Joanna Banaś

Jak skapitulował ostatni oddział Wehrmachtu
Dla niemieckiej załogi koniec jej misji był smutnym przeżyciem. Ale nie z powodu kapitulacji, lecz dlatego, że musieli opuścić stację. Później zapewniali, że służba na Dalekiej Północy była dla nich przygodą życia.
Kapitulacja miała osobliwy przebieg. Kiedy załoga norweskiego statku poławiaczy fok „Blaasel” dotarła do niemieckiej stacji 3 września, gospodarze tak wspaniale ugościli przybyłych swoimi zapasami, że dopiero następnego dnia nad ranem kapitan alianckiej jednostki Ludwig Albertsen przypomniał sobie, że Niemcy muszą się poddać. Nie bardzo wiedział, jak to powinno wyglądać. Z pomocą przyszedł mu dowódca niemieckiej jednostki porucznik Wilhelm Dege, który zapytany o to przez Norwega roześmiał się, a potem położył na stole swój pistolet i powiedział: „Poddaję się”. Potem potwierdził kapitulację na piśmie.
Dla niemieckiej załogi koniec ich misji był smutnym przeżyciem. Ale nie z powodu kapitulacji, lecz dlatego, że musieli opuścić stację. Później zapewniali, że służba na Dalekiej Północy była dla nich przygodą życia.
Tajna misja na końcu świata
Haudegen była jedną z 15 niemieckich wojskowych stacji meteorologicznych działających na Dalekiej Północy od 1941 roku. Oprócz wysp norweskiego archipelagu Svalbard (największą z nich jest Spitsbergen) pracowały także na północnych wybrzeżach Grenlandii Wschodniej, na należącym do Kanady półwyspie Labrador czy w Ziemi Franciszka Józefa, rosyjskim archipelagu na Morzu Barentsa.
Ich zadaniem było przekazywanie dowództwu armii lądowej, marynarki i lotnictwa raporty pogodowe kluczowe dla operacji militarnych w północnej Europie. Czy nadchodzi sztorm? Jaki będzie pułap chmur? Czy grożą długotrwałe, intensywne opady? – precyzyjna prognoza była orężem w działaniach bojowych.
Dlatego w czasie wojny stacje meteorologiczne wrogich armii, choć ufortyfikowane, były przez wrogów likwidowane, a statki meteorologiczne zatapiane. Niemcy wiedzieli, że gdyby alianckie samoloty przebiły się przez pokrywę chmur lub w pobliżu pojawiłby się okręt wojenny wroga, operacja zakończyłaby się niepowodzeniem. Dlatego misja na Arktyce była tajna. Tak bardzo tajna, że Kriegsmarine miała tylko raz w miesiącu informować krewnych młodych żołnierzy, że mają się dobrze, bez podawania szczegółów i możliwości przekazania im informacji zwrotnej. Później się okaże, że w obliczu kapitulacji Niemiec dowództwo marynarki zniszczyło też dokumenty pozwalające ją zlokalizować.
Haudegen pozostała ostatnią stacją arktyczną Wehrmachtu po tym, jak w listopadzie 1944 roku utracili stację na Ostgrönland zlikwidowaną przez Amerykanów, a w grudniu statek meteorologiczny „Zugvogel”.
Pogoda w służbie wojny
Latem 1943 roku 18-letni kapral Siegfried Czapka służył jako radiooperator w Paryżu w głównej stacji meteorologicznej Kriegsmarine, co bardzo sobie chwalił. Ale gdy odczytał tajne ogłoszenie o poszukiwaniu ochotników radiotelegrafistów do służby w „bardzo zimnej okolicy”, od razu się zgłosił.
Podobnie Heinz Schneider, kapral radiooperator marynarki w rejonie Cherbourga. Zakwalifikowali się do zespołu i zostali skierowani na szkolenie do czeskich Karkonoszy. Tam w górskiej stacji Goldhöhe (Zlaté návrší) na wysokości 1400 m w gronie 60 ochotników doskonalili jazdę na nartach, wspinaczkę, uczyli się budowy domów z lodu, tworzenia prognoz pogody, kucharzenia. Sanitariusze uczyli ich udzielania pomocy medycznej: wyrywania zębów, opatrywania postrzałów, a nawet amputowania odmrożonych kończyn.
