Jakub Halcewicz

Analiza sytuacji geopolitycznej na podstawie rozmowy z Aleksandrem Smolarem
Dzisiejsza architektura bezpieczeństwa przechodzi najbardziej gwałtowną transformację od zakończenia zimnej wojny. W obliczu agresywnej polityki Rosji, nieprzewidywalności Stanów Zjednoczonych pod wodzą Donalda Trumpa oraz narastającej dominacji „prawa siły” nad „siłą prawa”, Polska staje przed egzystencjalnym pytaniem o swoje miejsce w strukturach zachodnich. Aleksander Smolar wskazuje, że kluczem do przetrwania jest nie tylko modernizacja armii, ale przede wszystkim głęboka integracja z Unią Europejską, która na naszych oczach staje się jedyną gwarancją podmiotowości kontynentu.
Widmo Polexitu i pułapka budżetowa
Choć Polska pozostaje jednym z najbardziej proeuropejskich narodów, statystyki zaczynają niepokoić. Już co czwarty obywatel opowiada się za wyjściem ze Wspólnoty. Smolar zauważa, że prawdziwym testem dla nastrojów społecznych będzie moment, w którym Polska przestanie być beneficjentem netto unijnych funduszy. Sukces gospodarczy i konieczność wsparcia biedniejszych regionów (w tym przyszłej Ukrainy w UE) sprawią, że bilans finansowy stanie się mniej oczywisty dla przeciętnego wyborcy.
To pole, na którym prawica próbuje rozgrywać swoją partię. Jarosław Kaczyński traktuje eurosceptycyzm instrumentalnie – jako straszak lub narzędzie mobilizacji. Obecnie PiS dawkuje niechęć do Brukseli selektywnie, bojąc się gwałtownego odpływu elektoratu, dla którego obecność w Europie jest synonimem bezpieczeństwa. Jednak w miarę rozluźniania więzi z Unią, narracja o „odzyskiwaniu suwerenności” może stać się dominującą strategią polityczną prawicy.
Paradoks transatlantycki: Odwrócenie ról
W relacjach z USA obserwujemy zdumiewającą zamianę ról. Cztery lata temu to Waszyngton ostrzegał naiwną Europę przed rosyjską inwazją na Ukrainę, przedstawiając twarde dowody wywiadowcze. Dziś sytuacja jest odwrotna. To Europa, z krwawym doświadczeniem u granic, widzi w Putinie śmiertelne zagrożenie, podczas gdy administracja Donalda Trumpa zdaje się to zagrożenie bagatelizować.
Wypowiedzi amerykańskich elit, takich jak Marco Rubio czy J.D. Vance, sugerują chęć porozumienia z Moskwą za wszelką cenę – nawet za cenę milczenia nad grobem Aleksieja Nawalnego czy akceptacji rosyjskiej strefy wpływów. Dla Polski to sytuacja dramatyczna. Stany Zjednoczone pozostają partnerem nie do zastąpienia w sensie militarnym, ale przestają być partnerem przewidywalnym w sensie politycznym. Wzrasta nieufność wobec Waszyngtonu, a polska dyplomacja musi lawirować między strategiczną koniecznością a rosnącą świadomością, że interesy USA (skupione na Chinach i zyskach ekonomicznych) coraz częściej rozjeżdżają się z interesami Europy.
Powrót do XIX wieku: Prawo siły
Atak na Iran, inwazja na Ukrainę, napięcia w Wenezueli czy chińskie zakusy na Tajwan to elementy tej samej układanki. Świat porzuca marzenia o globalnym porządku opartym na prawie międzynarodowym i instytucjach. Powracamy do logiki mocarstwowej rodem z XIX wieku, gdzie o granicach decyduje zasięg artylerii, a nie traktaty.
Smolar podkreśla, że choć interwencje w Iranie i Ukrainie mają różne podłoża moralne, oba konflikty dowodzą jednego: o działaniach państw znów decyduje „prawo silniejszego”. Amerykańska wola zmiany reżimu w Teheranie oraz rosyjski imperializm w Kijowie zmuszają Europę do porzucenia pacyfistycznego marazmu. Projekt strategicznej autonomii, o którym od lat mówił prezydent Macron, przestaje być francuską mrzonką, a staje się warunkiem przetrwania Unii.
