
Wrogowie Izraela wydają się zaskoczeni, że naród żydowski przedkłada pokonanie zagrożeń egzystencjalnych nad poklask antysemitów i obojętność świata.
Nawet najbardziej surowi i niesprawiedliwi krytycy Izraela muszą przyznać dwie rzeczy. Po pierwsze, od czasu ataków terrorystycznych Hamasu na Palestyńskich Arabów w południowym Izraelu 7 października 2023 roku, sytuacja strategiczna na Bliskim Wschodzie znacząco zmieniła się na korzyść państwa żydowskiego. Po drugie, choć Izrael stał się niezwykle niepopularny na całym świecie, a nawet stracił uznanie wielu Amerykanów w wyniku wojny z Hamasem w Strefie Gazy po 7 października, większość Izraelczyków ceni swoje bezpieczeństwo bardziej niż opinie obserwatorów ich zmagań.
Trudno to zrozumieć zachodnim liberałom i lewicowcom. A jednak wskazuje to na głęboką prawdę o dylemacie życia Żydów w XXI wieku – i każdego z nich w ciągu ostatnich dwóch tysiącleci. Wybór, przed którym stoi Izrael i naród żydowski, jest jasny: jeśli nie pozwolą się wymordować, a ich państwo zburzyć, to zostaną surowo osądzeni według podwójnych standardów, niestosowanych wobec żadnego innego narodu ani ludu na świecie.
Status wyrzutka
Ruch syjonistyczny i Izraelczycy, z całkowicie zrozumiałych i często słusznych powodów, zawsze bagatelizowali cenę zwycięstwa w walce o przetrwanie w oczach opinii międzynarodowej. Niezależnie od tego, jak niesprawiedliwe są te oskarżenia, piętnowanie tego narodu liczącego mniej niż 10 milionów mieszkańców jako państwa pariasa nie jest błahostką.
Jednakże zdziwienie faktem, że Izraelczycy wolą być żywymi wyrzutkami niż narodem, którego pamięć należy pielęgnować, jest niczym innym jak najnowszym przykładem tego, na co trafnie wskazała pisarka Dara Horn w swoim zbiorze esejów z 2021 r. zatytułowanym Ludzie kochają martwych Żydów.
W dużej mierze z powodu stronniczego relacjonowania wojny po 7 października przez media międzynarodowe, a także główne amerykańskie media, takie jak „The New York Times” i CNN, wielu, jeśli nie większość, osób na lewicy politycznej w Europie i Ameryce zaczęło wierzyć w prohamasowską propagandę o Izraelu winnym „ludobójstwa” w Strefie Gazy. Są oni również najwyraźniej zdumieni obojętnością obywateli wobec faktu, że wielu rzekomo oświeconych i wykształconych ludzi na Zachodzie uważa ich za bardzo złych. I podobnie odrzucają przyjaciół Izraela, którzy kwestionują te fałszywe oskarżenia.
„The Times” próbował wyjaśnić tę zagadkę w „analizie informacyjnej” zatytułowanej „Cena zwycięstwa: Izrael pokonał swoich wrogów, ale pogłębił swoją izolację” autorstwa korespondenta Białego Domu Michaela Sheara. Artykuł stara się zestawić rosnącą wrogość wobec państwa żydowskiego z dość silnym konsensusem w Izraelu co do konieczności pokonania i usunięcia Hamasu w Strefie Gazy, Hezbollahu w Libanie oraz zagrożenia nuklearnego ze strony Iranu.
