Uncategorized

Historyczny skandal


Jan Hartman

Jak to w ogóle jest możliwe, że można skończyć szkołę, studia z zakresu historii, zrobić doktorat i nie tylko nie posiadać nawet zalążków „cnót historycznych”, lecz w dodatku albo wcale o nich nie wiedzieć, albo po prostu sobie z nich kpić?

Karol Nawrocki jest doktorem nauk historycznych i byłym dyrektorem ważnego historycznego muzeum. A przecież ani myśli udawać, że posiada najważniejsze cnoty historyka, takie jak krytycyzm, wnikliwość, zdolność uwzględniania różnych doświadczeń, racji i punktów widzenia, a szczególnie umiejętność powstrzymywania się od jednostronności dyktowanej względami patriotycznymi bądź ideologicznymi, a więc pokus pomijania niewygodnych zdarzeń i okoliczności, umniejszania win, wybielania winowajców, nie mówiąc już o manipulacjach i fałszerstwach. Nawrocki bodaj niewiele wie o tych elementarnych wartościach, za to nie widzi niczego zdrożnego w tendencyjnym mówieniu o przeszłości pod dyktando „miłości ojczyzny” oraz „interesu narodowego”. Wielokrotnie dawał dowody takiej postawy, z którą najwyraźniej czuje się znakomicie.

Czyja to wina? I jak to w ogóle jest możliwe, że można skończyć szkołę, studia z zakresu historii, zrobić z tej dziedziny doktorat i nie tylko nie posiadać nawet zalążków „cnót historycznych”, lecz w dodatku albo wcale o nich nie wiedzieć, albo po prostu sobie z nich kpić? Co się dzieje w tych uniwersyteckich instytutach historii? Jak mogło dojść do tego, że profesorowie nauk historycznych z przekonaniem i zaangażowaniem wytwarzają dyskursy tzw. polityki historycznej na użytek władzy? Przecież chodzi w niej o zakłamywanie prawdy oraz o wszelkie inne manipulacje służące tworzeniu wizerunku narodu bez winy, a za to prześladowanego i heroicznego.

Walka o bezstronność i uczciwość intelektualną w uprawianiu historii, zwłaszcza politycznej, to istna wojna pozycyjna. Trwa już sto lat, a końca nie widać. Na drodze moralno-intelektualnego postępu stoją wielkie głazy z metodologicznymi półmądrościami, jako to: nie ma faktów, lecz wyłącznie interpretacje; subiektywizm jest nieunikniony i naturalny; nie można oceniać wydarzeń historycznych z punktu widzenia współczesnych norm i wartości. Wszystko to prawda, lecz jeśli ogranicza się ją do hasełek, za którymi nie idzie głębsze rozeznanie metodologiczne (a mówiąc uczenie: hermeneutyczne i heurystyczne), to owe „prawdki” służą tylko usprawiedliwianiu ideologizacji dyskursu historycznego, oportunizmu i mędrkującego relatywizmu. Szkody są bodajże jeszcze większe niż pozytywistyczne mądrości z końca XIX w., takie jak „rolą historyka jest opisywać, a nie oceniać”.

Nauki historyczne wyrosły z opłacanego przez dwory kronikarstwa i do dziś zachowały swoje służalcze instynkty. Na całym świecie oficjalne instytucje wytwarzają dyskursy „państwotwórcze”, czyli propagandowo-ideologiczne, a tylko niepoprawni absolwenci studiów historycznych piszą niepoprawne książki, których treść szokująco rozmija się ze szkolną nauką historii. Rynek „odkłamywania historii” jest duży, bo publiczności mu nie brakuje, tyle że sam rządzi się zasadą oportunistyczną. Skoro nie uderzamy w tony nacjonalistyczne, to przynajmniej trzeba dogodzić grupie społecznej, z którą się nabywca książki identyfikuje. Gdy liczy się sprzedaż, to wszystkie te staromodne „obiektywizmy” i „bezstronności” diabli biorą. Zamiast mitologizować naród i jego państwo, tworzy się mit ludu albo innego „etnosu”. I znów wszystko jest ślicznie i co złego, to nie my (i nie nasi przodkowie).

Wydawało się, że można jakoś uniknąć zakłamania i mitologizacji, jeśli pójdzie się drogą tzw. mikrohistorii, pisząc o przeszłości z perspektywy bardzo lokalnej, a wręcz z punktu widzenia doświadczenia i przeżyć zwykłych ludzi, będących bardziej ofiarami niż aktorami wydarzeń. Ale gdzie tam! Zostaliśmy zalani falami pamiętnikarsko-biograficznej „uważności”, a nawet „czułości” – tym razem już raczej za sprawą redaktorów z wydawnictw. Trochę się poprawiło, lecz do powagi i równowagi wciąż daleko. Gdy z horyzontu znikają państwa, dynastie, bitwy i traktaty, a pojawia się konkretny Jaś i konkretna Małgosia, to zamiast mitu mamy opowieść. I znowu jesteśmy w lesie! Historia polityczna zarażona propagandą i nacjonalizmem, historia kulturowa dotknięta estetyzującym afirmatywizmem, a historia życia zwykłych ludzi – kandyzowana empatią… A rzeka krwi jak płynęła, tak płynie przez dzieje i jak zawsze nikt się do niej nie przyznaje. Nauki Waltera Benjamina poszły w las.

Jak z tego wszystkiego wyjść? Oczywiście nigdy dość przypominania o zasadach uczciwości intelektualnej i obowiązkach warsztatowo-metodologicznych historyka. Tylko że to nie wystarczy, a głęboka świadomość, jaką można sobie wyrobić, czytając traktaty z egzotycznej dziedziny zwanej filozofią nauk historycznych, to gruszki na wierzbie. Matematycy nie szukają wiedzy o naturze obiektów matematycznych u filozofów, a fizykom nawet nie przychodzi do głowy zasięgnąć ich rady w kwestii „skąd wziął się świat?” i co to pytanie w ogóle znaczy. Jak mówiła moja teściowa, popij wodą! Ja widzę tylko jedno wyjście: fakty, głupcze! Nie umiesz kochać prawdy? Tedy pokochaj przynajmniej szczegóły! Nazwiska, daty, dokumenty… Jak na przesłuchaniu. Z braku laku i pozytywizm dobry.

Historyczny skandal

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.