Europa dwóch prędkości i program SAFE
Kryzysy, paradoksalnie, zawsze pchały integrację do przodu. Agresja Rosji i izolacjonizm Trumpa wymusiły na Europie powołanie takich inicjatyw jak program SAFE (wspólne zakupy i produkcja uzbrojenia). To jednak budzi opór polskiej prawicy. Dlaczego? Ponieważ wspólna polityka obronna to najwyższy stopień integracji, który utrudnia ewentualne wyprowadzenie kraju z orbity wpływów Brukseli.
Prawdopodobnym scenariuszem dla UE jest „Europa dwóch prędkości”. Grupa państw zdeterminowanych, do której Polska – ze względu na swój potencjał i położenie – musi należeć (format D6), będzie pogłębiać współpracę militarną i technologiczną. Jeśli Polska zostanie na marginesie tego procesu, ryzykujemy powrót do roli państwa buforowego, zdanego na łaskę mocarstw.
Spór o wartości: Amerykański populizm kontra europejski liberalizm
Konflikt między USA a UE nie dotyczy tylko ceł na stal czy opodatkowania gigantów technologicznych. To głębokie starcie cywilizacyjne. Administracja Trumpa, ustami J.D. Vance’a, otwarcie atakuje europejski model społeczny, oskarżając go o dławienie wolności słowa i marginalizację skrajnej prawicy. Waszyngton zaczyna szukać sojuszników w liderach takich jak Viktor Orbán, dążąc do dezintegracji Unii od środka.
W tym kontekście aktualna staje się myśl Leszka Kołakowskiego o „konserwatywno-liberalnym socjaliście”. Europa potrzebuje syntezy: szacunku dla tradycji (konserwatyzm), ochrony praw jednostki (liberalizm) i wrażliwości na nierówności (socjalizm). Tylko taka równowaga może przeciwstawić się fali nacjonalizmu i populizmu, która zalewa oba brzegi Atlantyku.
Czy Polska jest wiarygodna?
Mimo głębokiej polaryzacji wewnętrznej, Polska na arenie międzynarodowej wciąż cieszy się dużym kredytem zaufania. Głos Warszawy jest słyszalny, a polskie diagnozy dotyczące Rosji okazały się trafne. Jednak wewnętrzne spory, jak ten wokół nominacji Karola Nawrockiego czy kwestionowanie unijnych mechanizmów obronnych, mogą tę wiarygodność szybko nadszarpnąć.
Polska nie może pozwolić sobie na bycie „samotną wyspą”. Jesteśmy zbyt mali, by samodzielnie decydować o losach Ukrainy czy powstrzymać Rosję. Nasza siła płynie z bycia częścią europejskiego rdzenia. Jak zauważył Radosław Sikorski, największym zagrożeniem nie jest silna Europa (czy nawet silne Niemcy), lecz Europa bezczynna i podzielona.
W świecie logiki siły: Europa, Polska i zmierzch amerykańskiego parasola
W świecie logiki siły. Gdy Ameryka nam umyka, prawica chce rozluźnić związek z UE. Aleksander Smolar dla „Polityki”
13 marca 2026
11 minut czytania
3„USA lekceważą zagrożenie ze strony Rosji”Sylwia Markieta
Posłuchaj tego artykułu • 18:31 min
Co wspólnego ma Donald Trump z polexitem? Rozmowa z ekspertem do spraw międzynarodowych Aleksandrem Smolarem o neokolonialnym powrocie do polityki siły.
Stefan Maszewski/ReporterAleksander Smolar
JAKUB HALCEWICZ: – Już co czwarty Polak jest za wyjściem Polski z Unii Europejskiej. Czy to groźne?
ALEKSANDER SMOLAR: – Bardziej niepokojąca jest tendencja – liczba przeciwników Unii stale wzrasta. Jeśli natomiast porównamy się z innymi europejskimi krajami, sytuacja nie jest tak dramatyczna.
Kiedy je dogonimy?