Gdy w Karkonoszach zrobiło się zbyt ciepło i okolica przestała przypominać Arktykę, ekipę przeniesiono na wysokość 3 tys. m w Alpy Ötztalskie (Włochy), gdzie od maja 1944 roku strzelcy alpejscy uczyli ochotników poruszania się, walki i obrony w terenach górskich. Działo się to, gdy Niemcy na wszystkich frontach byli w odwrocie, alianckie naloty zamieniały niemieckie miasta w gruzowiska, a przez Włochy Amerykanie szli na północ Europy. Kurs musiał być skrócony, bo wielu wykładowców zostało powołanych na front. Uczestnicy szkolenia dostali ostatni urlop przed wyjazdem.
Cel misji pozostawał nieznany. 10 marynarzy najlepszych podczas szkolenia poznało go dopiero przed samym wyjazdem, we wrześniu 1944 roku, gdy z 1800 skrzyniami ważącymi 80 ton czekali w norweskim porcie Tromsø na transport.
Mieli płynąć 1000 kilometrów na północ, do archipelagu Svalbard na Oceanie Arktycznym. Dowódca wyprawy porucznik Wilhelm Dege, doktor nauk przyrodniczych, każdego z osobna pytał, czy na pewno chce wziąć udział w niebezpiecznej misji. To nie była zwykła procedura w Wehrmachcie, ale i Dege (1910-79) nie był zwykłym porucznikiem.
Po studiach pedagogicznych początkowo uczył w szkole, jednocześnie studiując geografię, geologię i prehistorię w Münster. W latach 30. organizował wyjazdy badawcze na Spitzbergen, które zaowocowały doktoratem o geomorfologii półwyspu Andrée Land we wschodniej Grenlandii. Wcielony do Wehrmachtu w 1940 roku dostał przydział do Norwegii, gdzie był m.in. tłumaczem. W Niemczech nie było wówczas nikogo, kto wiedziałby więcej o Spitsbergenie i Arktyce. Dege został oczywistym liderem kolejnej stacji meteorologicznej.
Wcześniej jako ekspert uczestniczył w przebudowie trawlera „Carl J. Busch”, który wiózł na Svalbard sprzęt i prowiant dla załogi Haudegen, na statek nadający się do prowadzenia badań naukowych, klimatycznych i oceanograficznych.
Okręt podwodny U-354, pierwotnie przeznaczony jako eskorta wyprawy, został odwołany podczas ostatnich przygotowań do misji „Haudegen” – był potrzebny do walki z alianckim konwojem. Zatonął 24 sierpnia podczas ataku na kanadyjski lotniskowiec „HMS Nabob”.
By nie zniweczyć przedsięwzięcia wartego 2 mln reichsmarek (czas gonił, zbliżała się zima), musiał go zastąpić inny okręt. Był nim U-307, który miał przewieźć personel stacji i eskortować „Carla J. Buscha”. Oba okręty wypłynęły z Narviku 10 września 1944 roku. Udało im się ominąć blokadę brytyjskiej marynarki wojennej i trzy dni później dotarły do Rijpfjorden, kotwicząc w zatoce Wordiebukt.
Na początku trzeba było jednak opłynąć okolicę, aby upewnić się, że nie ma tam żołnierzy lub okrętów alianckich, i sporządzić mapę terenu. Dege zdecydował, że stacja powstanie na Nordaustlandet (Ziemia Północno-Wschodnia), drugiej co do wielkości wyspie archipelagu Svalbard (największą jest Spitzbergen), ciut powyżej 80. równoleżnika.
