstrzelana w lasach wschodniej Europy przez przykładnych ojców niemieckich rodzin. Zauważył też, że w czasie marszów śmierci więźniów ewakuowanych zimą 1945 r. na zachód ludność niemiecka nie przejawiała dla nich żadnego współczucia.

Zarazem pół wieku po wyzwoleniu Oświęcimia coraz pewniej odzywali się „kłamcy oświęcimscy”, np. brytyjski bp Richard Williamson z Bractwa Świętego Piusa X, który w 1998 r. stwierdził, że żaden Żyd nie zginął w komorze gazowej. Także niegdyś lewicowi intelektualiści, jak Martin Walser, który w 1965 r. pisał o „Naszym Auschwitzu”, teraz domagali się odłożenia w końcu na bok „moralnej kłonicy” Oświęcimia w rozmowie o Niemcach. Walser publiczną debatę w Niemczech szybko przegrał. A brytyjski publicysta i autor książek historycznych fałszujących obraz drugiej wojny David Irving przegrał w Anglii z Deborah Lipstadt proces o negowanie Holokaustu.

Na początku nowego wieku Auschwitz jest powszechnie uznanym miejscem pamięci bezprzykładnej w dziejach planowej przemysłowej zagłady europejskich Żydów, wyniszczania więźniów pracą, głodem i terrorem. W latach 40. Tadeusz Borowski wzywał tych, którzy przeżyli, by opisali całą prawdę, przyznali, jakim i czyim kosztem przeżyli. I po półwieczu ruszyła ostatnia już fala rozrachunkowych bezlitosnych wspomnień, jak choćby Romana Fristera, piątego byłego więźnia Oświęcimia.

Jak zrozumieć niepojęte

W miarę odchodzenia bezpośrednich świadków na pierwszy plan wysuwają się wspomnienia „z drugiej ręki”. Pamięć zachowana przez dzieci ofiar i sprawców opisujących rodzinny pourazowy stres. Przykładem są choćby książki Niklasa Franka o jego stosunku do ojca powieszonego w Norymberdze, do matki uważającej się za „królową Polski”, a także rodzeństwa, które nie potrafiło sobie dać rady z takim rodzinnym bagażem. Podobnym rozrachunkiem był film fabularny „Strefa interesów” z 2023 r. o rodzinie komendanta KL Auschwitz-Birkenau Rudolfa Hössa, prowadzącej szczęśliwe, spokojne i luksusowe życie w cieniu komór gazowych i krematoriów…

Dla młodej generacji – tych nastolatków, którzy teraz przechodzą białym labiryntem od wejścia do Muzeum po bramę z napisem „Arbeit macht frei”, słysząc z głośników nazwiska pomordowanych – to „rodzinne” spojrzenie może być pomocne w zrozumieniu tego, co tu się działo ponad 80 lat temu. Ale jak zrozumieć niepojęte? Na rampie w Brzezince, przed ruinami komór gazowych i krematoriów? W bloku śmierci w Oświęcimiu? Przed witrynami z butami, walizkami i obciętymi włosami zagazowanych i spalonych?

80 lat po wyzwoleniu KL Auschwitz-Birkenau 27 stycznia 1945 r. przez armię radziecką trudno jest dzisiejszemu nastolatkowi w pełni uprzytomnić sobie, czym był obóz zagłady. Niemniej przejście przez miejsce pamięci Auschwitz-Birkenau nadal jest przestrogą przed tym, co ludzie mogą wyrządzić ludziom.

Auschwitz-Birkenau: minęło 80 lat. Jak pamiętać, jak zapominać, jak zrozumieć niepojęte

Adam Krzemiński

Adam Krzemiński

Germanista uważany za jednego z najbardziej kompetentnych znawców stosunków polsko-niemieckich. W „Polityce” od 1973 r. Analizy publikuje w Polsce i w Niemczech, m.in. na łamach „Die Zeit”, „Der Spiegel” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.