Za kilka lat Polska przestanie być odbiorcą europejskich pieniędzy netto – ze względu na nasz rozwój i potrzeby krajów mniej rozwiniętych, w tym kandydujących, np. Ukrainy. A to może mieć istotny wpływ na nastroje, zwłaszcza gdy wzmocni się antyeuropejska propaganda partii prawicowych. Na razie ich stosunek do Unii jest ambiwalentny. Wciąż muszą się liczyć z masowym poparciem dla naszej obecności we wspólnocie.
Klucz do polexitu ma w ręku Jarosław Kaczyński? Jeżeli uzna, że postulat wyjścia mu się politycznie opłaca, sprawa będzie przesądzona?
I tak, i nie. Kaczyński nie może być pewny, czy argument antyeuropejski będzie grał na jego korzyść, czy wręcz przeciwnie – czy obawa Polaków przed wyjściem z Unii nie spowoduje zwrotu wyborców w kierunku partii proeuropejskich. Dlatego wątki eurosceptyczne w PiS są używane selektywnie.
Dziś Polacy bardziej obawiają się Donalda Trumpa niż Unii?
Wzrasta w Polsce nieufność do Stanów Zjednoczonych i oczekiwanie twardszej polityki Warszawy wobec Waszyngtonu – przy pełnej świadomości, że ciągle jako partner strategiczny Amerykanie są nie do zastąpienia. Nikt nie popada jeszcze w skrajności, ale rośnie świadomość, że polityka USA zawiera elementy niebezpieczne dla Europy, więc pośrednio również dla Polski.
Tu pewien paradoks. Przed czterema laty na konferencji w Monachium Amerykanie przedstawili Europejczykom materiały dowodzące, że Rosjanie gotują się na wojnę przeciw Ukrainie. Pokazali zdjęcia satelitarne gromadzących się sił rosyjskich na granicy z Ukrainą oraz podsłuchy rozmów między rosyjskimi generałami.
Wtedy Europejczycy to zlekceważyli, uznali, że to tylko kremlowska gra. Obecnie sytuacja się odwróciła – to USA lekceważą zagrożenie ze strony Rosji, a prezydent Trump mówi, że Rosjanie są zainteresowani pokojem i życzą Ukrainie jak najlepiej. Na zakończonej ostatnio konferencji w Monachium Marco Rubio nic właściwie nie powiedział o zagrożeniu ze strony Rosji. Pięć europejskich krajów podpisało się pod oświadczeniem o zamordowaniu Aleksieja Nawalnego przez Władimira Putina, na co Amerykanie nie zareagowali w ogóle. Europa widzi w Rosji zagrożenie, Ameryka szuka z Rosją porozumienia, a elity amerykańskie gotowe są przemilczać niewygodne aspekty polityki rosyjskiej z myślą o korzyściach ekonomicznych po zawieszeniu działań wojennych.
Atak na Iran potwierdza, że w świecie znów zaczyna dominować logika siły, więc Europa musi się wzmacniać militarnie i szybciej określić własną pozycję? Europa nadąża za przyspieszającym światem?
Oczywiście obecna wojna między Amerykanami i Izraelczykami a irańską islamską dyktaturą jest wyrazem powrotu języka siły. Amerykanie prowadzili negocjacje z Irańczykami, ale nie wydaje się, by wierzyli w ich powodzenie: wyrzeczenie się przez Iran broni nuklearnej, rakiet balistycznych, dronów. Celem jest nie tylko złamanie potęgi militarnej Iranu, ale również zmiana reżimu. Ale przecież logika siły znajduje przede wszystkim wyraz w brutalnym najeździe Rosji na Ukrainę, w operacji USA w Wenezueli, w groźbach pod adresem Kanady, w woli przejęcia Grenlandii, w chińskich przygotowaniach do zajęcia Tajwanu. Powrót języka siły towarzyszy polityce neoimperialnej, nawiązującej do praktyki wielkich mocarstw w wieku XIX. Jesteśmy daleko od niedawnych przecież czasów, gdy wydawało się, że w świecie zglobalizowanym, głębokich wzajemnych powiązań, dominują zasady współpracy między państwami w ramach określonych przez prawo i instytucje międzynarodowe.