Bezpieczna przyszłość
Jednak w dwunastym akapicie ukryte jest stwierdzenie, które stanowi swego rodzaju wgląd w sposób myślenia narodu izraelskiego, przedstawionego jako w dużej mierze nieświadomego swojego wizerunku za granicą. Po podsumowaniu niechęci do państwa żydowskiego i rozpadu dwupartyjnego konsensusu pro-izraelskiego w Stanach Zjednoczonych, artykuł formułuje następujący wniosek, rzadki przykład artykułu relacjonującego coś bezsprzecznie prawdziwego na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie: „Wielu Izraelczyków z zadowoleniem przyjmuje perspektywę przyszłości, w której nie będą już otoczeni przez dobrze uzbrojonych wrogów, zdeterminowanych, by wyrządzić im krzywdę, nawet jeśli oznacza to negatywne postrzeganie przez resztę świata”.
Który racjonalny obywatel jakiegokolwiek kraju myślałby inaczej?
Odpowiedź jest oczywista: „żadna”. Jednak z jakiegoś powodu Izraelczycy są przedstawiani jako zamknięci i bezduszni, ponieważ popierają usuwanie egzystencjalnych zagrożeń w postaci ludobójczych islamistycznych ruchów terrorystycznych, takich jak Hamas, Hezbollah, Huti i ich irańscy mocodawcy.
Wzrost antysemityzmu
Dziennik „The Times” argumentuje dalej, że cena pokonania tych wrogów w ciągu ostatnich 21 miesięcy nie może być warta ceny globalnego potępienia, wliczając w to gorzkie uczucia Palestyńskich Arabów i ich zwolenników, którzy są rozczarowani, że konflikt obrócił się przeciwko nim po tym, jak dokonali największej rzezi Żydów od czasów Holokaustu.
Gazeta ma rację, że zwycięstwa Izraela w Strefie Gazy, Libanie, Syrii i Iranie miały swoją cenę – i nie ma tu na myśli prawie 900 żołnierzy Sił Obronnych Izraela, którzy polegli w walce o przetrwanie swojego narodu. Nie ma wątpliwości, że od 7 października nasiliła się zniewaga pod adresem Izraela i syjonizmu, a także otwarty antysemityzm. Przybrało to formę tłumów zwolenników Hamasu, które opanowały ulice miast na całym świecie i kampusy uniwersyteckie w Ameryce Północnej.
W Europie przykłady masowych wybuchów antyizraelskich obelg nie ograniczają się już do forów politycznych czy prasy. Stały się one rutyną podczas wydarzeń kulturalnych niezwiązanych z debatą na temat Bliskiego Wschodu, takich jak festiwal muzyczny Glastonbury w Anglii, gdzie wraz z jednym z występujących zespołów, tłum skandował niedawno „Śmierć Siłom Obronnym Izraela!”. Podobny jad można było usłyszeć podczas corocznej gonitwy byków w Pampelunie w Hiszpanii, gdzie rozwinięto ogromny transparent z napisem „zniszczyć Izrael”, a organizatorzy pozwolili aktywistom przejąć kontrolę nad ceremonią.
Pomijając tę histerię, wysiłki mające na celu nałożenie sankcji dyplomatycznych i izolację ekonomiczną Izraela rzeczywiście szkodzą Izraelowi, a także utrudniają jego obywatelom podróżowanie i prowadzenie interesów za granicą. Status międzynarodowego wyrzutka, w połączeniu z wrogością organizacji takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, a także ze strony europejskich i amerykańskich lewicowców, pozostaje problemem. Mimo to, być może tylko czytelnicy „Timesa” uznaliby to za tak straszny los, że powinien skłonić Izraelczyków do ponownej oceny zwycięskiej walki ich narodu o przetrwanie i bezpieczeństwo.
W swojej książce z 1989 roku pt. „From Beirut to Jerusalem” felietonista „Timesa” Thomas L. Friedman trafnie napisał, że Izrael można najlepiej opisać jako „Yad Vashem z siłami powietrznymi”. Nie miał on na myśli, że to odniesienie do izraelskiego narodowego muzeum i pomnika Holokaustu było komplementem.
Friedman uważał, że obawy państwa żydowskiego o bezpieczeństwo w regionie, gdzie jego sąsiedzi od momentu jego powstania w 1948 r. dążyli do jego unicestwienia, były obsesją narodu paranoików.