Zdążyć przed zimą
Zaczęło się opróżnianie ładowni „Carla J. Buscha”. Oprócz prowiantu w 1200 skrzyniach, polarnych ubiorów, śpiworów, sań i sprzętu biwakowego z żołnierzami przypłynęło 7 ton węgla, materiały budowlane i wybuchowe, łącznie 3 tys. artykułów wartych 1,25 mln reichmarek. Wyzwaniem okazało się wydobycie na brzeg 250-litrowych beczek z paliwem.
Skrzynia nr 3 mieściła racje alkoholu. Miesięczne na jedną osobę przypadały 3 litry francuskiego wina, 1,5 litra koniaku, litr jałowcówki, 0,75 litra likieru w różnych smakach – odnotował Dege w swoim dzienniku.
Z budową obozu musieli się śpieszyć. Dzień był bardzo krótki – słońce zniknęło już 18 października, odtąd jaśniej było w nocy, gdy świeciły księżyc i zorza polarna. Poradzili sobie w zaledwie dwa dni. Użyli modułów Knoespela, nazwanych od nazwiska ich pomysłodawcy Hansa-Roberta Knoespela, ornitologa i badacza Arktyki, który kierował poprzedniczką Haudegen, stacją meteorologiczną Kreuzritter. Działała na Spitsbergenie od października 1943 do czerwca 1944 roku. 30 czerwca, gdy po załogę stacji podpłynął już u-boot, który miał ją ewakuować, Knoespel zginął przy próbie rozbrojeni miny-pułapki zagrażającej marynarzom.
Na podstawie doświadczeń z innych stacji moduły dla Haudegen zostały ulepszone – miały bardziej spadziste, podwójne dachy, podwójne podłogi i płyty pilśniowe zamiast drewna.
Nad barakami Dege rozpostarł białe siatki maskujące. Rozstawiono gniazda karabinów maszynowych i zaminowano teren wokół stacji. Oprócz instrumentów meteorologicznych ekipa wiozła broń i amunicję: dwa karabiny maszynowe, karabiny, pistolety, broń myśliwską, 32 tys. nabojów, 300 granatów ręcznych, 350 granatów przeciwczołgowych.
Następnie marynarze rozpakowali urządzenia do badań pogody oraz sprzęt radiowy. W grudniu 1944 roku załoga stacji zaczęła nadawanie komunikatów pogodowych. Dane z instrumentów obserwacyjnych były pobierane co trzy godziny przez całą dobę, ale wysyłane pięć razy dziennie, w określonych godzinach.
Jak przeżyć bez piwa
Dzień pracy na stacji rozpoczynał się o 7.30, a kończył o 18. Od 20 ci, którzy nie pełnili służby wartowniczej, mieli wolne. Muzykowali na przywiezionych przez siebie instrumentach, śpiewali, czytali książki i popijali.
Zimowanie w warunkach arktycznych jest trudne dla uczestników wypraw nawet w dzisiejszych czasach, gdy telefony satelitarne i internet umożliwiają kontakt z bliskimi. Problemem zwykle jest nadużywanie alkoholu i osobiste konflikty, ale Dege zdołał utrzymać morale i dyscyplinę w grupie. Nauczyciel z wykształcenia i pasji uczył młodych żołnierzy literatury niemieckiej, geografii, filozofii, fizyki, muzyki i matematyki. A gdy wiadomo było, że po kapitulacji Niemcy będą musiały się zmienić, wprowadził też zajęcia z demokracji, podczas których uczyli się dyskutować.
Gdy temperatury spadły do ponad -40 st. C, wiały huraganowe wiatry, a wszystko przykryły hałdy śniegu, brodaci żołnierze zbudowali sobie saunę i wyjadali bogate zapasy żywności. Mieli do dyspozycji produkty, o których Niemcy przegrywający wojnę mogli w 1944 roku tylko pomarzyć. Przewidziano 6 tys. kcal na żołnierza dziennie. Na każdego przypadało każdego dnia 1,4 kg żywności, łącznie z alkoholem i papierosami. Ale i tak narzekali – na niedobór warzyw i owoców. A przede wszystkim na brak piwa.
