
Podobno prof. socjologii J.T.Gross po osiągnięciu wieku emerytalnego przeniósł się z Ameryki do Niemiec. Uważam, że byłby to rozsądny wybór. Józef Sławny, mój przyjaciel z podwórka i z ławki szkolnej, profesor fizyki teoretycznej najpierw w Polsce, potem we Francji i aż do emerytury w Ameryce, po przejściu w stan spoczynku osiedlił się w Izraelu. Uważam , że jest to pomysł szalony. Jedno co może tłumaczyć krok tak ryzykowny, to fakt, że w odróżnieniu od praktycznego Grossa, który nauki elementarne pobierał w którejś ze szkół śródmiejskich w lewobrzeżnej Warszawie, teoretyk Józek sztuki pisania i rachowania uczył się w bezwyznaniowym chederze, czyli w tepedowskiej podstawówce, zainstalowanej w zabudowaniach Zakonu Machabeuszowego przy ulicy Jagiellońskiej 28 na prawobrzeżnej Pradze.
W piłkę nożną, szczypiorniaka i w „dwa ognie”, grywaliśmy na podwórku szkolnym obok zrujnowanych pozostałości po największej synagodze na Pradze. Przez nasze podwórko szkolne wchodziło się do „jatki końskiej”, gdzie przed wojną funkcjonowała ubojnia rytualna i sklep rzeźniczy z mięsem koszernym. Z „jatką końską” sąsiaduje dziś elitarne liceum społeczne im. Jacka Kuronia. Vis à vis zabudowań Zakonu Machabeuszowego w lokalu po żydowskim przytułku mieści się Warszawsko-Praska Kuria Biskupia. Vis à vis przytułku od strony ul. Floriańskiej funkcjonowała niegdyś żydowska mykwa, której szczątki wkomponowane są w budowlę mieszczącą dziś kawiarnię „Proces kawki”. Jeśli takie sąsiedztwo mojej szkoły spowodowało u mnie, bezwyznaniowego chrześcijanina, jakieś szczególne, żywe i namacalne odczucie Holokaustu, to w przypadku Józka Sławnego musiało zaowocować decyzją o zamieszkaniu w Izraelu u kresu żywota.
Wydarzenia z 7 października mocno zachwiały moim lewicowym światopoglądem nakazującym
„powstrzymywanie Izraela przed rozkręcaniem przemowy wobec Palestyńczyków.” Bardzo byłbym ciekaw, co profesor fizyki teoretycznej mniema dziś o zaopatrywaniu w żywność przez międzynarodowe organizacje humanitarne niedobitków zbrojnego ramienia Hamasu, ukrywających się w tunelach podziemnych wraz z kilkunastoma pozostałymi przy życiu porwanymi przez Hamas izraelskimi zakładnikami. Kiedy przed mniej więcej dziesięcioma laty spotkaliśmy się z Józkiem w kawiarni „Proces kawki” w zacnym towarzystwie osiadłej w Nowym Jorku poetki Anny Frajlich, teoretyk fizyki postawił mi zarzut wadliwej oceny publicystyki Jana T. Grossa na temat polskiego zoologicznego antysemityzmu. I zadał pytanie:
– Kuba, powiedz mi szczerze, czy przed lekturą książki „Sąsiedzi” wiedziałeś coś o Jedwabnem?
Zacząłem kluczyć , wykręcać się sianem. Zaraz po wojnie, prawda, był proces i sprawców zbrodni spalenia w stodole kilkuset obywateli wyznania mojżeszowego, popełnionej w Jedwabnem podczas okupacji hitlerowskiej, skazano wówczas na długoletnie więzienie… Cholera jasna, procesem zbrodniarzy z Jedwabnego zainteresowałem się przecież dopiero pół wieku po procesie, właśnie pod wypływem lektury książki Grossa!
