Uncategorized

Dybuk Lwa Rywina


Jakub Kopec

  Pluskwy w puszce po Pandorze   

   Choćby minister Sienkiewicz zjadł tysiąc kotletów, nie popchnie telewizji publicznej na właściwe tory, taki to ciężar! Żeby TYP ruszyła z kopyta, potrzebny jest człowiek z charyzmą i z chwalebną przeszłością, a jednocześnie z powiewnym intelektualnym wdziękiem, jakim obdarzony był , na przykład, Adam Michnik, gdy na potrzeby dnia 4 Czerwca dosłownie z piasku ukręcił wspaniałą „Gazetę Wyborczą”.

   W promieniach triumfu wyborczego 15 Października, Tusk jedzie po bandzie i wielu ludziom to się podoba. Jeszcze przed uchwaleniem prowizorium budżetowego zapowiedział utworzenie sześciu sejmowych komisji śledczych i wszystko wskazuje, że na sześciu nie poprzestanie. Z tej przyczyny w TVP pilnie jest dziś potrzebny człowiek, który będzie miał siłę i odwagę wyjaśnić rodakom, „dlaczego nie będzie głosował na Lecha Wałęsę”.

     I jest taki człowiek, nazywa się Kurski. Stracił właśnie intratną posadę. Młody, chociaż z prawie czterdziestoletnim zawodowym doświadczeniem, posiada wszelkie potrzebne kwalifikacje i jest osobnikiem niepodległym. Ma młodszego brata imieniem Jacek, którego jest jak gdyby stuprocentowym przeciwieństwem. W ostatnim dniu sprawowania szefostwa nad „Gazetą Wyborczą”, w numerze Sylwestrowym redaktor Jarosław Kurski opublikował doniosłe „Orędzie Suwerena do Prezydenta Andrzeja Dudy”, które zaczyna się od pytania retorycznego:  „Czy prezydent Duda zdobędzie się na to, by przez ostatnie 18 miesięcy piastowania urzędu głowy państwa zachowywać się tak jak prezydent Jaruzelski?” 

     Po słynnej Aferze Rywina i wielomiesięcznych pracach komisji sejmowej, transmitowanych na bieżąco przez TVP,  redaktor Michnik stracił zaufanie zarządu właścicielskiego zapewne z tej przyczyny, że wbrew interesom i wskazówkom Agory, opublikował  tekst potajemnie nagranej rozmowy z Lwem Rywinem: „Zapłacicie 17,5 mln dolarów łapówki, to będziecie mogli kupić Polsat”. Nie może być dziełem przypadku, że starszy z Kurskich, prześladowany przez dybuka, stracił zaufanie Michnika akurat w momencie, gdy „Gazeta Wyborcza” po latach uporczywej walki zdołała wybić się na niepodległość i uwolnić się od dyktatu Agory. Triumf dziennikarstwa naszego powszedniego nad pazernym biznesem zbiegł się też w czasie z debiutem rynkowym książki prof. Tomasza Nałęcza „Afera Rywina. Odsłanianie prawdy”, która zawiera przekonywające  dowody na to, że Michnik niczego nie nagrywał i był tylko  mimowiednym narzędziem biznesowej intrygi.

   Jakże-to, Michnik nie nagrywał? A kto w swoim gabinecie redaktora naczelnego , na użytek filmu dla TVP pokazywał do kamery maleńki dyktafonik kasetowy, zdejmował marynarkę i wieszał ją na oparciu krzesła, następnie nacisnął przycisk narywania, umieścił „ reporterski dyktafon” w wewnętrznej kieszeni marynarki, zasiadł za biurkiem   i dopiero wówczas przez „dispatcher” połączył się z sekretariatem, żeby zaprosić Lwa Rywina do środka?                                                                                                                                                                                                                                 

   Jakże nie nagrywał, skoro red. Paweł Smoleński daje słowo honoru, że nie tylko nagrywał na dyktafoniku ukrytym w kieszeni marynarki, ale dla pewności miał jeszcze drugi magnetofonik, ulokowany w regale między książkami?

  Nikt ,żadne laboratorium policyjne lub prywatne, nie sprawdziło autentyczności nagrania. Ale po co było sprawdzać, skoro Rywin, bez bicia, przyznawał się do przedłożenia propozycji korupcyjnej?

         «Zapłaćcie 17,5 miliona dolarów łapówki, to będziecie mogli kupić Polsat”- taką propozycję złożył Agorze, wydawcy „Gazety Wyborczej”, producent filmowy Lew Rywin, powołując się na swoje ustalenia z premierem. Rywin obiecywał, że niekorzystne dla Agory zapisy zostaną usunięte.» – takiego skrótu myślowego dokonał Paweł Smoleński w pierwszych słowach swojego przesławnego tekstu „Przychodzi Rywin do Michnika”,  a uczynił to dopiero po półrocznym zastanowieniu i na podstawie wyników prowadzonego przezeń „śledztwa dziennikarskiego”. 

