Uncategorized

 Oddaj mi wstęgę błękitną


Jakub Kopec

 Przed bez mała półwieczem  Nauczycielska Spółdzielnia Budowlano –Mieszkaniowa z siedzibą w Warszawie przy ulicy Siennej, na nowym „Osiedlu Ruda” przyznawała mieszkania własnościowe przede wszystkim nauczycielom, ale częściej byli to wykładowcy akademiccy, niźli nauczyciele szkolnictwa powszechnego. Nie tworzono jednak enklawy zasiedlonej głównie przez wysoko wykształconą żoliborską inteligencję pracującą. Znaczna część mieszkań dostała się technikom i robotnikom z położonej tuż za Laskiem Bielańskim Huty Warszawa, lub też z usytuowanej tuż za Wisłą, pracującej pełną parą na trzy zmiany Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu. 

    Dzięki skrupulatnej polityce mieszkaniowej, unikającej tworzenia gett lokatorskich w nowo wybudowanych budynkach, w bloku nr 34, w lokalu sąsiadującym przez ścianę z mieszkaniem Antoniego Macierewicza,  młodego akademika z Uniwersytetu Warszawskiego, rezydował pracujący na szaro krawiec damski. Klekot nożyc krawieckich i terkot maszyny do szycia stanowił najdoskonalszą zagłuszarkę, profesjonalne „szumidełko”, uniemożliwiające podsłuchiwanie i rejestrowanie konspiracyjnych rozmów w naszpikowanym elektronicznymi pluskwami lokalu redakcyjnym „Głosu”, naczelnego organu Komitetu Obrony Robotników. A przecież, według wykładni historycznej Instytutu Pamięci Narodowej, KOR to była założona przez Antoniego Macierewicza organizacja wywrotowa, która w ciągu kilkunastu lat swojego pracowitego i bohaterskiego istnienia doprowadziła do rujnacji najpierw najweselszy barak w  obozie  socjalistycznym, a następnie zniszczyła też cały obóz.

     Ja, lokator mieszkania na piętnastym piętrze w bloku Klaudyny 16, bez najmniejszej żenady mogę podawać do wiadomości publicznej utajnione przez prawo miejsce zameldowania Antoniego Macierewicza, ponieważ akurat ten spółdzielca z osiedla „na Rudzie”, jako były minister wojny w rządzie Dobrej Zmiany, dożywotnio wziął na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo Rzeczypospolitej, zagrożonej przez wojnę hybrydową Putina. Dopóki trwał na stanowisku ministra, Antoś miał  zapewniony bezpieczny azyl w ukrytym głęboko pod ziemią schronie ze stanowiskiem dowodzenia, odziedziczonym po siłach zbrojnych Układu Warszawskiego. Teraz sprzed jego bloku zniknęły zielone pojazdy Żandarmerii Wojskowej i z tego powodu nie wiem, czy ojciec założyciel KOR nadal mieszka po proletariacku w moim  sąsiedztwie,  czy też jako czołowy przedstawiciel  Nowych Elit przeprowadził się  już do jakiegoś apartamentowca.

      Ochrona danych osobowych profesora Adama Manikowskiego, byłego dyrektora naczelnego Biblioteki Narodowej, też nie ma wielkiego sensu, bo chociaż mieszkał on wraz ze swoją małżonką, profesor zwyczajną w PAN  Haliną Manikowską, z córeczką Ewą i synkiem Jurkiem w trzypokojowym mieszkaniu pod adresem Klaudyny 38, to przecież już przed wieloma laty państwo Manikowscy, ci najwybitniejsi na Klaudynowie mediewiści z Uniwersytetu Warszawskiego, przenieśli się z dziećmi do dwupoziomowego mieszkania w bloku przy Klaudyny 12, po czym prawie natychmiast umknęli do słonecznej Italii, gdzie studia nad wiekami średnimi w dziejach chrześcijańskiej Europy przynoszą więcej pożytku.