W „Gazecie Wyborczej” trwa festiwal publikacji Jana T .Grossa, związanych z 84 rocznicą Mordu Jedwabnieńskiego. Na tydzień przed feralnym dniem 10 lipca ukazał się wywiad z Profesorem pod trafnie dobranym tytułem „Dla mnie Jedwabne leżało na Księżycu”, a w dniu rocznicowym na trzech stronach „GW” rozpostarto jego esej „Zbrodnia poza wyobraźnią”, o metodologii badań historycznych nad Holokaustem. W pierwszej z publikacji Gross wyznaje, że po upływie półwiecza od ukazania się jego bestsellerowej książki „Sąsiedzi” – niczego nie chciałby w niej zmienić, w drugiej upiera się przy poglądzie, że najlepszym źródłem naszej wiedzy o polskich zbrodniach popełnianych na żydowskich sąsiadach są relacje ofiar Zgłady, a nie obiektywistyczne, beznamiętne dokumenty, wytworzone przez instytucje powołane do badań historycznych.
Dla mnie Jedwabne leży o rzut kamieniem od Warszawy, a o rzut beretem od Jedwabnego usytuowane jest bliźniacze miasteczko Radziłów. Zastanawiało mnie, dlaczego amerykański uczony dla zilustrowania tezy o polskim zoologicznym antysemityzmie wybrał Mord Jedwabnieński, chociaż miał pod ręką popełnioną w tym samym czasie nieomal identyczną zbrodnię spalenia polskich sąsiadów wyznania mojżeszowego w stodole o dokładnie takim samym obrysie sześć na sześć metrów?? W Jedwabnem teza o czysto polskim zoologicznym antysemityzmie rozmywała się w niewyraźnych okolicznościach mordu, w którym Polakom pomagała obecność niemieckich żandarmów, dla których sprzątaczka w kotle do prania bielizny gotowała sześćdziesiąt porcji zupy z wkładką mięsną. Jasność wykładu prof. Grossa mąci też niemiecka obietnica odbudowania narzędzia mordu, jakim stała się niewielka stodoła gospodarza Śleszyńskiego, i że danego słowa dotrzymali! Tezę o kierowniczym niemieckim sprawstwie zbrodni w Jedwabnem pieczętuje fakt, że polskim wykonawcom mordu niemieccy żołnierze obficie wydawali wódkę.
Trzeba naprawdę dużo złej woli, żeby widząc moją tendencję do umniejszania polskich win w zbrodni jedwabnieńskiej i przypisywania „żandarmom czy esesmanom” jej sprawstwa kierowniczego, nie dostrzegać moich wysiłków zmierzających do sedymentacji i destylacji czysto polskiego, stricte katolickiego zapału pogromowego, który sprawił, że w pobliskim Radziłowie, mniej więcej w tym samym czasie co w Jedwabnem, ludność chrześcijańska zamordowała około pięciuset bliźnich wyznania mojżeszowego (liczbę ofiar podaję na odpowiedzialność profesora Grossa).
Radziłowo, z teoretycznie dwakroć większą liczbą ofiar od Jedwabnego, i ze swym czysto polskim charakterem, ma jeszcze jedną cechę wyróżniającą, na którą wskazaywałem ze szczególną mocą. Wielodniowy pogrom w Radziłowie ustał w dniu świętym niedzielnym, kiedy chrześcijańscy mieszkańcy miasteczka i okolic w uroczystych strojach udali się do kościoła, i wznowił się w poniedziałek w jeszcze większym zbrodniczym natężeniu, apogeum osiągnął zaś 7 lipca 1941, kiedy w stodole spalono żywcem kilkuset Żydów. Ta przerwa niedzielna mówi szpetną prawdę i o ludności polskiej i o jej katolickich kapłanach.
W wywiadzie dla „GW” prof. Gross twierdzi, że rozmawiał „z wieloma mieszkańcami Jedwabnego”. To prawda, ale rozmawiał dopiero podczas pamiętnej uroczystości, gdy prezydent Kwaśniewski w imieniu wszystkich Polaków przepraszał za Jedwabne. Gdyby przed napisaniem książki „Sąsiedzi” Gross zajrzał na dzień do Jedwabnego, dowiedziałby się od księdza prałata Edwarda Orłowskiego, proboszcza miejscowej parafii, że liczba żydowskich mieszkańców nigdy nie przekroczyła tysiąca, i że napis na kamieniu pamiątkowym, głoszący , że w tym miejscu zbrodniarze hitlerowcy spalili żywcem 1500 obywateli wyznania mojżeszowego, sporządzili kombatanci z miejscowego koła ZBoWiD w zbożnym przeświadczeniu, że bezkarni zachodnioniemieccy zbrodniarze zasłużyli sobie na jeszcze większą liczbę ofiar.
