Uncategorized

Numerant i numeraria


Jakub Kopec

    Cała Polska ściga jednego zabiedzonego polityka Marcina Romanowskiego, posła Zjednoczonej Prawicy i byłego wiceministra sprawiedliwości w rządzie premiera Morawieckiego. Psy gończe  Tuska i Bodnara zaglądają do szpitali,  pukają do bram klasztorów. Im głębiej zaglądają do dziur rozmaitych, tym bardziej nie ma tam poszukiwanego.

        Wszystkie rządowe tuby propagandowe krzyczą, że hańba, że polski były minister ucieka jak pospolity kryminalista. A przecież każdy zdrowy na umyśle osobnik, który nikogo nie zabił, nie ugodził nożem, ani też trwale  nie ukrzywdził w inny sposób człowieka poszczególnego, powinien uciekać gdzie pieprz rośnie, skoro chcą go zakuć w kajdany na lat dwadzieścia i pięć, czyli na całe aktywne życie. W takim przypadku  roztropne jest

 odłożenie   ćwierćwiekowej odsiadki  na czas emerytalny, lub też w ogóle ad  Kalendas Graecas. 

    Romanowski odnalazł się na Węgrzech, gdzie premier Orban udzielił mu azylu politycznego, jako osobie prześladowanej przez nielegalny reżim Tuska i Bodnara.

   Małostkowi Polacy nie chcą teraz pozwolić Romanowskiemu, żeby z azylu na Węgrzech kontynuował swoją misję w polskim Dziele Bożym na obszarze sejmu Rzeczypospolitej. Wolą, żeby nic nie robiąc, pobierał z kasy sejmowej należne diety i pensję poselską. I to jest różnica kultur. W Ameryce, na przykład, funkcję prezydenta może sprawować kryminalista skazany prawomocnie za machlojki podatkowe i zasadnie pomawiany o atak zbirów na Kapitol, sponsorowany przez byłego prezydenta, niezadowolonego z wyniku wyborów. Grzechy Romanowskiego są śmiesznie małe w porównaniu z tym, co ciągnie za sobą Trump. Jakby tego wszystkiego było mało, na bis Trumpowi przypisano też gwałt na gwieździe przemysłu pornograficznego… A tymczasem Romanowski pod względem seksualnym jest święty!

     Człowiek wolny stanowi wartość wyższą od człowieka zniewolonego za więziennym murem. Dlatego zawsze, gdy oglądam filmy sensacyjne, jestem całym sercem po stronie uciekających kajdaniarzy, a nie po stronie ich umundurowanych i uzbrojonych prześladowców. Tak było, kiedy Sean Connery uciekał z katowni Al Catraz. I całkiem podobnie  rzecz się miała, gdy Harrison Ford umykał przed wściekłym gliną w filmie „Ścigany”.

    Ja wiem, że będą mi mówić, iż Romanowski w niczym nie przypomina Seana Conerry, czy też Harrisona Foreda, że twarz ma nalaną, a oczy małe, maciupcie. Jest tak skonstruowany psychicznie, że wszelkim swoim zachowaniem byłby się w więzieniu tylko dopraszał o przemoc ze strony takich, jak on sam, uwięzionych nieboraków. Jako numerariusz Opus Dei, Romanowski ślubował czystość, ale czy to się zda na cokolwiek za kratami więzienia, gdzie od zboczeńców aż się roi?

   U Moniki Olejnik w TVN24 w przytomności posła Horały padły słowa, że Romanowski ucieka, ponieważ „dodał sobie lata, które mu grożą za to, co zrobił i wyszło mu, że jednak nie chce zgnić w więzieniu.  Teraz kiedy poseł Romanowski trafi już przed wymiar sprawiedliwości, zacznie sypać. A  politycy PiS bardzo się tego boją”. 

   Pisowski poseł Horała uporczywie powtarza, że działania prokuratury wobec zbiegłego winowajcy mają na celu jedynie odwrócenie uwagi od tego, jak żyje się Polakom za rządów Donalda Tuska. „A może niech pan poczyta o fakturach, o osobach prywatnych, które dostawały pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości i nie oszukuje widzów, że Marcin Romanowski jest święty” — stwierdziła wówczas zirytowana Olejnik.  „Proszę nie wkładać w moje usta słów. Ja w żaden sposób pana ministra Romanowskiego nie kanonizuję!” – stanowczo odpowiedział Horała.

