Uncategorized

Filozof w białej koszuli i fałszywy prorok z Queens


Anna Grabowska

Nie wiem, czy bardziej zadziwia mnie krótkowzroczność Zachodu, czy też jego samozadowolenie. Może to w gruncie rzeczy to samo. W kraju, który zrodził Jeffersona i Tocqueville’a, nowym bohaterem tłumów zostaje nagle człowiek, który mówi, że but nowojorskiego policjanta „został zasznurowany przez izraelskiego żołnierza”. Wybuchła euforia. Media są zachwycone. The New York Times pisze o „głosie pokolenia”, bo Zohran Mamdani, młody, agresywnie progresywny kandydat, który zna wszystkie modne hasła, zostaje symbolem tej nowej, rozemocjonowanej lewicy – zielonej na zewnątrz, czerwonej w środku. Franc-Tireur trafnie nazwał go „pastèque”, arbuz z politycznym wnętrzem w kolorze ideologicznego cukru.

W tym samym czasie, daleko stąd, w Paryżu, pewien filozof w białej koszuli – którego mam szczęście znać osobiście – Bernard-Henri Lévy, znów próbuje powiedzieć coś bardzo niepopularnego: że świat, który gubi znaczenie słów, gubi przy okazji rozum. To ten sam Lévy, który pół wieku temu, po wybuchu wojen idei, odwrócił się od marksistowskiej gorączki i stworzył z innymi „Nowych Filozofów”. Wyszedł z paryskich kawiarni prosto na pola wojenne Bangladeszu, żeby zobaczyć, jak wygląda zło, kiedy przestaje już być tylko metaforą. Od tamtej pory mówi jednym językiem – językiem odwagi. Syn algierskich Żydów, wychowany w cieniu utraty i przetrwania, Lévy od lat broni tej kruchej idei, którą Europa coraz częściej zdradza: że wolność bez odpowiedzialności moralnej nie jest już żadną wolnością, tylko kaprysem.

Lévy ma dziś 77 lat i wciąż pisze tak, jakby każda fraza mogła zatrzymać katastrofę. Kiedy więc słyszy, że kandydat na burmistrza Nowego Jorku obwinia Izrael za brutalność amerykańskiej policji, nie szuka kontekstu, a tym bardziej nie pyta o „niuanse”. Mówi wprost – to antysemityzm czystej wody. Nie antysyjonizm, nie metafora, ani poetycka przesada – antysemityzm. I ma rację. Bo jeśli przyjmuje się, że słowa przestają znaczyć to, co znaczą, to nie da się już zrozumieć, dlaczego zło jest złem.

To samo Lévy powiedział, kiedy świat zaczął powtarzać, że w Gazie dzieje się „ludobójstwo”. Nie zaprzeczył ofiarom, nie odwrócił wzroku od cierpienia cywilów. Ale nazwał rzecz po imieniu: to nie jest ludobójstwo, i kto używa tego słowa, ten profanuje pamięć tych, którzy naprawdę zostali zgładzeni. Kiedy to mówił, nie było w tym żadnego cynizmu, tylko etyczna dokładność – ta sama, która każe chirurgowi ciąć tam, gdzie trzeba, a nie tam, gdzie krzyczy populizm.

Lévy potrafi też widzieć świat w całej jego sprzeczności. Trumpa nienawidzi nie politycznie, ale z filozoficznym obrzydzeniem – nie dlatego, że to republikanin, tylko dlatego, że to cynik. „Bonaparte z tweetów” – napisał o nim po szturmie na Kapitol. W jego oczach Trump nie jest błędem politycznym, tylko moralnym potworem, który udowodnił, że kłamstwo można sprzedać jak towar. Z kolei Kamalę Harris – tę samą, której jeszcze niedawno kibicowałam, tak jak kiedyś Obamie – Lévy traktuje z rezerwą. Widzi w niej przyzwoitość, ale i tchórzostwo. Kobietę, która zna mapę Gazy, ale nie zna terenu wojny. Dla niego to grzech polityczny, nie moralny – ale dzisiaj, kiedy każda niejasność kosztuje ludzkie życie, to różnica staje się coraz mniej istotna.

Patrzę na tę całą amerykańską scenę jak na lustrzane odbicie Europy. Wszędzie te same złudzenia: że można być moralnie neutralnym wobec zła, że wystarczy „równowaga narracji”, żeby świat się nie rozpadł. A jednak, gdyby Stany Zjednoczone odwróciły się dziś od Izraela, wojna by się nie skończyła. Izrael nie przestałby istnieć. Może trwałaby dłużej, może byłaby krwawsza, może nie byłoby amerykańskiego paliwa i politycznego parasola, ale Izrael walczyłby dalej. Bo to nie armia napędza tę wojnę, tylko pamięć – ta sama, która każe narodom przetrwać, kiedy wszystko inne się wali.

Pomoc Ameryki jest ważna, ale nie jest tlenem – jest tylko maską tlenową w samolocie, który i tak leci sam. Izrael ma własne skrzydła. Jego drony, jego wywiad, jego ludzi, którzy wiedzą, że przegrana nie jest opcją. Kiedy świat mu mówi, że powinien „zrozumieć” swoich wrogów, on odpowiada milczeniem. A milczenie Izraela bywa głośniejsze niż wszystkie oświadczenia ONZ razem wzięte.

Lévy to rozumie lepiej niż ktokolwiek. Może dlatego jego głos brzmi dziś jak głos ostatniego Europejczyka, który jeszcze pamięta, że prawda nie podlega głosowaniu. Patrzę na to z Paryża i myślę, że świat wciąż ma szansę – dopóki ktoś taki jak on potrafi wstać, poprawić mankiety białej koszuli i powiedzieć: nie, nie wszyscy jesteśmy tacy sami.

Filozof w białej koszuli i fałszywy prorok z Queens

Kategorie: Uncategorized

3 odpowiedzi »

  1. Trump nie jest potworem i nie jest cynikiem. Europa niewiele o nim wie. Trump idzie tam, gdzie widzi , że należy i może pomóc. Dlatego stoi po stronie Izraela, dlatego uznał Jerozolimę za stolice Izraela. Historia z CNN (pocięcie i posklejanie jego wypowiedzi tak, aby wyszło, że namawiał do ataku na Kapitol) i próba zabicia go w czasie kampanii wyborczej to jego cynizm? To co robi to cynizm? Tylko zmanipulowany poprawnością polityczną Europejczyk może nazwać to cynizmem.

  2. Ciekawe co sądzi Levy po wpadce BBC. Może jego nienawiść do T. Stała się nieco mniejszą? Posądzać H. o uczciwość to łagodnie mówiąc przesada. Ostatnie wyniki badań opini publicznej w Gazie i tzw. palestyńskiej autonomii wskazują o wzroście popularności Hamasu. Chęć zabijania Żydów przeważa nad wszystkimi cierpieniami.

  3. Wspanialy post. Serdeczne dzieki.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.