Uncategorized

„Ja ją wychowałam, ja broniłam przed gwałtami”. Niani trudno było uratowaną z Zagłady dziewczynkę po wojnie oddać matce

Przyslala Katharina Dr.Gasinska-Lepsien


Feliksa Szulc z Krystyną Sigalin, prawdopodobnie Ciechocinek, 1935 r.

Feliksa Szulc z Krystyną Sigalin, prawdopodobnie Ciechocinek, 1935 r. (Fot. Archiwum prywatne, reprodukcja Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl)Po selekcjach i obozach córka próbowała z matką rozmawiać, ale ta mówiła tylko: „Nie męcz mnie”. Że wszystko płonie w Krysi głowie, zrozumieć mogła tylko niania, Oja, ale Oi już nie było

Najpierw poznaję Romana. Nie samego, często w duecie z Jerzym Gelbardem. Adresy: Jerozolimskie, Frascati, Lwowska i wiele innych. Ich projekty to jedne z najpiękniejszych budynków okresu modernizmu przedwojennej Warszawy. Eleganckie, luksusowe, często najdroższe w stolicy. Roman żyje na poziomie, mieszkanie na Mokotowskiej, pracownia przy Hożej, najlepsze zlecenia, państwowe konkursy. Zakocha się w Hannie Haftke, pięć lat po ślubie urodzi się im córka Krystyna.

Chcę się dowiedzieć, kim są kobiety, które stoją przy Romanie Sigalinie. Na początek wiem tyle, że nie będzie to opowieść ze szczęśliwym zakończeniem. Nie kiedy jest się warszawskimi Żydówkami, a Hitler właśnie atakuje Polskę.

NIE „MAMA”, A „OJA”

W sieci nie ma żadnych jej zdjęć. Od osoby, która ją pamięta, usłyszę, że Hanna była piękna. Najmłodsza z rodzeństwa, przyzwyczajona do zainteresowania, rozpieszczana. Dobrze w latach 30. czuje się u boku fetowanego i sowicie wynagradzanego męża. Skąd ma wiedzieć, że niebawem go straci? Tak jak futra, kapelusze, mieszkanie, nawet własną tożsamość. Na aryjskich papierach jako Janina Gryzik w czasie okupacji ukryje się na warszawskiej Pradze. Już po tym jak z getta wyprowadzi ją i jej córkę znajomy, niegdyś współpracownik Romana. Za pomoc 30 Żydom i Żydówkom Stanisław Mazur otrzyma długo po wojnie medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.

Krystyna rodzi się w 1931 roku i jak to wówczas powszechne, potrzebuje opiekunki. Zostaje nią Feliksa Szulc zwana Oją, bo kiedy małą Krysię zostawi na moment, ta tak właśnie ją przywoła. Pierwsze słowa – „oja, oja”, nie „mama”.

Szukam w archiwach śladów miłości między córką i matką. Z dokumentów Żydowskiego Instytutu Historycznego i zbiorów Muzeum Żydów Polskich POLIN wyczytam więcej różnic niż podobieństw. Więcej niezrozumienia niż bliskości.

Krystyna z mama Hanną, rok 1946KRYSTYNA Z MAMA HANNĄ, ROK 1946 FOT. ARCHIWUM MAŁGORZATY RYBUS, REPRODUKCJA MACIEK JAŹWIECKI / AGENCJA WYBORCZA.PL

ZA SIEDMIOMA MURAMI

Rodzina Sigalinów jest zasymilowana na długo przed wojną. To Klaudia Chaja Sigalinowa da jej początek, przyjeżdżając z Gruzji do Warszawy tuż przed wybuchem powstania styczniowego. Jak pisze Andrzej Skalimowski w książce „Towarzysz odbudowy” o bracie Romana Józefie Sigalinie, naczelnym architekcie powojennej Warszawy, Klaudia przywiezie ze sobą w bańkach na mleko znaczną ilość kefirowych grzybków, które dadzą początek pierwszej i najprężniej działającej na terenie Królestwa Polskiego wytwórni kefiru leczniczego. Dzięki sukcesowi finansowemu rodzina zamieszka w okazałej kamienicy przy Królewskiej i trafi w kręgi warszawskiego mieszczaństwa.