    Wszystko na blokowisku przy ulicy Klaudyny nosiło cechy typowe, a najbardziej typowymi mieszkańcami osiedla w czasach, kiedy młodzi akademicy chodzili jeszcze w połatanych portkach, byli właśnie oboje Macierewiczowie  i profesorostwo Manikowscy. Zarówno Antoni , jak i Adam, dwaj wybitnie uzdolnieni studenci, natychmiast po zdobyciu magisterium zatrudnieni zostali na etatach asystenckich Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Połatane portki naszych ambitnych naukowców to oczywiście tylko metafora, bo obaj, podobnie zresztą jak ich uczone małżonki, chodzili schludnie odziani w spodnie i kurtki dżinsowe, dostępne jedynie za dolary w sklepach Pewexu lub Baltony.

   Och, jakże wszyscy my, pierwotni lokatorzy „Klaudynowa”, byliśmy zadowoleni z życia, wręcz szczęśliwi!  Społeczeństwo mieliśmy absolutnie bezklasowe. Jeśli komuś powodziło się lepiej i miał w łazience pralkę automatyczną, to bez wstrętów można było takiemu posiadaczowi, nie ważne – minister to w resorcie kultury, czy prosty aktor z Teatru Narodowego – podrzucać od czasu do czasu węzełek z brudną bielizną. Każdego będzie kiedyś stać na zakup dowolnego sprzętu AGD, gdyż talony na lodówki, telewizory, a nawet samochody, sprawiedliwie rozdzielano w myśl zasady „każdemu według zasług”. Pisał święty Paweł w Listach do Koryntian o ładzie komunistycznym w pierwszych gminach chrześcijańskich: „A ten, kto nie pracuje, niech też nie je”. 

   Na przykład ja zawsze w porę otrzymywałem talon na długo wyczekiwany przedmiot marzeń. Automatyczną pralkę kupiłem wprawdzie bez talonu za całą nagrodę konkursową  miesięcznika „Literatura”, lecz stało się to w najwłaściwszym czasie, kiedy córeczka dostarczała jeszcze każdego dnia kilkanaście pieluch tetrowych do automatycznej obróbki z użyciem enzymatycznego proszku „Ixi”. Niezawodną jugosłowiańską pralką „Gorenje” ustawicznie zalewałem lokal profesora dr hab. Andrzeja Sicińskiego, mieszkającego piętro niżej pode mną. Trzeba powiedzieć, że czyniłem to z cyniczną perfidią, jakby w przewidywaniu, że za lat kilkanaście mój uczony sąsiad zostanie ministrem kultury w rządzie sformowanym przez premiera Jarosława Kaczyńskiego.  

    Talon na samochodzik małolitrażowy „Fiat 126 p” otrzymałem z niejakim wyprzedzeniem moich dopiero budzących się motoryzacyjnych potrzeb, na kilka miesięcy przed przeprowadzką z wynajmowanego apartamentu przy Tamce do blokowiska przy Klaudyny.  Kiedy tylko swoim samochodzikiem przewiozłem elementarne sprzęty do nowego własnościowego mieszkania, już nazajutrz mogłem wozić potomstwo zarówno magistra Macierewicza, jak i doktora Manikowskiego, z państwowego przedszkola w „Le Corbusier” przy ulicy Mickiewicza do odległych o kilometr naszych bloków przy ulicy Klaudyny. Byłem o kilka lat starszy od obu naukowców i było w pełni zrozumiałe, że Adam  na talon motoryzacyjny nie zdążył jeszcze zapracować. Antoni, natomiast, był tak silnie zaangażowany w działania wywrotowe KOR, że raczej uwięzienia mógł był się spodziewać, niźli uzyskania awansu do klasy ludzi zmotoryzowanych. 