     A co dwadzieścia lat później, we wstępie do  książki „Afera Rywina. Odsłanianie prawdy”, powie profesor Tomasz Nałęcz? Że Lew Rywin przyszedł do „Gazety Wyborczej” i „powołując się na premiera zażądał od Adama Michnika łapówki wynoszącej 17,5 miliona dolarów. Za tę sumę gwarantował wprowadzenie do uchwalanej właśnie ustawy o radiofonii i telewizji przepisu, który umożliwi spółce Agora, wydającej „Gazetę Wyboczą”, zakupienie telewizji Polsat.» 

     Inne głosy, inne ściany. U Smoleńskiego „propozycja korupcyjna” pada w biurowcu Agory do uszu jej zarządu, według Nałęcza wypowiada ją Rywin w lokalu redakcyjnym do dwu mikrofonów w urządzeniach rejestrujących. Ale jakie znaczenie może mieć ta drobna różnica faktograficzna, skoro  Rywin niczego nie żądał, bo nie był szantażystą? On przecież tylko z całą delikatnością proponował deal korzystny dla wszystkich, gdyż i u pani Rapaczynsky w Agorze i u Michnika w redakcji „GW”, występował w charakterze poważnego, godnego zaufania lobbysty. Syn Lwa Welwetowicza, pierworodny Marcin Lwowicz Rywin, jest dziś powszechnie szanowanym kontynuatorem tradycji rodzinnej i też pracuje w zawodzie  lobbysty…

       Do czego jednak miałoby służyć całe to subtelne rozróżnienie między lobbystą i szantażystą, skoro już nazajutrz po  sekretnym  nagraniu „propozycji korupcyjnej”, Michnik wraz z Rywinen, celem konfrontacji, zaproszeni zostali do gabinetu Leszka Millera w pałacyku Pod Piątką w Alejach Ujazdowskich i wyszli z niego stuprocentowo przekonani, że  premier z żądaniem łapówki w kwocie 17,5 mln. dolarów nie miał nic wspólnego…

      W negocjacjach  z Agorą Rywin nie powoływał się na „ustalenia z premierem”  , lecz tylko napomykał, że sprawa była – prawda – szczegółowo  przegadana w rozmowie z Leszkiem Millerem na Mazurach podczas wędkowania.                                                                                                        

      Premier Leszek Miller jest tylko jeden, a Leszków Millerów może być wielu.

      W książce „Afera Rywina” prof. Nałęcz pisze o opieszałości organów ścigania , zdominowanych przez SLD. „Jedyne działania(…) podejmował minister sprawiedliwości i prokurator generalny Grzegorz Kurczuk. Jednak (…) Kurczuka krępowało stanowisko Millera , wyłożone już 12 sierpnia 2002 roku Jerzemu Urbanowi, że nie ma co nagłaśniać sprawy, bo tylko zepsuje to wizerunek SLD.” Minister Kurczuk, pomimo skrępowania, udał się jednak do siedziby „Gazety Wyborczej”, gdzie poprosił redaktora Michnika o uprzystępnienie kasety z nagraniem inkryminowanej rozmowy, lecz spotkał się z… odmową. 

     Prokurator generalny przychodzi do Michnika i grzecznie prosi, a przecież powinien zawezwać redaktora wraz z kasetą do swojej siedziby generalnej w Pałacyku przy Trębackiej. To kto w końcu  rządził Polską, Michnik z prezydentem Kwaśniewskim, czy też prokurator generalny z premierem Millerem? Michnik motywował swoją odmowę względami etycznymi i  prowadzonym „śledztwem dzinnikarskim”, które przecież nigdy nie zostało wdrożone. A ponadto w innym miejscu Nałęcz napomyka, że kaseta z nagraniem zamknięta była w sejfie w siedzibie Agory, i gdy Michnik poprosił o jej wydanie, spotkał się z kategoryczną odmową. Skoro generalny prokurator osobiście pofatygował się do redakcji „Gazety Wyborczej” , to redaktor naczelny dziennika, przez prostą uprzejmość wobec wysokiego urzędnika państwowego, powinien Kurczuka poinformować, że żadnej kasety nie ma i nie on decyduje o jej wydaniu, ponieważ  kaseta jest zasejfowana w Agorze. Ale informując prokuratora, gdzie jest pies pogrzebany, Michnik zdradziłby jednocześnie  najpilniej strzeżoną tajemnicę służbową, że Agora rzeczywiście chciała ubić z Rywinem interes i – być może – negocjowała tylko wysokość prowizji, bo suma podana przez Rywina wydawała się za wysoka…

    Byłaby to woda na młyn „triumwira” Jana Marii Rokity, który , jako wiceprzewodniczący, chciał w pracach komisji szczegółowo przebadać tę kwestię, lecz stanowczo przeciwstawił się temu przewodniczący Tomasz Nałęcz!