Jakub Aron, pierwszy wnuk Klaudii, szybko zacznie używać imienia Roman. Nie jest ani religijny, ani nie zna jidysz, nie przestrzega koszeru, nie obchodzi świąt. Po latach Krystyna Sigalin powie: „Ja nie rozumiałam jako dziecko, że jestem Żydówką, bo myśmy nic takiego, co żydowskie, nie robili”. Dlatego ośmiolatka nie będzie rozumieć i tego, co lada dzień nastąpi.

Nie zrozumie września 1939 roku ani tego, że z Warszawy trzeba uciekać. Rodzina nie weźmie żadnego bagażu, założy, że jadą na tydzień, może dwa. Trafią do Krzemieńca, później Lwowa.

Nie będzie rozumieć, dlaczego nie może chodzić do szkoły, że nie ma nic do jedzenia, że jest zimno, a woda w misce i dzbanku zamarza.

Nie zrozumie nawet słowa „getto”, tego, że jest za murami, że niektórzy chodzą tam do synagogi, tego słowa też wtedy nie zna.

Nie zrozumie, że z getta musi chodzić po jedzenie („gdzieś tam, z kubła na śmieci”) i że to dlatego, że jest Żydówką („tam się nie miało opasek ani nic”).

I wreszcie nie zrozumie, dlaczego matka zdecyduje się z nią w czasie wojny rozdzielić. To wtedy tak bardzo się od siebie oddalą?

NOC TU, NOC TAM

To w Warszawie, gdy wrócą ze wschodu, zacznie do Krystyny Sigalin docierać, że gdyby była kimś innym, życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Po kilku dekadach od wojny powie: „Ludzie nosili opaski, umierali z głodu, leżeli na ulicy, nikt na to nie patrzył. Tak że być może ja w getcie [warszawskim] zaczęłam rozumieć, że Żydzi to co innego”. Widok żebrzących na ulicy ogolonych kobiet („bo były wszy”) w chustkach na głowie zostanie z nią do końca życia („to jest to, co ja najczęściej widziałam w getcie”).

Proszące o skórkę chleba dla swoich dzieci wychudzone postaci Krystyna będzie rysować i dekady później.

Początkowo mieszkają na Ogrodowej, skąd zabiorą do wywózki matkę i siostrę Romana, potem się z matką tuła. Jest rok 1942, w getcie jest coraz mniej ludzi, widzi puste domy, otwarte drzwi. Przestaje 11-letnią już Krystynę dziwić, że zamiast chodzić do szkoły, nie wie nawet, co będzie jutro, gdzie będzie spać, czy cokolwiek zje, kiedy się umyje, że nie pamięta, kiedy leżała pod pościelą, że ma jedne majtki, które codziennie przepiera i suszy. „Mimo że wyrosłam w dobrych warunkach, jak przyszła wojna, zaakceptowałam absolutnie, że to jest normalne to nowe życie” – powie.

Nie będzie pamiętać, kiedy i w jakich okolicznościach trafia na Umschlagplatz, ale ludzi, których zgromadzą tam Niemcy do wywózki, nie zapomni nigdy („jeśli ja się boję wojny, to nie dlatego, że może być atomowa, ja się boję tłumu i to mi zostanie do końca życia”). Widzi pozostawione tam same sobie dzieci, które krzyczą: „Mamo, mamo, gdzie jesteś?!”, ale matek nie ma. Myśli wtedy: jeśli moja matka mnie zostawi, to jak ta dziewczynka mogę sobie siedzieć i krzyczeć, a nikt nie będzie mnie słuchał. Matka na szczęście po rozmowie z żydowskim policjantem i pokazaniu mu prawdopodobnie zaświadczenia o zatrudnieniu w szopie szczęśliwie unika z córką transportu i śmierci w komorach gazowych Treblinki.