Oczywiście zupełnie inaczej muszą być oceniane moralnie i politycznie wojny w Iranie i w Ukrainie, ale w obu przypadkach o interwencji zadecydowała nie siła prawa, lecz prawo siły.
Wojna w Iranie, mimo że rozpoczęta bez akceptacji Rady Bezpieczeństwa – niemożliwej ze względu na obecność w niej Rosji i Chin, krajów popierających reżim irański – ma głębokie uzasadnienie w agresywnej polityce Iranu wobec sąsiadów i przemocy wobec własnej ludności.
Trudno przewidzieć, kiedy może nastąpić odbudowa reguł międzynarodowych opartych na prawie. Sytuacja ta rzutuje oczywiście na wybory dokonywane przez władze Polski: trzeba liczyć na siłę militarną NATO i przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, ale jednocześnie pogłębiać więzi z krajami Unii Europejskiej po to m.in., by umacniać niezależność od Waszyngtonu, którego polityka globalna prowadzi do dominacji konfliktu z Chinami; szukania wspólnych interesów z Rosją – jedno i drugie kosztem tradycyjnych więzi z Europą.
A czy Ameryka Donalda Trumpa jest zagrożeniem dla Unii?
Tak, przez niesłychaną ingerencję Ameryki na poziomie wartości i wizji Europy. Dobrze to wyraził minister Radosław Sikorski w Monachium, mówiąc o tym, że jeden brzeg Sojuszu Północnoatlantyckiego nie może narzucać swoich wartości drugiemu brzegowi. O rozejściu się na poziomie wartości mówił przed rokiem na konferencji w Monachium wiceprezydent USA J.D. Vance. Tylko że jego zdaniem to Europa zaprzecza sama sobie, kwestionując wolność słowa, marginalizując skrajną prawicę czy dopuszczając do masowej imigracji osób cywilizacyjnie obcych, co grozi zanikiem europejskiej tożsamości. Jego zeszłoroczne wystąpienie w Monachium było brutalne i antyeuropejskie. I tak jak rok temu Vance spotkał się z przywódczynią Alternatywy dla Niemiec, tak teraz Rubio udał się do Viktora Orbána, który prowadzi politykę wyraźnie antybrukselską i prorosyjską. Na to stawiają Amerykanie, z którymi do niedawna się utożsamialiśmy i z którymi tworzyliśmy wspólnotę Zachodu. Dziś chcą dezintegracji Unii.
Dzielą nas wartości czy interesy?
I jedno, i drugie. Spór dotyczy choćby wielkich amerykańskich firm technologicznych. Europa próbuje regulować ich działalność, nakładając podatki, wprowadzając ograniczenia czy nowe zasady funkcjonowania rynku, co spotyka się z ostrą reakcją Waszyngtonu i samego Trumpa. W grę wchodzą więc nie tylko interesy ekonomiczne, lecz także kwestia kontroli nad przepływem informacji i technologicznej dominacji Stanów Zjednoczonych.
Dochodzenie do jakiegoś modus vivendi zajmie czas, być może trzeba będzie czekać na następnego prezydenta USA, chociaż powrotu do przeszłości nie będzie. Bo Europa nie jest już dla Amerykanów priorytetową częścią świata jak Azja, gdzie od czasów Baracka Obamy narasta problem Chin, oraz Ameryka Łacińska, uważana w Waszyngtonie za naturalną strefę wpływów.
Ale przecież związek USA z Europą jest ważny nie tylko dla Europy, Stany Zjednoczone bez tego partnerstwa nie są w stanie rozwiązywać najpoważniejszych problemów międzynarodowych. Za oceanem rozumieją to Demokraci, część Republikanów także. I myślę, że ta świadomość będzie wzrastać wraz z kosztami polityki Trumpa i jego administracji. Spadek notowań prezydenta już tego dowodzi.
3Obywatel Janek„Wojna między Amerykanami i Izraelczykami a irańską islamską dyktaturą jest wyrazem powrotu języka siły”.
Unia podobno rozwija się poprzez kryzysy. Ale czy jest dość mocna na te obecne?
