Ojciec znalazł rodzinę udzielającą lekcji Chumasz, a do tego korepetycji z lekcji do szkoły. Nauczyciel nazywał się Szpic i kazał się tytułować „profesorem”. Najpierw jego żona Hanusia pomagała nam przy odrabianiu lekcji do szkoły, a później zjawiał się on, i uczył Chumasz z tłumaczeniem na polski. Na lekcje szliśmy sami. Po drodze spotykaliśmy dwóch braci Klapholtz, i razem szliśmy przez odnowione Planty Dietlowskie i ulicę Dwernickiego, aż dotarliśmy do ulicy Sołtyka, gdzie był nasz cel. Przy ulicy Dwernickiego była piekarnia Cypesa, a przy Sołtyka- piekarnia Finstera. Z synami Cypesa i Finstera chodziłem do szkoły.
Moja mama była młodą, ładną kobietą, lubiła się ładnie ubierać, była panią domu, chodziła na zakupy i na spotkania z koleżankami do „Zakopianki”.
„Zakopianka” to kawiarnia na Plantach przy ulicy Potockiego ( dziś to Westerplatte), tam przychodziły koleżanki mamy z dziećmi, i tam też nasza mama zabierała nas. Po jakimś czasie plotkowania, dzieciom zamawiano kwaśne mleko, a cała grupa koleżanek zamawiała kawusię ze śmietanką.
RODZINA MOJEJ ZONY ( zdjecie z 1921 roku )
CO LATO ZBIERALA SIE W DABROWCE KOLO KOLBUSZOWY
Moja mama miała piękny głos i śpiewała razem z dwoma siostrami w chórze w synagodze Tempel.
Ojciec mój, przystojny mężczyzna, pracował w sklepie z konfekcją męską Jakuba Viertela przy ulicy Grodzkiej 15. Rano szedł do pracy, wracał do domu na obiad, odpoczął chwilę i znowu wracał do pracy. Dwa razy w tygodniu, w sobotę i niedzielę, chodził z mamą i ze znajomymi na ”five o’clock” do kawiarni „Feniks” przy Rynku, gdzie był dancing. Tata dwa razy w miesiącu jeździł do Warszawy albo do Łodzi po towar do sklepu, a raz w miesiącu, w sobotę rano, przyjeżdżali do Krakowa fabrykanci (myślę, że po zapłatę). Ich wizyty to był dla nas raj, bo fabrykant z Warszawy przywoził nam w prezencie pomadki (miękkie cukierki) od Lardelliego, znanego cukiernika, a były to najlepsze cukierki jakie jadłem. Latem, w czerwcu i lipcu, rodzice wynajmowali domek, w któreś z pobliskich wsi – w Kalwarii, Jordanowie albo Makowie.
Wieczorem ojciec dojeżdżał do nas Luxtorpedą, a rano wracał do pracy. W piątek po południu na letnisko przyjeżdżali wszyscy mężowie i zostawali aż do niedzielnego
wieczora. W soboty tata grał z kolegami w karty, w „sześćdziesiąt sześć”, a mama i inne panie szły z dziećmi nad rzekę.
Gdy byliśmy starsi zaczęliśmy jeździć do Rabki, tam mieszkaliśmy w pensjonacie. Rabka to uzdrowisko więc chodziliśmy do Pijalni Wód, gdzie musieliśmy pić solankę, bo to było ponoć dobre na gardło. Popołudniami chodziliśmy do kawiarni na kawę i ciastka, a rodzice na tańce, bo w Rabce Zdroju grała orkiestra taneczna.
Na wakacje z całą rodziną przestałem jeździć, od kiedy wstąpiłem do Związku Młodzieży Hebrajskiej Akiba. Głównym powodem, dla którego chodziłem do Akiby było to, że koledzy katolicy byli w harcerstwie, a Akiba to była taka niesocjalistyczna, syjonistyczna organizacja skautowa. I od tego czasu, w czasie wakacji, zamiast z rodzicami, jeździłem na kolonie organizacyjne.
Cdn.
Opracowala Anna Karolina Klys
Kategorie: Uncategorized



Szkoda że nie ma więcej zdjęć, bo tak jak napisałem przy poprzednim odcinku, opisywany świat, to też mój tylko 50 lat później, w mojej pamięci ul Dwernickiego i Sołtyka były bardzo zniszczone/zdewastowane, teraz tam powstał hotel bądź pensjonat……już czekam na następny odcinek