Uncategorized

Róża za solidarność – Walentynki z Persami

Piotr Jassem, 14 lutego 2026

Dziś są Walentynki. Zazwyczaj panowie wręczają paniom czerwone róże, ale tym razem było inaczej. Tego dnia uczestniczyłem w Toronto w manifestacji solidarności z narodem irańskim. W czterokilometrowym marszu wzdłuż ulicy Yonge – stanowiącej oś metropolii – wzięło udział, według podanych przed chwilą danych policji, aż 350 tysięcy osób.

Przybyłem sam, niosąc transparent w języku angielskim. Chciałem wyraźnie zaznaczyć swój głos wsparcia, dlatego napisałem: „Jestem polsko-żydowskim Kanadyjczykiem i stoję po stronie heroicznego, wolnego narodu Iranu”. Dodałem również: „Już wkrótce zwyciężycie!” oraz ilustrację z flagą wolnego Iranu, pod którą umieściłem trzy mniejsze flagi symbolizujące moją potrójną tożsamość.

Zaledwie po minucie otrzymałem czerwoną różę od Iranki, która przeczytała napis na moim transparencie. Później dziesiątki osób podchodziły do mnie, by podziękować za wsparcie. Rozdawałem im miniaturowe kopie transparentu, które specjalnie na tę okazję przygotowałem. Inni prosili, bym się zatrzymał, robili zdjęcia dokumentujące mój przekaz lub zapraszali mnie do wspólnych selfie. Choć spotykałem ludzi z odległych zakątków Kanady i USA, większość stanowili miejscowi Persowie.

Jeden z nich wspomniał o polskich uchodźcach w Teheranie podczas II wojny światowej – wiedział o tym z filmu, który zrobił na nim duże wrażenie. Odpowiedziałem, że wśród tych uchodźców byli moi krewni, o których właśnie piszę książkę. Inny mężczyzna stwierdził, że tylko Żydzi są w stanie naprawdę ich zrozumieć, bo sami przeszli przez piekło. Kolejny uczestnik wspominał swoją wizytę w Warszawie, zachwycając się miastem. Wszyscy byli niezwykle ciepli i serdeczni, a nad całym marszem panowała wzorowa dyscyplina. Nie wyczuwało się nienawiści – jedynie przejmujący ból i żarliwe pragnienie zmiany. Ton tej demonstracji był zupełnie inny niż ten, który towarzyszył kontrmanifestacjom w mojej dzielnicy, na skrzyżowaniu Bathurst i Sheppard, po masakrze z 7 października.

Miałem poczucie, że warto było tam być. Okazałem solidarność wielu ludziom, której tak bardzo brakuje w dzisiejszym, często zobojętniałym świecie. Moi rozmówcy czują, że świat nie przejmuje się ich losem w takim stopniu, jak losem mieszkańców Strefy Gazy. Mój skromny gest został przez nich zauważony i głęboko doceniony.

Z rozmów i symboliki wynikało, że wielu Irańczyków pragnie powrotu szacha Rezy Pahlawiego, syna monarchy obalonego w 1979 roku. Reza Pahlawi II obiecuje wolne wybory i demokrację, a jego portrety – niesione w tysiącach egzemplarzy – dominowały w pochodzie. Pojawiały się też wizerunki Donalda Trumpa, w którym część Persów pokłada nadzieję, wierząc, że zada on cios ajatollahom i pomoże im odzyskać wolność. Podobne nadzieje wiążą z Izraelem.

Najbardziej wstrząsające były jednak inne obrazy: kolaże ze zdjęciami tysięcy młodych, pięknych ludzi zamordowanych przez brutalny Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI). Jedna z takich taśm z fotografiami ciągnęła się przez kilkadziesiąt metrów. Nie zabrakło też satyry – widziałem portret Chomeiniego z twarzą szczura.

Trudno będzie mi zapomnieć starszą kobietę ze łzami w oczach, która stała z boku, trzymając różę w uniesionej dłoni, a w drugiej plakat z napisem: „Wstrzymać egzekucję”. Widziałem kobietę ubraną w body bag (worek na zwłoki) oraz instalację przedstawiającą setki zakrwawionych butów. Wszechobecne były statystyki ofiar – zarówno te ogólne, idące w dziesiątki tysięcy, jak i przerażająco szczegółowe, np.: „8–9 stycznia KSRI mordował 761 osób na godzinę”.

W morzu flag irańskich dostrzegłem flagi izraelskie, amerykańskie, kanadyjskie, a nawet dwie ukraińskie. Telewizja CP24 pokazała rozmowę z Irańczykiem owiniętym w flagę Izraela – jak sam przyznał, na znak wdzięczności. Na rękach trzymał pieska z przyczepioną małą flagą Iranu, tłumacząc, że to „najukochańszy członek rodziny”.

W tłumie widziałem osoby starsze poruszające się o chodzikach, ludzi na wózkach inwalidzkich oraz niemowlęta. Nad pochodem krążył samolot z transparentem poparcia, a policyjne drony monitorowały sytuację z góry. Policja, obecna w newralgicznych punktach, była bardzo liczna, a demonstranci dziękowali funkcjonariuszom za ochronę, kładąc kwiaty na radiowozach. Na zakończenie marszu, na placu Mela Lastmana, ustawiono trybunę, z której przemawiali premier Ontario Doug Ford oraz członkowie parlamentu federalnego i prowincjonalnego.

Po czterech godzinach wróciłem do domu – fizycznie wyczerpany, ale z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Bardzo się wzruszyłam i prawdę mówiąc zapaliła się we mnie iskierka nadziei że może jednak my ludzie nie jesteśmy tacy źli….ale jak piszę na razie tylko iskierka.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.