Podczas misji Haudegen powstało ponad tysiąc czarno-białych zdjęć i kilkadziesiąt kolorowych slajdów. Na zdjęciu z Bożego Narodzenia widać ubraną choinkę i rządek granatów przymocowanych do ściany tuż przy stole.
Grupę podzielono na dwie części, dowódca jednej z nich zawsze spał w ubraniu, gotowy do interwencji. Wyszkoleni do walki przez cały rok ani razu nie widzieli wroga. Zabijali jedynie renifery – dla mięsa – oraz niedźwiedzie polarne (w sumie cztery) – ze strachu. Podchodziły tak blisko, że Dege kazał ludziom chodzić nawet za potrzebą parami i z bronią. Zdarzało się, że z wychodka do stacji biegli ze spodniami w garści, bo pojawiły się niedźwiedzie.
Flaga ze swastyką
Z czasem komunikaty radiowe docierające do stacji stawały się coraz bardziej przygnębiające. Dwóch żołnierzy z Drezna było w szoku na wieść o zbombardowaniu ich miasta w lutym 1945 roku.
Na początku marca dowództwo Kriegsmarine zapytało, czy załoga dałaby radę po raz drugi przezimować. Dege potwierdził – zabrali prowiant na 18 miesięcy, a więc polując, przeżyliby dwa lata.
24 kwietnia 1945 roku Dege złożył wniosek o lądowanie samolotu w celu dostarczenia zapasów na kolejne zimowanie.
2 maja do Haudegen przyszedł komunikat radiowy, że Hitler „poległ”. Radiooperator Heinrich Ehrich lojalny wobec Führera poprosił o zgodę na wywieszenie flagi Trzeciej Rzeszy spuszczonej do połowy masztu. Nikt się nie sprzeciwił, ale był to jedyny raz, gdy swastyka powiewała nad stacją.
Tydzień później, w dzień kapitulacji Trzeciej Rzeszy, żołnierze w Haudegen rozlali butelkę jałowcówki. Jak wspominał w 2004 roku Siegfried Czapka, trzeba było przetrawić nową sytuację, a ziołowa wódka idealnie się do tego nadawała. Picie szampana sugerowałoby radość, a oni po prostu się bali o swoją przyszłość i los rodzin w Niemczech. Dege skontaktował się z aliantami w celu poddania bazy, ale w oczekiwaniu na ewakuację pracowali normalnie – jako Station XO2 nadal zbierali dane i przesyłali do Tromsø zdobytego przez Brytyjczyków komunikaty pogodowe, choć już nieszyfrowane.
Niemiecka załoga Kriegsmarine, która pracowała nadal w Tromsø, ale pod nadzorem aliantów, zapytała ich kilkakrotnie, czy sobie radzą. Potem zapadła cisza. Trwała ponad miesiąc. Radiooperator Rolf Wieck wspominał później w filmie telewizji MDR, że powody milczenia były zrozumiałe: wszyscy usuwali wtedy miny na morzach Północnym i Bałtyckim.
Chociaż załoga Haudegen miała zapasy, to jednak czekanie na jakiś sygnał było nużące. Wreszcie 25 sierpnia dostali wiadomość, że odbierze ich norweski statek, jednak będą musieli się poddać przed kapitanem jednostki. Statek poławiaczy fok „Blaasel” pod dowództwem Ludwiga Albertsena przybył 3 września 1945 roku wieczorem.
Kapitulacja wysokoprocentowa
Jeśli chodzi o pierwszy kontakt z Norwegami, to istnieją dwie relacje. Według jednej Wilhelm Dege i jego zastępca Josef Reyer na brzegu powitali Norwegów po angielsku, ale norweski kapitan ich nie zrozumiał. Dege przeszedł więc na norweski, by zaprosić marynarzy na kolację. Według innej opowieści obaj dowódcy od razu padli sobie w ramiona, bo znali się z przedwojennych wypraw badawczych na Spitsbergen.
Tak czy owak, siedmiu Norwegów z załogi statku „Blaasel” zasiadło przy wspólnym stole z Niemcami. Po suto zakrapianej imprezie dopiero nad ranem 4 września doszło do opisanej na początku kapitulacji.
