
Nie wszystek umrę
Spacerowym kroczkiem, z psem na smyczy i w kagańcu, szedłem przed siebie kompletnie wyludnioną Aleją Solidarności, gdy nagle stanął przede mną zabytkowy budynek Warszawskiej Opery Kameralnej. Skoro już byłem tak blisko, nacisnąłem na klamkę drzwi frontowych. Ku mojemu zdziwieniu, drzwi ustąpiły. Wszedłem przeto do środka.
Daleko nie uszedłem. Już w westybulu jak wryty stanąłem przed ścianą. „Ściana Kulmów. Joanna Kulmowa 1928 – 2018 , Jan Kulma 1924 – 2019”. Rzuciłem okiem na fotografie , na książki i bibeloty w gigantycznej gablocie. Omiotłem gablotę wzrokiem w poszukiwaniu wiecznego pióra „Shaeffer”. Bez okularów nie mogłem odczytać podpisów pod zdjęciami, ale to nic nie szkodzi, bo właśnie pojawił się odźwierny. Oświadczył, że teatr z powodu pandemii jest zamknięty i z całą delikatnością wyrzucił mnie za drzwi, gdzie uwiązany do drzewa czekał na mnie pies.
Ścianę upamiętniającą dwoje artystów, zmarłych na pięć minut przed nadejściem mrocznej epoki koronarowirusa, ufundował teatr muzyczny z błogosławieństwem ministra dziedzictwa narodowego. Dokonałem znamiennego skrótu w nazwie resortu profesora Piotra Glińskiego, ponieważ dyrektorka WOP dr hab. Alicja Węgorzewska-Whiskerd w mowie na otwarcie „Ściany”, czy też raczej na jej „odsłonięcie”, użyła osobliwych sformułowań:
„Pamiętamy, że blisko 60 lat temu, to właśnie Państwo Kulmowie wraz ze Stefanem Sutkowskim, Zofią Wierchowicz, Juliuszem Borzymem i Andrzejem Sadowskim powołali cenioną dzisiaj na całym świecie instytucję kultury, jaką jest Warszawska Opera Kameralna. Stąd miejsce upamiętnienia nie jest przypadkowe. Niech przywołuje dzisiaj i w przyszłości pamięć tych, których Polska inspirowała do działania.”
Tak nie wysławia się żaden z wymienionych artystów. Aktorów, śpiewaków, reżyserów operowych do działania inspiruje konkretna, widoczna ze sceny widownia, a nie jakaś abstrakcyjna Polska. Dr hab. Alicja Węgorzewska-Whiskerd przemawia tutaj patriotycznym slangiem ministra Glińskiego. Ciekawe, dlaczego „Ściana” wraz z Kulmami nie upamiętnia pozostałych ojców założycieli? Bez wątpienia Warszawską Operę Kameralną wykoncypował i powołał do życia Stefan Sutkowski, jej dyrektor od samego początku, aż do swojego osiemdziesiątego roku życia, i to on zaprosił do współpracy wybitnych artystów, między innymi Joannę i Jana Kulmów. Westybul ma cztery ściany, ale na sześćdziesięciolecie istnienia i działania Warszawskiej Opery Kameralnej, które upłynęło w maju 2021 roku, to właśnie Stefan Sutkowski powinien być uhonorowany zagospodarowaniem pierwszej z nich. Potomkowie ojca założyciela nie chcą się na ten zaszczyt zgodzić?
Rządząca od roku „Koalicja 15 Października” nie potrafi sformować listy przedsiębiorstw, które wzbogaciły się na wpuszczeniu przez Dobrą Zmianę milionów ton ukraińskiego „zboża technicznego”, co zdemolowało polski rynek zbożowy i podkopało gospodarkę rolną Rzeczypospolitej. Tusk przed objęciem teki premiera zobowiązywał się do ogłoszenia takiej listy już w pierwszych dniach rządów! Nikczemnie przypuszczam, że Tusk nie dotrzymuje słowa tylko dlatego, że na takiej liście musiałoby się znaleźć wielu bliskich akolitów premiera. Z tej przyczyny tym gorliwiej wziął się do wymiany kadry w branży kultury wysokiej i niższej kultury fizycznej. W Totalizatorze Sportowym korzystnie wymienił całe pisowskie kierownictwo na ludzi związanych z koalicją 15 października. Szkoda tylko, że uczynił to bez przeprowadzenia regulaminowych konkursów na intratne stanowiska, jak gdyby na wzór i podobieństwo tego, co bezczelnie czyniła Dobra Zmiana.
