Uncategorized

Wizerunkowe harakiri lewicy po obu stronach oceanu


Ruthie Blum

Wystąpienie prezydenta Trumpa o stanie państwa oraz wizyta premiera Modiego w Knesecie zyskały na znaczeniu dzięki partyjnym awanturom, zamiast na nich ucierpieć.

To, że amerykańscy i izraelscy lewicowcy kompromitują się na własne życzenie, nie jest niczym nowym. Jednak w tym tygodniu zrobili to niemal symultanicznie, mimo że ich transatlantyckie wybuchy gniewu nie miały ze sobą bezpośredniego związku.

Sceny, o których mowa, łączyła jednak jedna cecha (poza faktem, że rozegrały się w odstępie zaledwie kilku godzin między 24 a 25 lutego). W obu krajach osoby będące celem ataków moralizatorów nie tylko wyszły z opresji bez szwanku, ale wręcz zyskały na tych spektakularnych incydentach.

Zacznijmy od dramatu w Waszyngtonie. Podczas prawie dwugodzinnego orędzia Donalda Trumpa większość członków Partii Demokratycznej odmawiała oklasków i ostentacyjnie siedziała w ławach, nawet w momentach, w których ponadpartyjna solidarność wydawała się oczywistością.

Weźmy za przykład chwilę, w której Trump zwrócił się do gości na galerii, by przedstawić matkę Iryny Zaruckiej – ukraińskiej uchodźczyni zamordowanej w sierpniu ubiegłego roku przez niezrównoważonego przestępcę w pociągu w Charlotte. Zamiast pochylić się nad tą tragedią, większość Demokratów pozostała niewzruszona, a niektórzy sprawiali wrażenie wyraźnie znudzonych.

Równie skandaliczne zachowanie nastąpiło, gdy Trump rzucił wyzwanie: „Jeśli zgadzają się Państwo, że pierwszym obowiązkiem rządu amerykańskiego jest ochrona własnych obywateli, a nie nielegalnych imigrantów, proszę wstać i okazać swoje poparcie”.

Poza senatorem Johnem Fettermanem (D-Pa.) i garstką Demokratów „starej daty”, lewa strona sali ani drgnęła. W tym samym czasie wszyscy Republikanie zerwali się z miejsc.

To tylko dwa przykłady „syndromu obłędu na punkcie Trumpa” w murach Izby Reprezentantów. Wszystko to działo się pod okiem radykalnych ikon tzw. „Squadu”. Przedstawicielka Ilhan Omar (D-Minn.), pochodząca z Somalii, wpadła w furię po komentarzach Trumpa o nadużyciach w somalijskich przedszkolach w jej stanie. Z kolei Rashida Tlaib (D-Mich.) – z kefiją na szyi i przypinką „F**k ICE” w klapie – spędziła całe przemówienie na wygwizdywaniu prezydenta.

Żart obrócił się jednak przeciwko nim, dając Trumpowi idealną okazję do kontrataku. Pozostali Demokraci również wpadli prosto w jego pułapkę. Nic tak nie pomaga politykowi, jak pokazanie grupy zrzęd, których niechęć do lidera państwa zaczyna trącić antyamerykanizmem – co w przypadku Omar czy Tlaib wydaje się zresztą stanem faktycznym.


Niemal identyczną taktyczną klęskę poniosła w tym samym czasie izraelska opozycja. Okazją była historyczna wizyta premiera Indii Narendry Modiego i jego wystąpienie w Knesecie.

Wizyta ta miała doniosłe znaczenie – planowano podpisanie aż 16 umów o współpracy (od technologii dronów i cyberbezpieczeństwa po rolnictwo i sztuczną inteligencję). Mimo to antyrządowi posłowie kipieli ze złości. Nie chodziło im jednak o Modiego, lecz o decyzję przewodniczącego Knesetu Amira Ohany, który nie zaprosił na uroczystość prezesa Sądu Najwyższego Icchaka Amita.

To nie pierwszy raz, kiedy Ohana złamał protokół, pomijając Amita. Podobnie postąpił, gdy Trump przemawiał w Knesecie 13 października 2025 r. Wynika to z przekonania rządu, że Amit nie posiada legitymacji do sprawowania funkcji prezesa, gdyż został mianowany w wyniku procesu uznanego przez koalicję za nielegalny. Reforma sądownictwa – walka z „głębokim państwem” niewybieralnych urzędników – pozostaje przecież jednym z filarów obecnej władzy.

Opozycja nie mogła być zaskoczona ruchem Ohany, więc jej oburzenie było w dużej mierze wyreżyserowane. Początkowo ogłoszono bojkot obrad. Obawiając się pustych miejsc podczas przemówienia gościa z Indii, Ohana przygotował plan awaryjny: zapełnienie sali byłymi parlamentarzystami.

Wtedy jednak do gry wszedł lider opozycji Jair Lapid, cierpiący na dwie przypadłości: FOMO (strach przed pominięciem) oraz fatalne notowania w sondażach. Nie chcąc stracić szansy na wystąpienie, doprowadził do kuriozalnej sytuacji: posłowie opozycji wyszli z sali podczas przemówienia Benjamina Netanjahu, by triumfalnie wrócić na wystąpienie Modiego.

Lapid rozpoczął swoją mowę od zapewnienia indyjskiego premiera, że „nic, co się tu wydarzyło, nie ma związku z Pańską osobą”, i dziękował mu za przyjaźń w imieniu „obu stron sali”. Innymi słowy: cały kryzys i medialna burza nie zostały zażegnane, lecz sztucznie wykreowane. I zakończyły się wizerunkową klęską opozycji.

Dziecinne zachowanie Demokratów na Kapitolu może zrazić wyborców niezdecydowanych przed wyborami śródokresowymi, dając sztabowi Trumpa gotowy materiał do spotów wyborczych. Podobnie happening środowisk spod znaku „każdy, byle nie Bibi” w Knesecie – choć nie zaszkodził relacjom z Indiami, może odbić się czkawką lewicy w nadchodzących wyborach. Jeśli tak się stanie, upokorzenie będzie w pełni zasłużoną karą za grę do własnej bramki.Wizerunkowe harakiri lewicy po obu stronach oceanu

Wizerunkowe harakiri lewicy po obu stronach oceanu


Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.