„Blaaser” wypłynął jeszcze tego samego dnia – musieli się śpieszyć, żeby lód nie skuł zatoki. Podróż nie była wygodna, w siedmiu norweskich kajutach pomieścić musiało się dodatkowych 11 żołnierzy. Do tego panował sztorm.
Do Tromsø dotarli 13 września. Niemcy zostali natychmiast aresztowani, a ich bagaże przeszukane. Brytyjczycy zabrali filmy, mapy i wyniki badań naukowych prowadzonych na miejscu.
W obozie jenieckim siedzieli do grudnia, zanim zostali odesłani do Niemiec. Zgraną drużynę po latach podzieliła żelazna kurtyna – część mieszkała w NRD, część w RFN, więc nie mogli się spotykać.
Latem 1952 roku kierownik stacji odzyskał prywatne notatki, rok później – zapiski służbowe. Ich oddanie uznał za piękny gest Norwegów.
Wilhelm Dege od 1954 roku wydał wiele książek poświęconych zarówno stacji, jak i życiu na Dalekiej Północy. Od 1946 roku wrócił do pracy nauczyciela, a od 1962 roku przez 14 lat wykładał w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Dortmundzie.
Dziewięć lat po śmierci Degego, w 1985 roku, jego synowi udało się odnaleźć dziennik ojca zakopany przez niego przed ewakuacją na terenie stacji. Przekazał go do Leibniz-Institut für Länderkunde w Lipsku. Są tam także inne dokumenty i zdjęcia wykonane podczas pracy stacji.
Dla Czapki Arktyka stała się pasją na całe życie, napisał nawet czterotomową historię wypraw do Arktyki – od antyku do współczesności.
W 2004 roku stacja MDR przy okazji kręcenia filmu dokumentalnego „Krieg in der Arktis” zawiozła na Spitsbergen dwóch uczestników wydarzeń, przyjaciół: Czapkę (spod Drezna) i Schneidera (z Łużyc). Wtedy w obszernej bibliotece stacji były jeszcze książki zdatne do czytania, a na ścianach pokoju kierownika stacji widoczne były wymalowane przez niego kwiatki. Zachowała się też skrzyneczka z akcesoriami do naprawy butów, za co odpowiadał w stacji Schneider.
W kolejnych latach zabudowania ulegały degradacji z powodu trudnych warunków atmosferycznych, działalności zwierząt i kradzieży. W 2010 roku rząd norweski zamknął teren stacji.
Dane wysyłane przez stację Haudegen po latach dostarczyły cennych informacji specjalistom od prognozowania pogody i zmian klimatu.
Korzystałam m.in. z artykułów: Daniela Niemetza, „4. September 1945: Als auf Spitzbergen die letzten Wehrmachtsoldaten kapitulieren” (mdr.de); Eike Frenzel, „Die vergessenen Haudegen” (Spiegel.de); Martina Tostego, „Haudegen – eine deutsche Wetterstation auf Spitzbergen während des Zweiten Weltkriegs” (blog.leibniz-ifl.de), oraz książki Jaka P. Mallmanna Showella, „Swasticas in the Arktic”.
Redagował Mirosław Maciorowski
Kategorie: Uncategorized


Jakies to slodkawe, przyjazn, tylko 1 z zolnierzy byl oddany adolfowi.
Z drugiej strony dziewczeta w narodowych strojach norweskich dawaly kwiaty zolnierzom niemieckim na warcie w Oslo do ostatniego dnia przed kapitulacja.w 1945, tak jak to robily codziennie prez cala wojne.
Poslali nie tak dawno temu swa Krolowa zeby otworzyla Muzeum Knuta Hamsuna, ktory przeslal swoj Medal Nobla Goebbelsowi,Muzeum zbudowane przez Panstwo,.
Komisarz Policji ktory kierowal wylapywaniem Zydow w Oslo, dozyl spokojnie emerytury w latach 50ych.
Nic dziwnego chcialoby sie powiedziec Norwegia przoduje wsrod krajow Europy atakujacych Izrael.