W Warszawskiej Operze Kameralnej w odstawkę poszła dyrektor Węgorzewska- Whiskerd. Jestem przekonany, że ta znakomita śpiewaczka i niezła akademicka nauczycielka muzyki, szybko nauczyłaby się slangu Bartłomieja Sienkiewicza, krótkoterminowego ministra kultury po Piotrze Glińskim, gdyby tylko daną jej taką szansę.
Uroczystości otwarcia „Ściany Kulmów” nie odnotowało żadne z mediów nurtu liberalnego. Natomiast na patriotycznym portalu niezależna.pl zamieszczono nadzwyczaj szczegółową relację. Najpierw było wystąpienie dyrektor Węgorzewskiej, która odczytała zgromadzonej publiczności list laudacyjny ministra Glińskiego. Potem Jan Kulma przeciął wstęgę i udzielił kilku wywiadów. Zacytujmy portal niezależna.pl:
«Jan Kulma podczas otwarcia ściany przyznał, że wszystkie jego dokumenty są fałszywe, ponieważ jest w nich zła data urodzenia. „Jak wychodziłem z Powstania Warszawskiego to nie miałem dowodu, wyrobiono mi fałszywy. Zresztą wszystkich, którzy wychodzili z Warszawy przez Lasy Kabackie bez dowodu, odmładzano o trzy, nawet o pięć lat, żebyśmy nie poszli do wojska. A potem już tak zostało. Mam w dokumentach wpisany rok 27, a ja jestem 13 grudzień 1924” – opowiadał. „Żyję z fałszywą datą, ale na grobie będę prawdziwy” – żartował.»
Sprawdziłem. Na grobie rzeczywiście figuruje prawdziwa data urodzin. Pomnik jest skromny, ale obok kamienia stała śliczna spiżowa ławeczka , a na niej siedziały dwie postaci Joanny i Jana, wyrzeźbione i odlane w metalu przez profesora Mariana Koniecznego. Mielibyśmy więc w Warszawie co najmniej dwa pomniki autorstwa słynnego krakowskiego rzeźbiarza ; gigantyczną Warszawską Nike przy tunelu Trasy W-Z i miniaturową rzeźbę obojga Kulmów na Cmentarzu Wolskim. Jednakoż ławeczka tylko pozowała do fotografii i przed kamerami telewizyjnymi, a potem w tajemniczych okolicznościach zniknęła!
Jak już pisałem wcześniej: „Marian Konieczny nie miał czasu na głupstwa. Rzeźbił wyłącznie pomniki ludzi wielkich i upamiętniał zbiorowe polskie bohaterstwo. W 1977 roku był przewodniczącym Komitetu Budowy Pomnika Stanisława Wyspiańskiego i to on ogłosił konkurs dla artystów. Nie przyznano wtedy pierwszej nagrody, dlatego dwa lata później zorganizowano kolejny konkurs, w którym zwyciężył warszawianin Jan Kucz, uzyskując sześć na dziewięć możliwych głosów jurorów. Jednak, zgodnie z decyzją Komitetu, do realizacji skierowano projekt Mariana Koniecznego, który otrzymał tylko jeden głos.
Ludzie wielcy, giganci polskiej kultury i sztuki, nie są wolni od próżności i pychy , trzeba umieć im to wybaczyć. Pomnik Wyspiańskiego jest jednak piękny i zdobi Kraków już od połowy wieku. A o monumentalnych dziełach Jana Kuczy słychać mało. Mogło być i tak, że projekt Mariana Koniecznego był piękniejszy od pracy konkursowej Jana Kuczy, tylko krakowskie jury nie za bardzo kochało rektora miejscowej ASP.”
Jan Kulma też miał kłopot z kolegami artystami, bo na scenę WOK w jego reżyserii wchodziły prawie wyłącznie opery z librettami Joanny Kulmowej. Reżyseria sprzedawana była z librettem w jednym pakiecie. Kulmowa miała już za życia kilka szkół swojego imienia, toteż Jan wymyślił dla małżonki osobliwy sposób upamiętniania. Przed laty uczcił oboje Kulmów „Salą Strumiańską”, takim małym muzeum Kulmów w Gmachu Głównym Biblioteki Uniwersytetu Szczecińskiego. Po upływie lat, tu ż przed własną śmiercią, upamiętnił żonę „Ścianą Kulmów” w westybulu WOK. Tym sposobem także on sam został należycie upamiętniony.