      Zanim Romanowski dostąpi kanonizacji w Dziele Bożym, czeka go jeszcze żmudny proces beatyfikacyjny. Że dał sto milionów, przeznaczone dla ofiar przestępstw jakiemuś księdzu O., to jest czyn, za który spotka go chwała na Wysokościach. Ale dlaczego wciskał jeszcze pieniądze podatników pisowskim politykom?

     Jak dowiadujemy się, poseł Romanowski w hierarchii Opus Dei nie jest „rycerzem”, lecz tylko skromnym „numerariuszem”, sługą bożym, który ma obowiązek ofiarnej i sekretnej służby na rzecz duchowego panowania Wikariatu Generalnego nad terytorium Rzeczypospolitej. Numerariusz, w przypadku kobiety numeraria, niczego nie kradnie, wręcz przeciwnie wszystkie zarobione pieniądze , po zaspokojeniu niezbędnych potrzeb życiowych, oddaje Opus Dei. Dlatego Marcin Romanowski po wielu latach dobrze płatnej pracy w rządzie ma na koncie zaledwie trzydzieści tysięcy złotych oszczędności!

    Spotkałem w życiu tylko jednego osobnika świętego, który za młodu marzył o zawodzie księżowskim, a w wieku męskim tęsknił do życia klasztornego. I byłby może Jan  Kulma dokonał żywota w jakimś eremie, gdyby nie spotkał na swojej drodze poetki Joanny Cichockiej, znanej powszechnie jako Joana Kulmowa, córki magnata włókienniczego Aleksandra Landsberga, który miał dwie zelektryfikowane fabryki w Tomaszowie Mazowieckim, Żydówki ocalonej przed Holokaustem w klasztorze katolickim w zamian za solidną donację. Okrągłe trzydzieści lat Kulmowie przeżyli już zgodnie w związku małżeńskim, gdy  w 1991 roku w ich samotni strumiańskiej złożyli wizytę dwaj delegaci Pana Boga na Polskę, ksiądz prałat Stefan Moszoro-Dąbrowski i monsignore Raffaello.

    Graham Green potrzebował czterystu stron powieści „Monsignore Kochote”, żeby odmalować złowieszczą rolę Opus Dei we frankistowskiej Hiszpanii. Janowi Kulmie wystarczyła jedna kartka w „Dykteryjkach pośmiertnych” (Wyd. JJK, 2007) :