Po wielkiej akcji likwidacyjnej w getcie nie ma prawa już być dzieci.

Hanna nie może brać Krystyny ze sobą do pracy, więc zamyka ją w piwnicy domu nieopodal („za takim zwałem węgla czy koksu”). Powie później: „Nigdy nie wiedziałam, czy ona przeżyje ten dzień. Siedziałam i myślałam: ciemna piwnica, nie ma co jeść, nie ma co pić. Nie można pójść siusiać i nie wiadomo, czy ktoś po mnie przyjdzie, tak że ja może umrę w tej piwnicy”.

Kolejne wspomnienie: Stach Mazur, drabina, mur, na nim kawałki szkła, musi skoczyć, zastanawia się, czy może połamać nogi i ręce, ale nie ma wyjścia, nie ma czasu. Skok, „aryjska” strona, wczesny ranek, puste ulice, bez świadków. Znajomy ojca lokuje je w jakimś mieszkaniu, donos sąsiadów, gestapo, ucieczka. Nowe mieszkanie, ucieczka. Noc tu, noc tam. Nie ma wyjścia, dla bezpieczeństwa muszą się z matką rozdzielić. Spotkają się ponownie za niemal trzy lata.

POCAŁOWAŁ CZY POGŁADZIŁ

Ojca z nimi wtedy nie ma. Jest na froncie, dostaje powołanie z przydziałem do jednostki w Wilnie.

Córka zapamięta, że przed wojną zawsze jest zajęty. Czasem bierze ją do Łazienek, gdzie siedzi na ławce i rysuje korę na drzewach czy rzeźby, ona dostaje ciasteczko lub lody, siedzi grzecznie obok.

Krystyna z numerem obozowym, 1944 rok, zdjęcie z obozu we Frankfurcie.KRYSTYNA Z NUMEREM OBOZOWYM, 1944 ROK, ZDJĘCIE Z OBOZU WE FRANKFURCIE. FOT. ARCHIWUM MAŁGORZATY RYBUS, REPRODUKCJA MACIEK JAŹWIECKI / AGENCJA WYBORCZA.PL

Zapamięta też, że ojciec ją uczy jeździć konno, on na koniu, ona przed nim, później prowadzi sama. Zdarzyło się to jeden raz.

Zapamięta, że właściwie nigdy nie ma go w domu. („Chciał, żebym ja się śmiała, żebym miała coś przyjemnego, ale nie miał nigdy czasu”).

Zapamięta, że i matka go dla niej nie ma („miała życie towarzyskie i inne zainteresowania”). Czasem bierze ze sobą córkę do kawiarni na spotkanie z przyjaciółkami, czasem na spacer.

Zapamięta jeszcze, że zawsze mieszka z Oją. Ojciec śpi sam w sypialni, matka ma swój buduar. Tyle z dzieciństwa.

Gdy ojciec wyjeżdża, jest w mundurze wojskowym, ma oficerskie buty, czapkę z zielonym aksamitnym otokiem („może ja sobie uroiłam ten zielony?”). Nie zapamięta, czy wychodząc, pocałuje ją czy pogładzi po głowie. Nie wie, że wtedy widzi go ostatni raz. Roman jako jeniec wojenny trafi do obozu w Starobielsku. W 1940 roku zostanie rozstrzelany, prawdopodobnie w Charkowie. Krystyna nigdy się z tą śmiercią nie pogodzi.

Jako dorosła będzie przypuszczać, że ojciec uważał, iż nie ma z wojny do czego wrócić, Hanna miała wówczas romans z doktorem Henrykiem Lewenfiszem; jego wnuczka Krystyna Lewenfisz, producentka spektakli „Mama zawsze wraca” czy „Wiera”, ma nawet imię po Krystynie. Zgodziła się, by o uczuciu Hanny i dziadka napisać pod nazwiskiem. „Dla ojca to była sprawa nie do rozwiązania” – stwierdzi po latach Krystyna Sigalin. I że „w tamtych czasach nie można było w takiej żydowskiej rodzinie wziąć rozwodu„.