To było słynne zdanie Jeana Monneta, jednego z twórców podstaw UE: „Europa będzie wykuwać się w kryzysach i będzie sumą wszystkich rozwiązań, jakie przyjęto, by te kryzysy zakończyć”. Nie ma tu prostej odpowiedzi. W sprawie wspólnej obronności to niewątpliwie kryzysy wywołane przez Trumpa i przede wszystkim przez rosyjską agresję na Ukrainę zdopingowały Europę do wspólnego działania, którego przykładem jest program SAFE.
Jeden z obserwatorów zwrócił uwagę, że nawet Polska – tradycyjnie przywiązana do USA – byłaby gotowa poprzeć formułę Macrona o koniecznej strategicznej autonomii Europy. W świecie, w którym znów zaczyna dominować logika siły, Europa musi się wzmacniać militarnie. A to z kolei staje się napędem integracji. Jeszcze do niedawna byłoby nie do pomyślenia to, co Unia osiągnęła – nawet jeśli to nadal niewystarczające – w obszarze zbrojeń i obronności.
Ale jednocześnie mamy dość powszechny spadek zaufania do Unii.
Europa jest dziś zmęczona kumulacją kryzysów. Pandemia, kryzys finansowy i euro, masowa imigracja, spowolnienie gospodarcze – wszystko to osłabiło wiarę w „zbawczą” funkcję Unii. Do tego dochodzą jej realne słabości: nadmierna biurokratyzacja, przeregulowanie, które hamują innowacyjność i rozwój przedsiębiorstw. To tworzy klimat niepewności i obniża społeczne poparcie dla projektu europejskiego.
Jednocześnie nie widać dziś realnej alternatywy dla Unii, a doświadczenie brexitu było poważną lekcją dla sił skrajnych. Dlatego bardziej prawdopodobna niż dezintegracja jest ewolucja: powrót do koncepcji Europy dwóch prędkości, w której grupa państw gotowych do pogłębionej współpracy będzie mogła iść dalej, nie czekając na najbardziej opornych. W traktatach istnieją już mechanizmy umożliwiające taką ścieżkę. Jeśli więc wojna i obecne zagrożenia mają przywrócić Europie wiarę w przyszłość, to nie przez samą mobilizację obronną, lecz przez odwagę reform i pogłębienie integracji w gronie najbardziej zdeterminowanych państw. Kluczowe będzie, by Polska znalazła się w tym rdzeniu. Paradoksalnie to właśnie zakwestionowanie tradycyjnej polityki USA wobec Europy zwiększyło w Polsce świadomość, jak istotna jest Unia dla stabilności i ochrony demokracji.
W redagowanym przez pana emigracyjnym kwartalniku „Aneks” Leszek Kołakowski sformułował postawę „konserwatywno-liberalnego socjalisty”. Czy to jest taki dzisiejszy europejski mainstream?
To był żartobliwy, krótki szkic, ale bardzo trafny. Kołakowski proponował syntezę trzech tradycji: konserwatyzmu – jako szacunku dla kultury i ciągłości wspólnoty; liberalizmu – jako obrony praw człowieka, podziału władzy i ograniczeń dla państwa; oraz socjalizmu w sensie równościowym – jako wrażliwości na nierówności i gotowości do wspierania najsłabszych. Żadna partia nie mogła przyjąć takiej formuły wprost, bo polityka wymaga większej jednoznaczności. Jednak paradoksalnie elementy tej syntezy są dziś obecne niemal we wszystkich partiach europejskiego głównego nurtu. Partie konserwatywne nie odrzucają ograniczonej redystrybucji, lewica nie kwestionuje demokracji liberalnej ani znaczenia tradycji, a liberalizm stał się wspólnym językiem instytucjonalnym Zachodu, jego gospodarki i polityki.
Jednocześnie podziały przebiegają dziś nie tyle między konserwatyzmem, liberalizmem i socjalizmem, ile między nacjonalizmem a uniwersalizmem, między populizmem a instytucjonalnym porządkiem. W tym sensie myśl Kołakowskiego nadal się broni – nie jako program partyjny, lecz jako opis napięć i kompromisów, których współczesna demokracja europejska musi stale poszukiwać.