Na fotografiach „Sali Strumiańskiej im. Joanny i Jana Kulmów” dwa przedmioty rzucają się natrętnie w oczy – szabasowy świecznik siedmioramienny, który przypominał Joannie o jej etnicznym pochodzeniu, i stojąca lampa naftowa z karraryjską kolumną i kutym w mosiądzu postumentem, przywodząca wspomnienie szczęśliwego dzieciństwa w magnackim pałacyku Landsbergów, lecz kupiona przeze mnie za grosik od inżyniera Wacława Tabenckiego, kolekcjonera starożytnych samochodów wyścigowych. W szczególnym dla nas wszystkich dniu 13 grudnia, „w dziewięćdziesiątą czwartą rocznicę urodzin Jana Kulmy i na 66- lecie ślubu Kulmów, w Szczecinie „Salę Strumiańską” w starożytnym gmachu uniwersyteckiej Biblioteki Głównej przemianowano na „Salę Joanny i Jana Kulmów”. Jak powiedziała biografka poetki, prof. dr hab. Zofia Chęcińska – „Zmiana jest zgodna z wolą niedawno zmarłej Joanny Kulmowej, doktora honoris causa Uniwersytetu Szczecińskiego. Trudno było nazwać salę za życia poetki salą Joanny Kulmowej”.
Kulmowie nawet pośmiertnie w wyrażaniu swej woli są jednomyślni. Jeśli trudno było za życia Joanny muzeum strumiańskie nazwać salą Kulmowej, to dlaczego po jej śmierci, ale na pół roku przed zgonem małżonka, ochrzczono salę także imieniem Jana Kulmy? Jeśli nie stało się to z braku oporu powściągliwej i dobrze wychowanej panienki z bardzo dobrego domu żydowskiego fabrykanta włókienniczego, kustoszka tego obiektu muzealnego musiała ulec nieustępliwej presji wielce zapobiegliwego autora „Dykteryjek pośmiertnych” i „Dykteryjek przedśmiertnych”, a także „Dykteryjek przedśmiertnych poprawionych”.
Dlaczego jednak uroczystej zmiany nazwy „Sali strumiańskiej”dokonano właśnie w dniu 13 grudnia, w dniu jubileuszowym Jana Kulmy, który „jak wszyscy bojownicy wychodzący z Powstania przez Lasy Kabackie, miał dokumenty ze sfałszowaną datą urodzin”? W ten sposób z małżeństwa Kulmów uczyniono „koalicję 13 grudnia”, czego wnuczka żydowskiego magnata włókienniczego z Tomaszowa Mazowieckiego już absolutnie za życia nie mogłaby akceptować. Jeszcze gorzej jest z jubileuszem ślubu. Nie można bowiem zapominać, że przez pierwsze trzydzieści lat szczęśliwego związku, Żydówka Joanna żyła z Janem w bezwyznaniowym konkubinacie i dopiero po przyjęciu chrztu przystąpiła do ślubu przed katolickim ołtarzem.
I stało się, jak się stać musiało. W 79 rocznicę Powstania Warszawskiego Jan wdział na siebie najlepszy garnitur, przypiął do klapy marynarki baretkę Krzyża Powstańczego i wózkiem inwalidzkim udał się na Plac Krasińskich. Pod ostentacyjną nieobecność Wandy Traczyk-Stawskiej, pseud. „Pączek”, z czuprynką rozwianą przez wiatr i z malowniczą siwą brodą, maestro Kulma był obiektem najchętniej fotografowanym przez reporterów gazetowych i to na niego najczęściej popatrywała kamera rządowej TVP-Info, gdy on wsłuchiwał się w płynące z trybuny słowa prezydenta Andrzeja Dudy.
Tego samego dnia po południu Jan Kulma zaszczycił spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą w Muzeum Powstania Warszawskiego. Zasiadł, jakżeby inaczej, w pierwszym rzędzie krzeseł, dzięki czemu uwieczniono go na licznych fotografiach prasowych. Prezydent mówił, mówił, ale słowa nie docierały do Jana, ponieważ ulatywał myślą do tych tragicznych chwil w Ogrodzie Botanicznym, kiedy z trwogą w sercu czekał na rozkaz ataku. Słyszał, jak wtedy przed laty, poświst opadających na dach „Gestapo” w alei Szucha grantów, wystrzelonych z angielskiego moździerza. Słyszał poświst i szykował się do skoku na żeliwny parkan, ale nie usłyszał i nie poczuł pod nogami eksplozji dwu min, podłożonych pod ogrodzenie przez plut. pchor. „Kmicica”?
Wpisałem hasło „Jan Kulma” do internetowej wyszukiwarki nazwisk ze szczegółowej listy bojowników, sporządzonej przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Kliknąłem i wyskoczył mi «p. por. Stanisław Kulma, pseud. „Siwek”». Jan Kulma na liście Powstańców nie figuruje. Jan Kulma nie ma w spisie nawet swojego pseudonimu i to jest dla naszego chrześcijańskiego dziedzictwa narodowego prawdziwy dramat.
Jakub Kopeć
Wszystkie wpisy Jakuba TUTAJ
Kategorie: Uncategorized