      Najświęciej jestem przekonany, że zarówno redaktor Michniak, jak i reporter Smoleński, do drobnego kłamstwa w sprawie nagrywania, zostali przez Agorę przymuszeni. Dobre imię najpoważniejszej i najpoczytniejszej w Polsce gazety opinii zostało zagrożone. Nikt nie prosił i nikt niczego nie obiecywał. Obaj dziennikarze uznali, że „Gazeta Wyborcza” warta jest mszy. Ciężar potajemnego nagrywania samorzutnie  wzięli przeto na siebie.                                                                                

     Bo przecież magnetofonik na mikrokasety ukryty w kieszeni marynarki niczego nie mógłby nagrać. Tweedowy materiał przytłumiłby ludzką mowę i słyszalne byłyby tylko trzaski kieliszków i pluskanie wódki. Koniczne więc było umieszczenie drugiego urządzenia nagrywającego w regale między książkami. W sejfie Agory znajdowała się kaseta z nagraniem, zdolna zapisać 45 minut ( a nie mikrokaseta na 60 minut), którą w odpowiedniej chwili należałoby przełożyć na drugą stronę. Kiedy należałoby  uruchomić magnetofon kasetowy, skoro gra wstępna dwu przyjaciół musiała potrwać co najmniej połowę godziny? Michnik zeznaje przez Komisją, że najpierw zaprosił Rywina na taras widokowy, gdzie wypalili fajkę pokoju, a dopiero potem zaprosił do stołu. Z przyczyn technicznych w regale powinna być umieszczona porządna „pluskwa”, a nie reporterski magnetofon kasetowy. Pluskwa potrafi uruchamiać się na dźwięk ludzkiego głosu.

   Najciekawsze i budzące szpetne podejrzenia jest to, że książka Nałęcza milczy o  wyczyszczonym komputerze minister Jakubowskiej, z którego dysk  były marszałek ponoć zdołał cudownie odtworzyć przy pomocy szczególnie utalentowanych dziennikarzy. Książka nie ujawnia też żadnych fragmentów z otworzonej tym sposobem „puszki Pandory”, o której tak obiecująco opowiadał prof. Nałęcz w wywiadzie dla Tomasza Sekielskiego, opublikowanym w Newsweeku  tuż przed oficjalną promocją „Afery Rywina. Poszukiwanie prawdy”.

   Niezależnie więc od tego,czy Grupa Trzymająca Władzę składała się tylko z dwu dzieciaków, Marcina Rywina i Leszka Millera-Juniora, o czym szeroko rozwodziłem się w jednym z poprzednich wpisów, czy też stanowili ją Czarzasty, Kwiatkowski i Nikolski z minister Jakubowską na przyczepkę, jak usiłuje wmówić nam prof. Nałęcz, wszelkie dziwne kroki ludzi trzymających władzę nad brudnopisem ustawy o Telewizji i Radiofonii wytłumaczalne są zwykłą walką o zachowanie cnoty Sojuszu Lewicy Demokratycznej, bez narażania się na kolejną falę zjadliwej krytyki ze strony „Gazety Wyborczej”.

     Ważne jest, że po takich moich ustaleniach śledczych, z Michnika opada odium nikczemnika, który stosuje techniki szpiegowskie w dziennikarstwie. W zapomnienie idzie bon mot Jerzego Urbana: „Uwaga na Michnika, będzie nagrywał!”, co jest pomocne jak handikap w chwili, gdy „Gazeta Wyborcza” rozpoczyna nowy żywot dziennikarski bez obciążenia biznesowymi ciągotkami Agory.

Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. ”Choćby minister Sienkiewicz zjadł tysiąc kotletów, nie popchnie telewizji publicznej na właściwe tory,”

    Nie wiem, jakie to ma znaczenie, czy polska telewizja bedzie nadawac pod dyktando pierwszej, czy drugiej sylaby POPiS-u. To w koncu klotnia w rodzinie. A czy taki redaktor, czy siaki redaktor bedzie analizowal ”zbrodnie przeciw ludzkosci” popelniane przez ”syjonistow” na ”niewinnej ludnosci palestynskiej”, to chyba kazdemu powiewa. Podobnie jak uczne analiy o ”zbrodniczych antypolskich osrodkach”, ktore usiluja ”ograbic Polske” z ”mienia bezspadkowego”. Jesli ktos usiluje mi pluc w twarz, to nie bede sie silil na analize koloru sliny.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.