
Państwo już pewnie słyszeli słowa Franceski Albanese o Izraelu. Te słowa obiegły świat, są cytowane, powtarzane i udostępniane z nabożnym skupieniem, jakby ktoś właśnie odczytał wyrok z najwyższego trybunału ludzkości. Wystarczy dopisać trzy litery – ONZ – i nagle zwykła opinia zamienia się w prawdę objawioną. Dokument z logo organizacji działa jak święty obrazek, nie trzeba go czytać ani rozumieć. Wystarczy pokazać, i na tym kończy się cała podróż intelektualna.
To jest chyba najbardziej zdumiewający odruch naszych czasów. Wystarczy, ze ktoś powie: „ONZ tak uznała”, i nagle połowa ludzi przestaje myśleć. Jakby ktoś ogłosił dekret z nieba, a nie wynik głosowania kilkudziesięciu rządów, z których część nie potrafi zapewnić własnym obywatelom ani wolności słowa, ani prawa do życia. Ta bezkrytyczna wiara w ONZ jako moralny trybunał świata jest naiwna do bólu, ale wygodna dla mniej zdolnych intelektualnie, bo zwalnia z myślenia.
Zacznijmy więc od rzeczy najprostszej. Francesca Albanese nie jest żadnym sędzią świata, ani prokuratorem. Nie jest też trybunałem ani nawet urzędnikiem ONZ w klasycznym sensie. Jest specjalną sprawozdawczynią, czyli ekspertem powołanym przez Radę Praw Człowieka ONZ do określonej misji. Jej słowa nie są wyrokami a opiniami. Jej raporty to nie orzeczenia sądu. To teksty pisane przez konkretną osobę, z jej poglądami, jej ideologią i jej obsesjami. Jej mandat również nie spadł z nieba; został przegłosowany przez państwa, które same mają na sumieniu więcej naruszeń praw człowieka, niż są w stanie policzyć.
Bo ONZ to nie jest klub demokracji, lecz zgromadzenie wszystkich państw świata. Wszystkich, bez wyjątku. W jednej organizacji siedzą razem Stany Zjednoczone i Iran, Francja i Korea Północna, Niemcy i Erytrea. Każde z tych państw ma prawo głosu i każde może przemawiać w imieniu „społeczności międzynarodowej”. Każde może współtworzyć rezolucje, które potem ludzie cytują jak moralne wyroki boskie. Nie trzeba uczęszczać na tajne komplety, żeby o tym wiedzieć. To wiedza tak podstawowa jak szkoła o tej samej nazwie. Wagary naprawdę nie usprawiedliwiają.
Tak właśnie powstają mandaty takich osób jak Albanese. Nie w jakiejś świątyni sprawiedliwości. Tylko przy stole, przy którym siedzą demokracje i dyktatury, państwa prawa i państwa terroru, kraje z wolnymi mediami i kraje, w których dziennikarz znika po jednym artykule. Wszyscy mają jeden głos. Wszyscy mogą decydować o „prawach człowieka” świata.
I teraz spójrzmy na groteskę tej sytuacji. Bo z tej samej struktury ONZ pochodzi także Alice Edwards, specjalna sprawozdawczyni ds. tortur. Po spotkaniach z byłymi zakładnikami powiedziała jasno: porwanie 251 osób 7 października było jednym z największych masowych uprowadzeń w historii współczesnej. Mówiła o psychicznych torturach, nieludzkich warunkach, o systematycznym znęcaniu się, o traumach, które zostaną z ludźmi na całe życie. To wszystko bez ideologii i bez sloganów. Same fakty, ofiary, konkrety.
Dwie kobiety. Dwa nazwiska: Alice Edwards i Francesca Albanese. Ten sam tytuł. Ta sama instytucja. Jedna mówi o porwaniach i torturach. Druga o całym państwie jako zagrożeniu dla świata humanitarnego. Jedna opisuje ludzi. Druga ideologiczne abstrakcje. Jedna dokumentuje zbrodnie. Druga wygłasza moralne kazania. I obie występują pod flagą ONZ, która dla wielu ludzi ma niemal sakralny charakter.
W lutym 2026 roku, podczas 17. forum Al Jazeery w Dosze, Francesca Albanese mówiła o Izraelu jako o zagrożeniu dla „świata humanitarnego”, a według innych relacji nawet jako o wrogu ludzkości. Nie było to posiedzenie ONZ ani żaden trybunał, to było forum medialno-polityczne. Na tej samej scenie występował przedstawiciel Iranu – państwa, które strzela do własnych demonstrantów – oraz lider Hamasu. Reżim, organizacja terrorystyczna i sprawozdawczyni ONZ na jednej scenie, mówiący jednym tonem o moralności świata. Cudowne, prawda ?
I gdzieś w Europie czy Ameryce siedzi człowiek przed komputerem i mówi: „ONZ tak powiedziała, więc to musi być prawda”. Więc powiem wprost nie: to nie jest nawet naiwność, to jest czysta ignorancja.
Bo ONZ nie jest żadnym sądem. Nie jest trybunałem sumienia. Jest parlamentem świata, a parlament to targowisko interesów, bloków politycznych i dyplomatycznych układów. Tam się głosuje, negocjuje, tam się handluje poparciem. To jest polityka, nie objawienie Marii Panny. A jednak ten ktoś czyta nagłówek: „ONZ stwierdziła”, i przestaje myśleć. Nie sprawdzi, kto głosował, nie sprawdzi, jakie kraje siedziały w radzie. Nie sprawdzi, jakie interesy za tym stały. Jemu wystarczy pieczęć i gotowy argument. Proces myślenia zakończony z powodzeniem.
Czasami naprawdę mam wrażenie, że nawet sprzątaczka w budynku ONZ wie o tej instytucji więcej niż część komentatorów w internecie. Bo ona przynajmniej widzi, kto tam przyjeżdża. Widzi delegacje z krajów, gdzie za jedno zdanie można trafić do więzienia. Widzi dyplomatów z państw, w których opozycja znika bez śladu. I wie, że to oni także głosują nad „prawami człowieka” świata.
To jest sedno problemu: skala ignorancji. W ONZ nikt nie udaje, że to jest sąd ostateczny. Dyplomaci wiedzą, że to parlament świata, scena interesów i ideologii. Wiedzą to urzędnicy, tłumacze, kierowcy i ochrona. A jednak poza murami tej instytucji wciąż żyje piękna legenda, że ONZ to moralny trybunał ludzkości.
Ta legenda działa jak środek znieczulający myślenie. Wystarczy powiedzieć: „ONZ tak uznała”, i można zamknąć dyskusję. Tymczasem wystarczy zestawić dwa nazwiska: Edwards i Albanese. Dwa głosy z tej samej instytucji. Dwa obrazy tej samej wojny. I nagle cała ta bajka rozpada się jak dekoracja z kartonu.
ONZ nie jest świątynią sprawiedliwości. Jest parlamentem świata. Ten parlament jest głośny, interesowny i bywa pełen hipokryzji. Kto tego nie rozumie i traktuje każde zdanie z ONZ jak wyrok ostateczny, ten po prostu oddaje własny rozum w depozyt trzech liter i przestaje go używać. I to jest dopiero prawdziwy dramat tej debaty, w której jedynym wyjściem jest – wydaje się – internet na kartki.
Wszystkie wpisy Ani TUTAJ
Kategorie: Uncategorized


Anna Grabowska
Dobra wiadomość, Trump ogłosił że zastanawia się czy opuścić ONZ.
Nie wiem czy to zrealizuje ale przynajmniej myśli o tym.