PRZED WSZYSTKIMI MOŻLIWYMI

„Za każdym razem człowiek miał inną historię i nie mógł się w jej opowiadaniu potknąć” – powie Krystyna. W czasie wojny jest Basią Sujkowską, Wandą Gorczyńską i Basią Szulc, podaje się wówczas za córkę Feliksy. Na szyi na sznureczku ma krzyżyk z masy perłowej, dowód, że jest katoliczką. Najdłużej mieszkać będzie z rodziną Górkiewiczów na Mokotowie, gdzie Feliksa opiekuje się ich synem. Krysia panią domu nazywa „ciocią”, ta wszędzie dziewczynkę ze sobą zabiera, a gdy przychodzą goście, Krysia siedzi razem z rodziną przy stole. Do Feliksy z kolei nie mówi „mamo”, tylko „Oju”, ci pewnie domyślają się, kim jest, bo „co to za dziecko, co nie chodzi do szkoły, nie ma żadnych krewnych, nic o rodzinie nie może powiedzieć”.

Po upadku powstania warszawskiego Krystyna i Oja trafią do obozu przejściowego w Pruszkowie („tam była selekcja (…) najbardziej przeraźliwe słowo, jakie dla nas istniało”), stamtąd do Niemiec na roboty przymusowe (tam prycze, baraki, kolczaste druty, karmienie zgniłymi brukwiami, ludzie umierający z głodu albo na czerwonkę, setki nagich kobiet, wokół umundurowani Niemcy).

Hanna ukrywa się wówczas po tzw. aryjskiej stronie. Nie ma pojęcia, gdzie jest jej córka, zgłosi ją po zakończeniu wojny jako zaginioną do Czerwonego Krzyża.

Wojenne przeżycia na zawsze je poróżnią, Oja i jej 14-letnia już „córka” nie będą nawet wiedzieć, że wojna się skończyła. Gdy wrócą do Polski, zamieszkają, jak powie, „w kliteczce” przy placu Trzech Krzyży, bo w mieszkaniu Sigalinów na Mokotowskiej mieszka już ktoś inny. Tam łóżko polowe, żadnych mebli, sztućców, winda nie działa, nie ma wody w kranie, dwa wiadra nosi na ostatnie piętro sama z placu, zapamięta, że Hanna, nie będzie tego robić.

Po sześcioletniej przerwie w nauce pójdzie do szkoły, ale gdy w mieście zaczynają się ekshumacje po powstaniu warszawskim, zapach w powietrzu jest nieznośny. „Ja widziałam powstania część, jak ludzie ginęli (…) matka tego nie widziała, była po wschodniej stronie, jakiś pułkownik chciał się z nią żenić, potem przyjechał Józek. Tak że jej życie było nierównoległe z moim. Było innym życiem”.

Oja zostaje z nimi, bo nie ma dokąd iść.

Do Warszawy ze Lwowa przyjedzie przecież tylko dla Krystyny, chociaż ma tam narzeczonego Władysława, są ponoć bardzo zakochani, on jest kelnerem, chce z Feliksą wziąć ślub. Ale kiedy Hanna pisze do niej o pomoc w opiece nad Krysią, rzuca wszystko, przyjeżdża. Mówi mu, że wróci, zostawia przecież we Lwowie mieszkanie, książki, wszystkie rzeczy, ale w głębi ducha chyba wie, że to koniec.

Dlatego Krystyna pytana, czy to Feliksa ją wychowała, odpowie: „Oczywiście (…) jej było nieprzyjemnie mnie oddać mojej matce. Bo Oja uważała: ja jej nie urodziłam, ale ja ją uratowałam, ja ją wychowałam, ja jej broniłam przed gwałtami, ja jej broniłam przed wszystkimi możliwymi”.