Przez kolejne dekady Friedman udawał eksperta od polityki zagranicznej, mimo że wydarzenia wielokrotnie dowodziły, że się mylił. Podobnie jak większość jego czytelników, uważa za bezsensowne to, że Palestyńscy Arabowie odrzucili oferty pokojowe i daleko idące ustępstwa Izraela, takie jak te zawarte w porozumieniach z Oslo z 1993 roku, na szczycie w Camp David w 2000 roku, w wyniku wycofania się z Gazy w 2005 roku i w innych negocjacjach.
I to jest właśnie sedno sprawy, którego analiza „Timesa” dotycząca stosunku kosztów do korzyści, jakie Izrael miałby osiągnąć, oczerniając go i izolując, jest chybiona.
Ziemia za terror
Wszystkie te oferty pokojowe i ustępstwa terytorialne okazały się katastrofą. Izrael nie wymienił – jak głosiły niegdyś dominujące lewicowe partie polityczne – „ziemi za pokój”. Zamiast tego zamienił ziemię na terroryzm.
Nie tylko dlatego, że próby zawarcia pokoju nie powiodły się. Chodzi raczej o to, że Palestyńczycy i wybrane przez nich grupy terrorystyczne wykorzystały wszelkie możliwe ustępstwa, by poprowadzić ich do kontynuacji trwającej od stulecia wojny z obecnością Żydów w ich starożytnej ojczyźnie.
Ekstremizm i przemoc, które nękały Izrael w latach 90. XX wieku po tym, jak Organizacja Wyzwolenia Palestyny (OWP) umożliwiła utworzenie autonomicznego rządu w Judei, Samarii i Strefie Gazy, byłyby niemożliwe bez porozumienia z Oslo. To samo dotyczy drugiej intifady, która nastąpiła po ofercie państwa żydowskiego dotyczącej niepodległego państwa palestyńskiego w 2000 roku, co pochłonęło ponad 1000 istnień ludzkich w Izraelu.
Nieustanny ostrzał rakietowy Izraela z Gazy, odkąd Hamas przekształcił ją w terrorystyczną twierdzę w 2007 r., a następnie koszmar wydarzeń z 7 października, nie mógłby mieć miejsca, gdyby nie decyzja byłego premiera Ariela Szarona z 2005 r. o wycofaniu wszystkich izraelskich żołnierzy i osadników, co było częścią katastrofalnej próby przyspieszenia procesu pokojowego.
Dla Izraelczyków i ich zwolenników relacjonowanie historii tych nieudanych prób pokojowych to nic nowego. Niewielu zadaje sobie trud, by ją przytoczyć, odpierając fałszywe oskarżenia o ludobójstwo i apartheid, które tak wielu zagranicznych obserwatorów połknęło bez wahania.
Jeśli Izraelczycy są obojętni na opinię międzynarodową, to nie tylko dlatego, że etos syjonistyczny stworzył ducha, który uważał osiągnięcia Żydów za ważniejsze od tego, co świat o nich myśli. Dzieje się tak dlatego, że w przeciwieństwie do swoich krytyków, wiedzą, że podjęli ryzyko dla pokoju i zapłacili za to nie tylko negatywnymi wycinkami z prasy, ale i morzem krwi.
Ignorancja czy ideologia
Możliwe, że wielu skądinąd porządnych ludzi po prostu nie zna historii konfliktu. Ale prawdziwy problem polega dziś na tym, że pod wpływem indoktrynacji toksycznymi lewicowymi mitami krytycznej teorii rasy, intersekcjonalizmu i kolonializmu osadniczego, wielu innych nie przejmuje się faktami. Wierzą, że Izraelczycy i Żydzi to „biali” ciemiężyciele, którzy zawsze są w błędzie, a Palestyńczycy to „osoby kolorowe”, które zawsze mają rację. Nie da się ich przekonać do prawdy w żadnych okolicznościach.
