Uncategorized

Nie taka nauka mądra


Jan Hartman

Z nauką to jest jedno wielkie qui pro quo.

Transoceaniczne koczownicze plemię naukowców, przeciętnie biorąc, nie ma już ani manier, ani wykształcenia ogólnego. Nauka stała się bowiem rzemiosłem i profesją – duchowej strawy jej nie trzeba. To dobre dla amatorów. Dlatego lepiej tu nie wyjeżdżać z „kodem kulturowym”. Można się nie dogadać, i w dodatku wyjść na bufona przed Azjatą w laboratoryjnym kitlu.

Oprócz „być albo nie być” wspólnym elementem wykształcenia naukowców sześciu kontynentów (liczymy z Antarktydą) jest już tylko powiedzonko „publikuj albo giń”. Korporacje produkcyjne, którymi od dawna są już „jednostki naukowe”, generalnie zajmują się metodycznym i seryjnym wytwarzaniem artykułów naukowych. Trafiają one w ręce pośredników, czyli wielkich wydawnictw naukowych, które z łaski swojej sprzedają ten towar tym samym korporacjom, od których kupiły inne jego partie. A nawet nie kupiły, bo zwykle trzeba za opublikowanie czegoś słono zapłacić. Z tego osobliwego biznesu wydawnictwa ciągną miliony, a naukowcy i placówki naukowe „punkty”, które można wymienić na dotacje państwowe. System działa, a najlepiej czują się w nim ci, którzy wiedzą, jak robić mało, a publikować dużo. Jest na to wiele sposobów, często niezbyt uczciwych.

W ostatecznym rozrachunku cwaniacy mają się coraz lepiej, a poważni i rzetelni badacze żyją od ewaluacji do ewaluacji, bojąc się o swoje etaty. Lękają się też podpaść studentom, mogącym obsmarować ich w anonimowych ankietach. Generalnie praca wychodzi im bokiem, bo otrzymanie grantu jest jak wygranie losu na loterii, a wykładanie z zaangażowaniem to prosta droga do sporych nieprzyjemności.

Czemuż to dopadły nas te upokorzenia? Trochę dlatego, że uprawianie nauki nie jest produkcją, ale wymogi racjonalnego zarządzania oraz związki z biznesem wtłoczyły naukę w gorset korporacji. Są jednakże i głębsze przyczyny. Najważniejszą z nich jest utrata klasowego zakorzenienia nauki. Kiedyś nauka miała oparcie w entuzjazmie prywatnych uczonych o arystokratycznej bądź co najmniej burżuazyjnej proweniencji, którzy „poszukiwanie prawdy” dopisywali sobie do klasowego etosu, mając do dyspozycji kilka jego wersji: humanistyczną, oświeceniową albo technokratyczno-scjentystyczną. Dzisiaj nauka jest demokratyczna, uprawiana zespołowo i skrajnie stechnicyzowana. Z „nowoczesną Europą”, „etosem uniwersytetu” i „wykształceniem ogólnym” nie ma już wiele wspólnego. Etosowe zaklęcia są jak togi i birety – stanowią atawistyczny folklor, który poważnie traktują tylko żółtodzioby i emeryci.

Z nauką to jest jedno wielkie qui pro quo. Jest zupełnie inna niż w opowieściach popularyzatorów. Baśniowy świat pustych, acz nieskończenie gęstych czarnych dziur, bąblowatych wszechświatów, robaczkowatych strun i innych tam samolubnych genów jest świetnym PR dla nauki, tumaniąc i uwodząc nawet niektórych co bardziej romantycznych naukowców, tylko że z nauką ma on niewiele wspólnego. Bo nauka jest do bólu techniczna, matematyczna i specjalistyczna. No i coraz bardziej podporządkowana technologii. W ostatecznym rozrachunku chodzi o to, aby teoria naukowa prowadziła do obliczeń, a obliczenia – do projektów urządzeń, które robią to, czego się od nich oczekuje. Na przykład latają na Księżyc.

Inna prawda niż „sprawdzanie się teorii” nie jest nam do niczego potrzebna. Możesz sobie „wyjaśniać zjawiska”, ale to nikogo nie interesuje, jeśli za „wyjaśnieniem” nie idzie władza nad zjawiskami, a przynajmniej zdolność ich prognozowania. Ale gdy umiesz przewidzieć jakieś zjawisko, zwłaszcza takie „zaplanowane” w ramach eksperymentu lub obserwacji, to w nagrodę możesz nawet dać upust swoim talentom filozoficznym i opowiedzieć nam, co sądzisz na temat nicości albo nieskończoności. Związek kompetencji fizyka z kompetencjami metafizyka jest luźny, jednakże nagroda się należy: lekko wykształcony lud globalny wsłuchuje się w rozważania filozoficzne naukowca stokroć chętniej niż w teorie filozofów. Tak samo jest zresztą w sztuce. Kto by tam pytał filozofa estetyka, co to jest sztuka i piękno? „To logiczne”, że pytania takie zadaje się wybitnym artystom.

Nauka stała się tak techniczna, że przeciętny fizyk czy biolog nie zna się na „fizyce w ogóle” ani na „biologii w ogóle” i poza swoją wąską specjalizacją do pewnego stopnia skazany jest na legendy i opowieści podobne do tych, jakie serwują tzw. popularyzatorzy. A w sprawach natury filozoficznej typu „ogólna teoria wszystkiego”, „początek wszechświata”, „natura czasu” albo inna tam „istota życia”, oddaje się w ręce tych kolegów naukowców (na ogół emerytów), którzy mają w sobie żyłkę wizjonerów. Są filozofami amatorami, których autorytet wynika z tego, że zajmowali się jakimiś szczegółowymi sprawami w fizyce czy astronomii. Tyle że amatorami są właściwie wszyscy.

Paradoksalnie, im bardziej techniczno-profesjonalna jest nauka, tym bardziej jej społeczne i kulturowe funkcjonowanie przyjmuje formy typowe dla amatorstwa. Ów duch amatorstwa, grasujący zresztą od czasów antycznych, ogarnia również dydaktykę akademicką. Techniczne zaawansowanie realnej roboty naukowej sprawia, że studiując, w zasadzie mamy do czynienia z jakąś mniej czy bardziej pogłębioną propedeutyką. A potem następuje szybkie przysposobienie do konkretnej pracy w którymś z wielu tysięcy szczegółowych obszarów badawczych i kolejny naukowy wyrobnik gotowy. Ani się obejrzymy, a zastąpi go robot AI.

Nie taka nauka mądra

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.