Krystyna Sigalin w 1957 r. w WarszawieKRYSTYNA SIGALIN W 1957 R. W WARSZAWIE FOT. ARCHIWUM MAŁGORZATY RYBUS, REPRODUKCJA MACIEK JAŹWIECKI / AGENCJA WYBORCZA.PL

TRZEBA SIĘ ZESZWEDZIĆ

Krystyna powie o czasie po wojnie wprost: „Moja pozycja była zerowa”. Życie, jakie wiedzie przedtem rodzina Sigalinów, jest nie od odbudowania. Dostaje się wprawdzie na politechnikę na wydział architektury, ale tego akurat nie chce („tylko moja matka chciała, żebym studiowała architekturę tak jak ojciec”), a jej marzy się technikum teatralne. Uczy się źle, tylko na rysunku może się wybić, talent do niego jest u niej rodzinny.

Hanna w tym czasie pracuje jako tłumaczka, jest zajęta, dużo zarabia, przez co córka nie dostanie stypendium na studiach. Krystyna ma wtedy jedne buty, które da jej koleżanka. Matka jeździ na urlopy zagraniczne: Rzym, Paryż, Bułgaria. „Ja byłam córką architekta z tego sławnego rodu Sigalinów, a żyłam gorzej niż wielu tych kolegów, co nie miało nic” – wspomni.

Nie będzie mieć satysfakcjonującej pracy, o własnej pracowni za komuny może zapomnieć. Pozna męża Chajkiela Pajesa, urodzi syna w 1958 roku. Krystyna zapamięta też, że matka „zmusi” ją po porodzie, by zamieszkała z nią na Rakowieckiej, „głównie dlatego, że bała się, że jeśli sama będzie mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu, to jej odbiorą na adres przydział”. I że prowadziło to do wielu niesnasek rodzinnych, ale o tym mówić nie chce. Spędzą dziesięć lat w dwóch pokojach w czwórkę z małym dzieckiem. Aż przyjdzie 1968 rok i dla rodziny zrobi się w PRL za ciasno. Choć „czuje się nadzwyczaj związana z Polską”, podejmują decyzję o emigracji, kierunek Szwecja.

Gdy powstaje pomysł na tekst, Krystyna Sigalin, po mężu Pajes, nadal żyje. Mieszka w miasteczku Västerås. Zanim uda się z nią skontaktować, w październiku 2023 roku odejdzie. Wiele wiem dzięki Przemysławowi Kanieckiemu, pracownikowi POLIN, który odwiedzi ją siedem lat wcześniej. To z ich spotkania pochodzi większość cytowanych słów wówczas 86-letniej Krystyny.

Widać z rozmów, że momentami bywa dla Hanny niesprawiedliwa, ale przemawia przez nią ból.

Powie, że próbowała po obozach i robotach z matką rozmawiać, ale ta mówiła tylko: „Nie męcz mnie”. Chajkiela jej przeżycia też nie interesowały, bo miał własne. „Mnie nikt nie słuchał, więc ja żyłam sama” – powie.

Na emigracji znowu zaczyna od zera, pracuje w muzeum. O pierwszych latach: „Byłam zadowolona, ale nie szczęśliwa”. Dlatego będzie próbowała się „zeszwedzić”, pierwszą samodzielną wystawę zrobi dwie dekady po przyjeździe. W pracy nikt nie wie, jakie ma za sobą przeżycia, że wielokrotnie cudem uniknęła Zagłady. Nie pisze pamiętnika, o przeszłości nie rozmawia, a jak przyzna, „niestety żyję wojną”, „(…) trupy, powinnam to wyrzucić z pamięci, ale nie mogę, to na mnie ciąży i będzie ciążyło do reszty życia”. Raz w Szwecji na początku XXI wieku anonimowo udzieli wywiadu lokalnej gazecie. Chce, by tekst miał tytuł: „Wszystko płonie w mojej głowie”.

Kiedyś rozumiała ją tylko Oja, ale przecież Oi też już nie ma.