Czy Polska w obecnej sytuacji skrajnej polaryzacji i konfliktu na szczytach władzy jest jeszcze w Unii wiarygodnym graczem?
Jest, choć niektóre decyzje – jak rezygnacja z udziału w potencjalnej misji wojsk sojuszniczych na terenie Ukrainy – mogły budzić wśród partnerów pewną frustrację. Polska jest jednak postrzegana jako poważny i odpowiedzialny partner. Było to widać choćby podczas konferencji w Monachium, gdzie głos polskich polityków współbrzmiał z głównym nurtem europejskiej debaty. Symboliczne było przywołanie przez kanclerza Niemiec słów Radosława Sikorskiego, że Polska mniej obawia się niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności.
Dzisiejsza pozycja Polski jest mocniejsza niż kiedyś, bo zdarzało się, że byliśmy traktowani przedmiotowo. Jednak wewnętrzne spory – np. wokół unijnych instrumentów, takich jak SAFE – mogą osłabiać naszą wiarygodność, jeśli europejskie tematy stają się narzędziem doraźnej walki politycznej.
Dlaczego pańskim zdaniem SAFE tak bardzo podzieliło polskich polityków?
Na pierwszy rzut oka spór ten wygląda na zwykłe politykierskie pieniactwo: PiS nie chce, żeby „wroga” koalicja rządowa mogła sobie przypisać ważny sukces w umacnianiu obronności Polski. Tu warto przywołać pochlebną opinię byłego pisowskiego ministra obrony Mariusza Błaszczaka o tym programie zaledwie sprzed kilku miesięcy.
Są jednak ważniejsze powody niechęci naszej prawicy do programu SAFE. On umacnia integrację europejską w kluczowej dziś obronności. Zwiększa też niezależność od USA. Poza tym polska prawica zdaje sobie sprawę, że w przypadku objęcia przez nią władzy program ten może utrudnić rozluźnienie więzi z Unią. Jednak blokowanie inicjatyw wzmacniających polską obronność może być dla niej trudne ze względu na opinię publiczną. Nie mogę więc wykluczyć, że prezydent Karol Nawrocki ostatecznie zaakceptuje SAFE, odsyłając zarazem porozumienie do Trybunału Konstytucyjnego.
Mówi pan, że Polska ma dziś mocną pozycję w Europie. Czy jednak nie jest pomijana w dyskusjach o Ukrainie?
Podobne obawy formułują także inni europejscy przywódcy. Macron wyraźnie podkreślał, że przyszłość Ukrainy nie może być rozstrzygana ponad głowami Europejczyków przez USA i Rosję. W tym sensie polskie wątpliwości mieszczą się w głównym nurcie europejskiej debaty, a nie na jej marginesie. Polska nie jest dziś pomijana, a jej wpływ rośnie, gdy działa wspólnie z Europą.
Mimo ogromnego wysiłku zbrojeniowego i wyraźnego postępu w ostatnich latach, sama Polska jest zbyt mała, żeby współdecydować o losach Ukrainy. Dlatego kluczowe znaczenie ma współpraca w ramach szerszych formatów, takich jak choćby D6 – grupy sześciu ważnych państw europejskich: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Holandii, Danii i właśnie Polski.
Tak też to pewnie będzie wyglądało w przyszłości – pogłębianie integracji w mniejszej grupie państw, bo różnice interesów, doświadczeń historycznych i położenia geograficznego są zbyt duże – inaczej na zagrożenie rosyjskie patrzą kraje bałtyckie czy Polska, a inaczej Portugalia czy Włochy. Przyszłość integracji będzie bardziej złożona niż dawne wizje drogi ku federacji, jakimś Stanom Zjednoczonym Europy. Dziś o prostej drodze nie ma już mowy.
ROZMAWIAŁ JAKUB HALCEWICZ
***
Aleksander Smolar (ur. 1940 r.) – politolog, uczestnik Marca ’68, więzień polityczny w PRL, następnie redaktor naczelny emigracyjnego kwartalnika „Aneks” i rzecznik Komitetu Obrony Robotników za granicą, w latach 1990–2020 prezes Fundacji Batorego.
Kategorie: Uncategorized

