Uncategorized

Ewangelia lotniska


Jan Hartman

Gdy macie czytać te słowa, ich autor zamierza w Rawennie kontemplować upadek Rzymu i stąpać śladami „Augustulusa” – ostatniego cesarza i wielkiego abnegata hodującego kury.

Sezon na kupowanie biletów lotniczych 2025 uważam za otwarty! Niechaj się nam sypią bilety tanie, okazyjne, przez Sztokholm do Kairu i przez Madryt do Tokio! Tylko pamiętajcie o wymiarach bagażu podręcznego!

Gdy kapryśne przypływy światowej gospodarki zaleją Europę bądź inne miłe Bogu miejsce nadmiarem bogactwa, człowiek rusza w drogę sprawdzić, czy aby gdzieś tam nie czeka na niego szczęście i czy aby nic ważnego go nie ominęło. Niby chce się oderwać, odpocząć, a przy tym zdobyć uznanie znajomych, lecz w istocie rzeczy podróżowanie to fuga – wieczna ucieczka przed zobowiązaniem, którym jesteśmy sami dla siebie, jakoż i od brzemienia własnej egzystencji. A do tego ciąży nad nami imperatyw wydawania nadmiaru pieniędzy. Bo magia pieniądza narzuca nam wiarę, że kto nie wydaje, ten nie zasługuje na to, aby dalej zarabiać.

Tak to z maniackim uporem, sprawdzamy, czy nie ma nas tam, gdzie nas jeszcze nie ma, i czy na pewno wszędzie dobrze, lecz w domu najlepiej. Uciążliwy ten i kosztowny przymus w ciągu minionego półwiecza odmienił ludzkość nie do poznania. Dla setek milionów globalnych włóczęgów świat stał się dużym globusem, mierzonym miarą uciążliwych godzin w samolocie. Jako że jednak wszędzie można się dostać w jeden dzień (jak kiedyś z dworku do stacji kolei żelaznej i nią dalej do miasta), to w konsekwencji wszystko jest już okolicą, topiką miejsc dostępnych.

I tak to włóczymy się po tej planecie niczym mrówki po jabłku, pokornie poddając się powtarzalnym i podobnym w całym świecie reżimom kontroli, regulacji i normalizacji. Wszystko, co niezwykłe, cudowne i niepowtarzalne, staje się kolejnym upalnym placem z kolejką do kasy, zatłoczonym punktem widokowym do robienia zdjęć, rutynowym przedstawieniem odgrywanym ku pozornej uciesze gości przez zawodowych zabawiaczy, zaszczutym artefaktem w wiecznie oblężonym muzeum, tak że nawet klienci private tours i innych boutique services łatwo się przekonują, że dziesięciokrotnie wyższa cena nie uwalnia człowieka od rutyn i trybów turystycznej maszynerii.

Czego mnie nauczyło uparte jeżdżenie po świecie? Oczywiście poza tym, że nigdzie nie może być dla mnie naprawdę „inaczej”, skoro przywlokłem tam siebie. Choćby i na drugim końcu świata, w lustrze wciąż to samo! Lecz latanie nauczyło mnie ponadto, że mimo wszystko ludzie wszędzie są do siebie podobni. Te same są potrzeby, te same obawy, te same interesy, emocje i nadzieje. Te same ludzkie typy, człowiecze dobroci i złości, a „różnice kulturowe” to zawracanie głowy. Niby to banał, nie od dziś słyszymy to z ust zawodowych podróżników. A jednak wydaje mi się, że podróżowanie pozwoliło mi pojąć pewną niepozorną, wstydliwą prawdę o przyczynie tego uniwersalnego podobieństwa wszystkich ludzi.

Nie chodzi wcale o żadną uniwersalną naturę ludzką, w której zapisane są nasze potrzeby, skłonności, emocje, „wzorce zachowań” i reakcje. Może nawet i „ludzie są różni”, a warunki naturalne i kulturowe jeszcze te różnice pogłębiają. Może nawet to odczucie turysty, że wszędzie jest „trochę tak samo”, ma w sobie coś z projekcji własnych oczekiwań i mentalnych ograniczeń kulturowego laika. Tylko że… – i teraz właśnie zdzieram kurtynę zasłaniającą moje antropologiczne odkrycie – laikami są wszyscy! Także ci, którzy są u siebie i wszystko niby to doskonale i spontanicznie rozumieją. Otóż to nieprawda! Nawet najbardziej rzutcy spośród nas generalnie są lekko zagubieni i niezorientowani.

„Zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny” – za te słowa dają Nobla! Świat jest tak potwornie złożony, że nie rozumie go dosłownie nikt. Żaden socjolog, żaden antropolog ani żaden historyk nie opowiedział nam jeszcze, jak to się stało, że biedne żuczki, z których każdy ledwie „wie, co zje”, pobudowały te wielkie i piękne miasta. Jakim cudem wąskie jak kładeczka nad rzeczułką kompetencje milionów pracowników zestroiły się we wspólne dzieło – gigantyczny system, który choć racjonalny, wcale nie został zaplanowany, a i zrozumieć go niepodobna.

Dlatego każdy z nas – od Jukatanu po Kamczatkę – stoi jak ten kiep pośrodku lotniska, drapie się w głowę i próbuje „ogarnąć”. Czy jest „u siebie”, w swoim kraju, czy w jakichś „Chinach”, kłopot ze zrozumieniem świata ma ten sam. Dlaczego tak, a nie inaczej? A właściwie to jak? Każdy tu jest niezorientowany. Każdy jest laik, a po prawdzie – ignorant. I to jest, drodzy bracia i siostry w turyzmie, wspaniałe! Nie masz więcej tubylca i nie masz gościa! Poczciwa ignorancja, maluczkość naszych główek i krótkość żywota sprawiają, że wszyscyśmy jedno.

Kondycja zaprawionego podróżnika, malowniczego włóczęgi i żałosnego turysty w koszuli w palemki niczym się nie różni od kondycji autochtona, aborygena, „lokalsa” i wszelkiego tubylca. Ziemia jest okrągła, a ludzie są mali. Oto jest prawda, dobra i oczyszczająca prawda wakacyjnego obieżyświata. Oto ewangelia lotniska i toalet pod piramidami. Radosna nowina o braterstwie i siostrzeństwie ubogich duchem.

Gdy macie czytać te słowa, ich autor zamierza w Rawennie kontemplować upadek Rzymu i stąpać śladami „Augustulusa” – ostatniego cesarza i wielkiego abnegata hodującego kury. On znał proporcje rzeczy w czasach przełomu, gdy ani wola, ani rozum jednostki, choćby nawet cesarskiej, nic nie znaczą. I nam przyszło żyć na krawędzi epok. Bądźmy więc jak ów Romulus, Augustulusem zwany, i spocznijmy sobie pod figą albo gruszą, bez różnicy. Bo cały świat nam tak samo bliski i obcy. Cały domem i cały wygnaniem.

Ewangelia lotniska

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.