   Ach, jakże miło powspominać tamte dawne czasy, gdy wszyscy byliśmy młodzi, a osoba ojca założyciela KOR, wydawała się nam wszystkim tak bliska. No cóż, bliskość przeminęła z wiatrem, a posiwiały i przygięty ku ziemi przez starość,  nasz przyjaciel Antoś umyka teraz  przed ścigającymi go siepaczami premiera Donalda Tuska w rozpaczliwym rajdzie samochodowym po ulicach lewobrzeżnej Warszawy.  I chociaż Antoś w ciągu jednego dnia trzykrotnie wymienia limuzyny wyposażone w potężne silniki z turbo-dopalaczami, to jakie ma szanse˛w ucieczce przed psami  gończymi, osaczającymi go od przodu i od tyłu w policyjnych folkswagenach z wrzaskliwymi i rzygającymi niebieskim światłem kogutami osadzonymi na dachach?  Było oczywiste, że te uliczne wyścigi zakończą się pięćdziesięcioma punktami karnymi dla kierowcy pozbawionego asysty komanda Żandarmerii Wojskowej. A do odebrania prawa jazdy wystarczają dwadzieścia cztery punkty karne na indywidualnym koncie.

    Pracowałem drzewiej w „Kulturze” na etacie reportażysty. Miałem auto i liczne wynikające z tego przywileje propagandysty gierkowskiej Dobrej Zmiany, ale naprawdę nie wywyższałem się ponad marnie opłacaną klasę nauczycieli akademickich. Zasiadałem na przedzie za kierownicą. Obok mnie jakoś upychał się Adam, chłopisko słusznego wzrostu.  Na tylnej kanapce, obliczonej na dwa przeciętnie wychudzone tyłki, sadzaliśmy trzy dziewczynki w wieku „zerówkowym”, z moją sześcioletnią Magdą po środku ze względu na optymalizację wysiadania. Nie obawiałem się mandatu, bo jeszcze nie istniały foteliki do bezpiecznego przewozu niedorostków, a milicję mieliśmy szczególnie życzliwą dla dzieci. Miałbym się jednak z pyszna, gdybym natknął się na stójkowego, a na miejscu zajmowanym przez spolegliwego Adama, siedziałby sobie wywrotowiec Antoni! Ale tak się szczęśliwie składało, że zabierałem Olę Macierewiczównę do malucha tylko wówczas, gdy jej tatusia na sakramentalny czterdziestoośmiogodzinny pobyt w areszcie zabierała sprzed domu esbecka suka.

     I komu przeszkadzała umowa społeczna, w której wywrotowiec Macierewicz, dyrektor Biblioteki Narodowej Manikowski i propagandysta sukcesu epoki gierkowskiej nazwiskiem Kopeć, żyli pospołu w koleżeńskiej harmonii na blokowisku „Klaudynowo”? Nie było istotnych różnic stanu posiadania, czy też prestiżu z racji sprawowanych funkcji. Zgrzytem był Marzec 1968 roku, ale Adam pozostał w kraju, chociaż jego ojca usunięto z zajmowanego stanowiska w szkolnictwie wyższym. 

   A teraz kandydat na kandydata w wyborach prezydenckich, szef dyplomacji Radek Sikorski, rzuca przedwyborczą obietnicę, że jak tylko zostanie prezydentem Rzeczypospolitej, pierwszą jego decyzją będzie odebranie Orderu Orła Białego Antoniemu Macierewiczowi. Jakież to szczęście, że Sikorski odpadł w przedbiegach, a największą szansę na zdobycie prezydentury ma aktualnie Rafał Trzaskowski, gospodarny mer nadwiślańskiej Stolicy. Pierwszą decyzją Trzaskowskiego będzie raczej uzbrojenie warszawskiego metra w wagon restauracyjny Mac Donalda, niźli odbieranie komukolwiek wstążek lub baretek.

   Prof. dr hab. Adamowi Manikowskiemu nikt orderu nie odbierze, bo po pierwsze mieszka bezpiecznie w słonecznej Italii, a po drugie jedynym jego odznaczeniem, jak informuje Wikipedia, jest Krzyż Oficerski Legii Honorowej przyznany mu w Paryżu w 1996 roku. Fi donc? – skomentujmy rzecz po francusku.

                                             Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.