
Krytycy operacji w Wenezueli powtarzają frazesy o „eskalacji” i kruchości porządku międzynarodowego
Kiedy wydawało się, że najpoważniejsza groźba prezydenta Donalda Trumpa dotyczyła w piątek reżimu irańskiego, w sobotę ogłosił on, że siły amerykańskie przeprowadziły zakrojoną na szeroką skalę operację w Wenezueli. Jeszcze bardziej zaskakujące było potwierdzenie, że dyktator Nicolás Maduro i jego żona Cilia Flores zostali pojmani i przewiezieni do Stanów Zjednoczonych, gdzie staną przed sądem.
Wiadomość ta odbiła się szerokim echem daleko poza Caracas. Nie była to jedynie symboliczna rozprawa z narkopaństwem pogrążającym się w ruinie ani po prostu spóźniona sprawiedliwość dla despoty, który ograbił jedno z najbogatszych państw Ameryki Łacińskiej, eksportując korupcję i przemoc.
Był to sygnał o zasięgu globalnym, skierowany m.in. do Teheranu, Moskwy i Pekinu. Nic dziwnego, że wszystkie trzy stolice natychmiast potępiły te działania jako „naruszenie prawa międzynarodowego”. Otrzymały jednak jasny komunikat: żadna „strefa wpływów” nie jest odporna na gniew administracji Trumpa; żaden kliencki reżim nie znajduje się poza zasięgiem – geograficznym czy jakimkolwiek innym – a Wenezuela nie może już służyć jako hub dla wrogich aktorów.
Trump zademonstrował tę zasadę już podczas „wojny 12-dniowej” w czerwcu, kiedy Stany Zjednoczone połączyły siły z Izraelem, aby zniszczyć kluczowe obiekty nuklearne Republiki Islamskiej. Mimo to wrogowie Ameryki zdawali się sądzić – a przynajmniej mieli taką nadzieję – że rozkaz Trumpa dotyczący nalotu bombowców B-2 był jednorazowym pokazem siły, a nie elementem długofalowej strategii.
W tym kontekście ostatnie spotkanie izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu z Trumpem w Mar-a-Lago nabiera dodatkowego znaczenia. Wszystko wskazuje na to, że rozmowy były merytoryczne i owocne, odzwierciedlając ścisłą współpracę obu przywódców oraz wspólną doktrynę „pokoju poprzez siłę”.
Co ciekawe, Trump ujawnił, że operacja w Wenezueli miała odbyć się kilka dni wcześniej, ale została przełożona z powodu niekorzystnych warunków pogodowych – co sprawiło, że jej ostateczny termin zbiegł się z wizytą Netanjahu. Trudno zignorować ten zbieg okoliczności. Możliwe nawet, że Trump poinformował premiera Izraela o nadchodzącej operacji. Biorąc pod uwagę wieloletnią rolę Wenezueli jako przyczółka dla irańskich działań i finansowania Hezbollahu, prawdopodobne jest również, że Mossad dostarczył CIA kluczowych informacji wywiadowczych.
„Najwyższy Przywódca” Iranu, ajatollah Ali Chamenei, z pewnością bierze pod uwagę taki scenariusz. Bez wątpienia drży w swoim bunkrze, pozostawiając Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej i milicję Basidż zadaniu stłumienia narastających protestów ulicznych, które ogarniają kraj. To stary scenariusz w nowej odsłonie, jednak tym razem demonstranci nie ustępują.
Po pierwsze, irańska gospodarka jest w ruinie. Po drugie, społeczeństwo zobaczyło, jak Izrael – przy pełnym poparciu administracji Trumpa – obnażył opresyjny reżim jako „papierowego tygrysa”, niezdolnego do stawienia czoła potędze Zachodu. Kontrast z sytuacją za rządów Demokratów nie mógłby być większy.
Pięć miesięcy po inauguracji Baracka Obamy w 2009 roku miliony Irańczyków wyległy na ulice, by zaprotestować przeciwko sfałszowanym wyborom. Reżim zareagował brutalnie, strzelając do demonstrantów. Obama, który obiecał odejście od polityki George’a W. Busha, przyjął postawę neutralną. Choć on i Joe Biden określali przemoc jako „niepokojącą”, uparcie twierdzili, że najlepszą drogą jest „dialog”. Chamenei i jego poplecznicy mogli wtedy triumfować, wiedząc, że ich bezkarność jest finansowana przez błędy Waszyngtonu.