„Okazało się, że oni chcą nas zwerbować, więc musieliśmy powiedzieć NIE, choć przykro robić taki afront naszym gościom. Ksiądz Stefan był szczerze zdziwiony. Przecież Opus Dei to osobista prałatura Ojca Świętego, a my mamy bliskie kontakty z Janem Pawłem. On dobrze wie (ta organizacja wie wszystko!), że  nasz chór wiejski miał koncert w apartamentach papieskich, i że Radio Watykan nadało półgodzinny wywiad z nami, i że z naszym parafialnym teatrem dziecięcym jeździliśmy po kościołach w całej Polsce. Więc skąd nagle to NIE?
Czasami człowiek musi zrobić bliźniemu przykrość i powiedzieć co myśli. Powiedziałem więc, że Opus Dei kojarzy się z faszyzmem, że wyrosło ono razem z Generałem Franco i razem z eskadrami hitlerowskimi, które bombardowały Guernikę. A poza tym ostatnio przeczytałem piękną powieść pisarza katolickiego, Grahama Greene’a, który opisuje, jak to Boże Dzieło oplotło swoimi mackami Hiszpanię, jak dla tego Dzieła pracują kelnerzy, policjanci, sklepikarze  i nawet bileterzy w kinach.
Ksiądz Stefan wyjaśnił wszystko całkiem na odwrót. Że tylko dzięki Opus Dei wojna w Hiszpanii nie była tak okrutna, jak mogłaby być. Że  bombardowanie Guerniki to wymysł komunistów, a Picasso, który namalował ten paskudny obraz, to agent Rosji. No a Graham Greene? Tak, wspaniały pisarz, dobry katolik, ale źli ludzie głupstwa mu naopowiadali i książka jest niewypałem, paszkwilem. I jeszcze ksiądz Stefan dodaje z dumą: a teraz, po wojnie, wszystkie demokratyczne zmiany zostały wprowadzone przez ludzi Opus Dei. „Mamy ich w rządzie pięćdziesięcioro!”
Więc mówię, że to potężna partia. Okazuje się jednak, że nie ma takiej partii, że członkowie i poplecznicy Opus Dei działają w różnych partiach od lewicy do prawicy. Ach – mówię – taka masoneria. Nie, nie – cierpliwie tłumaczy emisariusz z Hiszpanii: „Masoneria działa podstępnie i judzi szkodliwie, a nasi ludzie przekazują wszystkim znak pokoju i dają przykład swoim nieskazitelnym życiem”.
Można powiedzieć, ze zgadzaliśmy się we wszystkim, tylko inne słowa podkładaliśmy pod to samo: to, co dla mnie brzydkie i brudne, dla nich było śliczne i nieskazitelnie czyste. W całej tej rozmowie najszczęśliwszy był ksiądz Rafael, który jeszcze nic po polsku nie rozumiał. I tak był zadowolony z tej wizyty, że przyjechał do nas parę razy. A potem już dostaliśmy karteczkę z Madrytu: został z Polski odesłany. Może to była kara za Strumiany?
A my, na naszym odludziu, naiwnie myśleliśmy, że ksiądz Moszoro-Dąbrowski nie zdziała wiele ze swoim Dziełem Bożym. Że przyjechał do Polski w złym czasie. To nie lata trzydzieste, kiedy świat grzęznął w faszyzmie, który miał zbawić świat przed bolszewizmem. I nie ma już w Polsce prasy lat trzydziestych, kiedy ton nadawały wydawnictwa wielkiego koncernu prasowego ojca Kolbego (ojca Rydzyka jeszcze nie było!). Tak martwiliśmy się o księdza Stefana, że niewiele w Polsce zdziała i niebawem, jak ksiądz Rafael, wróci z niczym do Hiszpanii. Jaki w nas drzemie bezmiar naiwności!
Ksiądz Moszoro-Dąbrowski ma piękny pałacyk w Warszawie, gdzie rządzi jako wikariusz generalny. Nie wiemy ilu ma swoich ludzi w rządzie, może pięćdziesięciu? Może więcej? Nie wiemy, którzy kelnerzy, policjanci, bileterzy, urzędnicy, posłowie należą do jego siatki. Kiedyś przypadkowo wymknęły się dwa nazwiska: Marek Jurek i Michał Ujazdowski są działaczami tej organizacji. O całej reszcie nie wiemy i wiedzieć nie będziemy.
Była u nas ekipa telewizyjna, robili wywiad z Joanną. Redaktorka (za Boga tego nazwiska nie podamy) przyznała, że przygotowała wstępnie cały materiał o Opus Dei. Konspekt musiał zatwierdzić sam prezes telewizji, a Walendziak napisał na otrzymanym konspekcie: „O Opus Dei ani słowa!”
Wszystko tak, jak było w Hiszpanii…”

   Jan  Kulma w „Dykteryjkach” jak gdyby przepowiedział niesłychaną karierę biznesową redemptorysty Ojca Rydzyka i pełną osobistych poświęceń służbę numerariusza 

Marcina Romanowskiego w rządzie premiera Morawieckiego. Jednak w opisie wizyty dwu hiszpańskich księży w Strumianach jest jakoś dziwnie nieszczery.  Byłoby o wiele lepiej, gdyby Kulma nie wpuścił przybyszy znad Ebro  do swojego domostwa, skoro nie potrafił powstrzymać się przed rzuceniem im w twarz obelżywych słów o frankistowskich zbrodniach , którym patronowała powołana  od hoc tajna organizacja Opus Dei. Czy monsignore Raffaello fatygowałby się kilkakrotnie do Strumian, gdyby nie wyczuwał bratniej duszy w osobie gospodarza i jego gotowości do służby Kościołowi?

    Stuprocentowo pewne, że córka żydowskiego magnata Landsberga powiedziała twardo NIE.  A może jednak Jan Kulma podpisał w Strumianach jakiś cyrograf, skoro natychmiast po śmierci swojej małżonki, poetki genialnej, nawiązał owocną współpracę z wysoko postawionym prorządowym i propisowskim pisarzem, który publicznie uskarżał się, że  bezpodstawnie jest nazywany faszystą i antysemitą?  Umizgał się też do prezydenta Dudy i zabiegał o łaski  ministra kultury prof. Glińskiego.

    Rządy upadają, a tymczasem  Kulma  otrzymuje pośmiertne zadośćuczynienie. Z okazji  stulecia  urodzin autora, przypadających na  dzień 13 grudnia 2024 roku, nakładem poznańskiego Wydawnictwa G&P, pod patronatem b. ministra Glińskiego ukazała się  książka Jana Kulmy pt. „Dykteryjki przedśmiertne wszystkie”. Gołym okiem widoczny jest w tym palec boży organizacji tajnej.     

                                                                          Jakub  Kopeć

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.