DRZEWKO W PEWNEJ ALEI

W wielu momentach rozmowy, gdy Krystyna nie może przypomnieć sobie dat czy miejsc, mówi: „To będzie Małgosia wiedziała”. To imię pojawia się też w rozmowach, które prowadzę, zanim zdecyduję o Sigalinównie napisać. Kim jest? To córka Feliksy Szulc, po mężu Rybus.

Gdy spotkamy się w jej domu na warszawskiej Pradze, Małgorzata Rybus powie m.in.: – Chcąc nie chcąc, byłam przez lata zaangażowana w historię rodziny Sigalinów. Można powiedzieć, że jestem tej historii strażniczką. Krystyna w opowieściach mamy była, odkąd pamiętam, w moim życiu też. Często jeździłyśmy do nich na Rakowiecką. To był drugi dom. Traktowałam Krystynę jak siostrę, chociaż wiedziałam, że nią nie jest. Była między nami taka bliskość, że nie mogłam myśleć inaczej. Czy ona też? Trudno powiedzieć.

Kiedy była już na studiach, pokazywała mi sztukę, architekturę, książki. Moje zainteresowanie kulturą jest od niej. Widziała pani jej rysunki? Ponure, drastyczne.

Obozy, selekcje, musiała czuć się w tym osamotniona. To siedzi jak cierń w człowieku, cały czas.

To, że była Żydówką, do marca ’68 do mnie nie docierało, była, to była, co z tego. Dopiero po antysemickich wystąpieniach władz dotarło do mnie, że być w Polsce to nadal jest dla niej zagrożenie. Choć decyzja o wyjeździe złamała mi serce. Czy płakałyśmy? No pewnie. Ona była skłonna zostać, gdyby nie syn. Nie chciała, żeby w szkole cierpiał, dzieci mu dokuczały, poniżali nauczyciele. Gdyby nie to, może by się nie zdecydowała.

Co mnie zasmuca, to że ta konieczność czy wybór wyjazdu, jakkolwiek to nazwać, zamknął Krystynie drogę do kariery, którą mogłaby mieć tutaj. Nie pamiętam, by kiedykolwiek powiedziała, że wyjazd był błędem, ale że nie chciała wyjeżdżać, tak. Potrzeba zadbania o dziecko wygrała z jej aspiracjami. Przeszła nad nową rzeczywistością do porządku dziennego, ale cierń na pewno pozostał. Dużo tych cierni. Wojna, ukrywanie się, rozłąka z matką, potem wyjazd, kłopot ze zasymilowaniem się, pracą.

Krystyna wprost przy jakiejś rozmowie powiedziała, że dobrze jest mieć dwie matki. Jestem pewna, że Hannie musiało być trudno z tym, że nie może córce zapewnić należytej opieki. Ale Hanna miała tzw. zły wygląd.

Łatwo było w niej na ulicy rozpoznać Żydówkę, dlatego rozdzieliła się córką.

Hanna była też świadoma, że Feliksa to jedyna osoba, dzięki której Krysia może przeżyć wojnę. Myślę, że dlatego później mnie wzięła pod swoje skrzydła. Zabierała mnie na spacer do Łazienek, na ciastko do Domu Jabłkowskich, gdzie na parterze mieściła się kawiarenka dla dzieci, krzesełka były takie z serduszkami w zakopiańskim stylu. Pojechałyśmy też raz do Kazimierza, pachniało wtedy suszonymi śliwkami, orzechami. Ona chciała chyba dać mi trochę miłości, której nie miała okazji okazać Krysi.