Dekadę później podobną słabość świat ujrzał podczas chaotycznego wycofania się administracji Bidena z Afganistanu. Pośpieszna ewakuacja, porzucenie sojuszników i triumfalna parada talibów zostały odebrane przez przeciwników USA jako przejaw słabości.
Ta sama „ostrożność” (będąca w istocie lękiem podszytym ideologią) charakteryzowała podejście do ekspansji Hezbollahu w Ameryce Południowej. Przez lata ignorowano dokumenty o zaangażowaniu tej grupy w handel narkotykami i pranie pieniędzy pod ochroną lokalnych dyktatur. Obama traktował to jako kwestię drugorzędną, obawiając się, że konfrontacja zaszkodzi rozmowom z Teheranem.
Ta bojaźliwa postawa nie ograniczała się tylko do Iranu. Od aneksji Krymu przez Rosję, przez militaryzację Morza Południowochińskiego, po ataki chemiczne w Syrii – doktryna Obamy była reaktywna i niechętna ryzyku. Motto „nie rób głupich rzeczy” sprawiło, że wrogowie bezkarnie testowali granice.
Kiedy Trump po raz pierwszy objął władzę w 2016 roku, sam strach przed jego nieprzewidywalnością stał się narzędziem politycznym. Zerwanie z porozumieniem nuklearnym (JCPOA) pokazało, że Ameryka wraca do roli „szeryfa”. Wsparcie dla Izraela utorowało drogę do Porozumień Abrahama. Gdyby Trump wygrał drugą kadencję od razu, mapa geopolityczna wyglądałaby dziś inaczej. Jednak administracja Bidena powróciła do błędnych praktyk z czasów Obamy.
Dziś Demokraci są zaniepokojeni operacją w Wenezueli, powtarzając frazesy o „eskalacji”. Odmawiają jednak przyznania, że ów „porządek międzynarodowy”, którego tak bronią, był destabilizowany właśnie przez brak konsekwencji wobec zła. Na szczęście Trump rozumie, że tyranów nie powstrzymają sankcje ani noty dyplomatyczne – i działa zgodnie z tym przekonaniem.
Kategorie: Uncategorized


Artykuł all right. Komentarze?
W tej “Trampowej drodze do pokoju” brakuje mi ustosunkowania sie do kilku bardzo istotnych punktow
1. Rozwalanie NATO
2. Popieranie Putina wojna z Ukraina
3. Rozbrojenie i pozbycie sie Hamasu z Gazy
4. Bzdury typu Kanada jako %!wszy stan
5. Awantura grenlandzka
Moglbyn tak jeszcze dlugo, ale szkoda czasu.
Złamanie prawa międzynarodowego – tak, ale jeśli akurat Rosja się o to upomina, to wybuch śmiechu jest najlepszą reakcją. Oceniać będziemy SKUTKI, ale za kolejne 10-20 lat. Lotnictwo daje dużą przewagę, ale bez wejścia lądowego trwałego zwycięstwa jednak nie daje. Tylko, że ono powoduje ryzyko strat.
Pozdrawiam.
Na razie widac ze Macron kocha mullow i import Francjii z Iranu wzrosl o okolo 9% w zeszlym roku.
Francja i Macron kochaja tez Putina, z 18% wzrostu importu LNG z Rosji.
I pomoc Macrona dla ukrainy to 7% pomocy USA i tylko o 3 miliardy wieksza od Polski.
No coz, Khomeini zyl sobie wygodnie we Francji i wrocil do Teheranu Air France, troskliwie podtrzymywany schodzac z samolotu przez Kapitana samolotu, ktory z pewnoscia dostal Legion d’honneur za to
Jak na razie widać ze Trump lubi dyktatury tylko Maduro osobiscie mu popadl. Natomiast podlizuje się Putinowi i Xi.
Historia Maduro jeszcze nieskończona, moze Trump ulaskawi go za walizkę zielonych? A Iranem juz chyba się znudzil.