W przeciwieństwie do większości populacji, które nie mają pojęcia ani poczucia własnej śmiertelności jako grupa, Izraelczycy i Żydzi rozumieją, co to znaczy stawić czoła nie tylko fanatykom, którzy pragną ich śmierci, ale także realnej możliwości, że im się to uda. Thomasowie Friedmanowie tego świata mogą wyśmiewać pomysł, że Holokaust, który wydarzył się 80 lat temu, powinien wpływać na politykę kraju, który stał się regionalnym supermocarstwem z gospodarką pierwszego świata.
Ale masowe mordy, tortury, gwałty, porwania i bezmyślne zniszczenia, które miały miejsce 7 października, były wcieleniem w życie ludobójczej ideologii Hamasu. Zabicie 1200 Izraelczyków – najgorsza masowa rzeź Żydów od czasów Holokaustu – oraz porwanie 250 innych osób w Strefie Gazy było jedynie zwiastunem tego, co Palestyńscy Arabowie planują wobec reszty Izraela. Jeśli Iran przez dekady inwestował ogromne środki w budowę broni jądrowej, której – miejmy nadzieję – udaremniły amerykańskie i izraelskie naloty w zeszłym miesiącu, to dlatego, że chciał bomby, za pomocą której mógłby wywołać nowy Holokaust wśród Żydów.
Żadna dyskusja na temat kosztów, jakie Izrael musi ponosić za swoje skuteczne wysiłki mające na celu osłabienie i wyeliminowanie zagrożeń, jakie dla jego ludności stanowią Hamas, Hezbollah i Iran, nie może ignorować alternatywy dla sukcesu militarnego i związanych z tym ofiar wśród cywilów w Strefie Gazy, wykorzystywanych jako żywe tarcze.
A właśnie to robią zachodni liberałowie i lewicowcy.
Izraelczycy będą nadal debatować nad najlepszym sposobem ochrony swojego bezpieczeństwa, a także nad tym, czy ich przywódcy i wojsko osiągnęły swoje cele. Każdy, kto uważa, że powinien wybierać politykę narażającą życie, aby uniknąć fałszywego oskarżenia o ludobójstwo, nie zna historii Żydów ani realiów Bliskiego Wschodu. Żydzi potrzebują państwa i możliwości samoobrony o wiele bardziej niż dobrej opinii tłumów, które nie czekały, aż ciała ofiar z 7 października zostaną pochowane, by zacząć sympatyzować z mordercami. Pamiętajmy: Siły Obronne Izraela rozpoczęły działania w Strefie Gazy dopiero trzy tygodnie później, długo po tym, jak pierwsze masowe wiece skandowały hasła „Wolna Palestyna”, „Od rzeki do morza” i „Globalizacja intifady”.
Wystarczająco dużo już zginęło Żydów. Czas, żeby przyzwoici ludzie zrozumieli, że gotowość żyjących do obrony jest czymś, co nie tylko należy zrozumieć, ale i wspierać.
Światowa izolacja dyplomatyczna jest lepsza niż więcej martwych Żydów
Kategorie: Uncategorized


ABSOLUTNA PRAWDA, A TAKŻE PRZYWILEJ NASZEGO NARODU…”AM LE BADAD ISHKON” ZAWSZE BEDZIEMY NARODEM ODIZOLOWANYM, ROZPROSZONYM PO CAŁYM ŚWIECIE…TYLKO DZIĘKI TEMU PRZETRWALIŚMY 3000 LETNIĄ HISTORIA ANTYSEMITYZMU I ASYMILACJI.
Świetny artykuł, rzeczowy i pokrzepiający serca zarazem. Innego wyjścia niż walka o przetrwanie po prostu nie mamy. Kolejny tragiczny epizod w żydowskiej historii, oby nie ostatni – reszta nieważna. Przeżyjemy i to.