SĄSIEDZI

Kiedy zaczęłam zdawać sobie sprawę, że to, co zrobiła mama, było aktem odwagi? Jakoś w okolicach marca 68′, wcześniej do mnie nie docierało, że opiekując się Krysią i podając ją za własną córkę, ryzykuje życie. Mama sama nigdy w ten sposób nie mówiła, uważała, że zachowała się po prostu tak, jak było trzeba. I że musiała zaopiekować się Krystyną, bo nie mogłaby spojrzeć Romanowi w oczy, gdyby coś się jej stało. Pani dopytuje o jej strach – nie wiem, czy się bała. Najważniejsze było dla niej, by postąpić jak należy, nie zastanawiać się, czym to grozi. Gdy się człowiek zastanawia, pojawiają się opory, zahamowania, wolała ich nie mieć.

Dlatego gdy dowiedziała się od Krystyny i Chajkiela, że wystąpili do Yad Vashem o medal sprawiedliwej dla niej, nie była zadowolona.

Od razu powiedziała: „Nigdzie nie jadę”. Pewnie nie czuła się fizycznie na tyle dobrze, by się udać w daleką podróż, ale i nie wyobrażała sobie siebie w roli bohaterki. Krystyna zresztą powiedziała o mamie, że „nigdy nie używała wielkich słów ani nie była wylewna, ale zawsze robiła, co trzeba”.

Ostatecznie do Jerozolimy pojechałam ja. Ja sadziłam drzewko. Wielkie, wielkie wzruszenie. Raz, że rośnie tam dla mojej mamy. Dwa, że ich więź nie skończyła się wraz z Holocaustem. Jestem szczęściarą, że mogę mieć tak bliski kontakt z Krystyną i jej bliskimi. Czasem się śmieję, że wśród Pajesów i Haftków jestem nawet bardziej rodzinnie traktowana niż u własnych krewnych.

Mama odeszła nagle, w ciągu paru minut. Szok. Cały dzień byłyśmy razem, normalne sprawy, jedzenie, zakupy, karmienie ptaków i kotów na podwórku, jak miała w zwyczaju. Wieczorem kolacja, jakaś telewizja, poszłam pozmywać. Wracam, mama jakaś taka dziwna. Pytam: „Źle się czujesz?”, chcę wezwać pogotowie, ale macha ręką, że nie trzeba.

Wtedy zauważam, że nie może oddychać, ale gdy przyjeżdża karetka, jest już za późno.

Napisali w karcie zgonu „miażdżyca uwielokrotniona”. Miała 89 lat.

Zastanawiałam się, skąd miała tyle mądrości życiowej w sobie, i nadal nie wiem. Jej ojciec był prostym człowiekiem, matka umarła, gdy była dzieckiem, a macocha była analfabetką. Od najmłodszych lat opiekowała się przyrodnim rodzeństwem. Nie skończyła żadnej szkoły, a jako niania pracowała od 13. roku życia. To się jej potem przydało. To było, już jak przenieśli się spod Grójca do Warszawy, wie pani, gdzie zamieszkali? Na obecnym Muranowie. Później to był teren getta. Dorastała w otoczeniu Żydów, jej bracia bawili się z chłopcami na podwórku w jidysz, czasem sąsiedzi ich prosili, by im w szabat z piekarni przynieśli czulent. Może dla niej Żydzi to byli ludzie z sąsiedztwa po prostu? A jak nie pomóc sąsiadowi? Komuś, kogo przecież znasz i lubisz?

Dziękuję Przemysławowi Kanieckiemu z POLIN oraz Monice Taras z ŻIH-u za pomoc w wyszukiwaniu materiałów dotyczących Hanny i Krystyny Sigalin.

Napisz do autorki: paula.szewczyk@agora.pl

Paula Szewczyk – reporterka „Wysokich Obcasów”, pisze na tematy społeczne. Nominowana do nagrody Grand Press w kategorii „reportaż prasowy”, autorka książki „Ciała obce. Opowieści o transpłciowości”. W 2023 roku nagrodzona „Koroną Równości” w kategorii „media”. Z wykształcenia polonistka, z pochodzenia rzeszowianka. Mieszka w Warszawie

„Ja ją wychowałam, ja broniłam przed gwałtami”. Niani trudno było uratowaną z Zagłady dziewczynkę po wojnie oddać matce

Paula Szewczyk

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.