Mówi się, że liczby nie mają zbyt wielkiego znaczenia, a zbrodnia w Jedwabnem byłaby paskudną zbrodnią ludobójstwa nawet gdyby w stodole spłonęła tylko jedna osoba. Jednak Szewach Weiss i Marek Edelman, dwaj Żydzi z polskimi korzeniami , którzy w moim antysemickim narodzie zyskali największą liczbę polubień, w czasie , gdy wiedza o skromnej, nie przekraczającej tysiąca populacji Żydów w Jedwabnem była już powszechna, nadal w „Gazecie Wyborczej” mówili o tysiącu sześciuset osobach spalonych w jedwabińskiej stodole i nikt im tej liczby nie próbował skorygować.
Muszę jednak przyznać się, że w publikacjach o Jedwabnem na łamach lewicowej prasy notorycznie popełniałem gruby błąd. Z żarliwym przekonaniem pisałem, że Holokaust we współczesnej Polsce nie może się powtórzyć, ponieważ mniejszość żydowska, wśród otaczającej ją ludności słowiańskiej, jest aktualnie zgoła mikroskopijna. Myliłem się zgoła katastrofalnie. Nasz europoseł Grzegorz Braun, najbardziej krzykliwy i widowiskowy antysemita, z braku żywych ludzi, swoją agresję wyżywa na przedmiotach martwych; na mikrofonie , którym usiłował rozłupać drewnianą mównicę podczas wykładu prof. Jana Grabowskiego pt. „Polski (narastający) problem z historią Holokaustu” w Niemieckim Instytucie Historii w Warszawie, na świecach chanukowych w sejmowym foyer, wreszcie na tekturowej planszy wzywającej do tolerancji i szacunku do nacji mniejszościowych zaludniających Europę…
Lech Wałęsa, ostatni – któżby to pomyślał! – przyzwoity w Polsce polityk, powiedział, że na inaugurację prezydentury kryptofaszysty i jawnego antysemity Karola Nawrockiego do Sejmu nie przyjdzie, bo ta impreza napawa go wstrętem. Marszałek sejmu Szymon Hołownia w tej kwestii nie ma obiekcji i zapowiedział, że pomimo zastrzeżeń byłego prezydenta i laureata nagrody Nobla, on ślubowanie prezydenckie od Karola Nawrockiego przyjmie w dniu 6 sierpnia.
Żyliśmy już w ciekawych czasach, ale zapowiadają się czasy jeszcze ciekawsze. Prezes Jarosław Kaczyński słusznie powiada, że rząd premiera Donalda Tuska zasługuje na odsunięcie od władzy, ponieważ dobre stosunki z Ameryką są dla Rzeczypospolitej rzeczą priorytetową. Ale Trump uznał, że relacje z Polską są dla niego kwestią drugorzędną i z tej przyczyny wysyła nam ambasadora w judaistycznej kipie na czubku głowy. Czapki z głowy, panowie kryptofaszyści! Jak znajdzie się narodowiec Karol Nawrocki w sytuacji tak dlań krępującej, pokaże czas. Z Braunem nie będzie problemu, bo wszystko wskazuje na to, że niebawem od wszelkich pokus odizolowany będzie w więzieniu.
CDN

Jan Kopec
Kategorie: Uncategorized


Nie porównujmy osobę już prywatną Wałęsę z marszałkiem Sejmu Hołownią. Hołownia musi odebrać przysięgę od prezydenta wybranego przez Polaków. To wynika z jego obowiązków. A że Polacy wybrali tak a nie inaczej to już inna sprawa i zasługa Koalicji PO, Polska 2050, PSL i Lewicy a raczej brak z ich strony zasług. I Hołownia nie miał na to wpływu. O polityce polskiej piszę na Twitter ( Platforma X obecnie), zapraszam pana Jakuba i innych. Wydaje się że piszę logicznie.
Mimo poytywnych ustępów styl i treść tego elaboratu razi i irytuje.