Uncategorized

D. jak Dariusz,  P. jak Przywieczerski


Jakub Kopec

   Co jest słuszniejsze i zarazem bardziej praktyczne w jurysprudencji naszej: rozumowanie a contrario, czy per analogiam

    Świat się wali, w Ukrainie wojna, o Izraelu lepiej nie mówić, a ja tutaj zawracam ludziom głowę jakimś zwietrzałym przypadkiem „Napoleona biznesu”, który, za domniemane przekręty, dziwnym trafem usiadł najpierw w amerykańskim, a potem w polskim  wiezieniu. Gdyby w burzliwych czasach na przełomie terroru komunistycznego i demokratycznych rządów zwycięskiej „Solidarności”, przed skromnymi ludźmi nomenklatury partyjnej nie ustawiono na wyciągnięcie ręki  wielkiej góry amerykańskich pieniędzy, których nikt nie pilnował, nigdy nie doszłoby do  afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego,  „matki wszystkich afer  III RP”.

     U Marcela Prousta,  w wiekopomnym dziele „W poszukiwaniu straconego czasu”, baron de Charlus podobnie argumentował w sprawie Żyda Dreyfusa. Gdyby, przez zrozumiałą ostrożność, do kadry oficerskiej  wojska francuskiego Żydów w ogóle  nie przyjmowano, nie wydarzyłby się ten przykry incydent, w którym złajdaczyło  się tak wielu zacnych oficerów i porządnych cywilów. 

    Przepraszam wszystkich wielbicieli twórczości Joanny Kulmowej, że przerywam pisanie anegdot o jej świetności i geniuszu, ale nic na to nie poradzę; w dniu otwarcia olimpiady w Paryżu (wolność, równość, braterstwo!) w moim skromnym, lecz schludnym, domostwie  pojawił się prywatny detektyw z firmy TEMIDA i oświadczył , że jestem poszukiwany.  Byłem  bliski omdlenia, kiedy w pamięci dokonywałem pośpiesznego przeglądu wszystkich swoje grzechów przeciw prawu i sprawiedliwości potocznej. I wówczas detektyw wyjaśnił, że jestem poszukiwany przez amerykańskiego obywatela Dariusza Przywieczerskiego. Cóż za ulga!

   Detektyw podał mi swój smartfon. Ponieważ mam silny niedosłuch, pogłośniłem telefon. Usłyszałem głos ponury, chrapliwy i jakby z zaświatów. „As biznesu” po przeszło dwuletniej odsiadce stracił mowę i, chociaż charczał donośnie w słuchawkę, to jednak był dla mnie nie do zrozumienia. Podałem smartfon swojej małżonce, a ta, przez wzgląd na moją rekonwalescencję po ciężkiej operacji kręgosłupa, poprosiła  trzykrotnego pracodawcę o złożenie wizyty w domu byłego szeregowego pracownika. 

    Właściciel „Universalu” i prawie wszystkiego, co po upadku komuny było w Polsce dochodowe, a także dziennika „Trybuna”, który przynosił dotkliwe straty, zjawił się już po połowie godziny i od progu dziękował mi za drobną publikację w Tygodniku NIE. Mnie, emeryta,  bezpodstawnie tytułował „redaktorem” zapewne w celu przypomnienia dobrodziejstw, jakie mi niegdyś wyświadczył, no i dla odtworzenia wygodnej dlań relacji pracownik-pracodawca.

   Zacząłem się tłumaczyć. Do zadżumionego tygodnika NIE wysłałem tekst o głośnej ekstradycji domniemanego aferzysty, który całkiem słusznie na dzień przed ogłoszeniem przez sędziego, pożal się boże, Andrzeja Kryże, wyroku skazującego wszystkich uczestników afery FOZZ na długoletnie więzienie, czmychnął przez Białoruś do Ameryki, ponieważ wszystkie szanowane czasopisma i dzienniki odmówiły mi druku. 

   Napoleon i As biznesu powiedział, żebym sobie nie czynił wyrzutów, bo dzięki publikacji w tygodniku NIE, w „zbiorze zastrzeżonym” IPN  natychmiast odnalazły się akta z procesu aferzystów FOZZ i zostały przewiezione do Sądu Najwyższego, rozpatrującego kwestię wznowienia procesu FOZZ po wyroku TS w Strasburgu. Jakim  prawem akta sądowe znalazły się w archiwum IPN, próżno dociekać.  Istnieje jednak hipoteza, że sprawcą takiego bezprawnego przemieszczenia nie był Zbigniew Ziobro, lecz jego koalicyjny partner i przełożony, ponieważ akta zawierają treści,  którymi minister sprawiedliwości mógłby, ewentualnie, prezesa Jarosława Kaczyńskiego szantażować. Ręka Ziobry nie sięgała do IPN, władza zaś Kaczyńskiego i owszem.

     W zapale obrońcy niewinnych ofiar skorumpowanych sędziów III RP,  napisałem „Manifest” nawołujący władze Dobrej Zmiany do natychmiastowego uwolnienia skazańca i   rozesłałem go pocztą elektroniczną do wszystkich liczących się czasopism.  Z „Wyborczej” nadeszła utrzymana w tonacji dyplomatycznej odpowiedź:

   „Szanowny Panie, bardzo dziękujemy za nadesłany tekst, niestety po konsultacji z naszymi prawnikami redakcja uznała, że nie może przyjąć pańskiego tekstu do publikacji. Serdecznie pozdrawiamy”.

    Kochani przyjaciele z „GW” mają Boga w sercu, chcieliby „Manifest” drukować, lecz mają pietra. Urban miał więcej odwagi i obiecał go wydrukować, lecz po drastycznych skrótach:

  „Pisze pan o Pineiro, o sobie i różnościach. Nie mogę częstować Czytelników takim  chaosem starych informacji, Mogę wydrukować rzeczowy list o Przywieczerskim, ale nie dłuższy niż 1 str. znormalizowanego maszynopisu. Pańskie strony nie są normalne, lecz napchane. Ogólniki np. że Przywieczerski nie był główną figurą FOZZ, nie mają znaczenia, gdyż Pana, trafne zresztą przeświadczenie, nie jest argumentem w zabiegach o wypuszczenie naszego znajomego. Załączam ukłony i wyrazy szacunku – Jerzy Urban”

         Nie podejmowałem zabiegów o wolność dla „naszego znajomego”, bo Przywieczerski był tylko moim pracodawcą, a nie „znajomym”. Mnie „Napoleon biznesu” nigdy nie zwomitował do przydomowego basenu! Dla Urbana natomiast byłem tylko kolegą  redakcyjnym ze „Szpilek” , a nie podwładnym, toteż wypraszam sobie z jego strony ton pouczeń.  Podejmuję zabiegi o uwolnienie Człowieka i  Obywatela, a nie swojego szefa. 

    Jednak skuliłem się w sobie, przełknąłem ślinę i skreśliłem do redaktora tygodnika NIE krótki mail:

    „Szanowny Panie Reaktorze, dokonałem masakry na własnym tekście w ślad za Pańskimi wskazówkami. Nie mogłem jednak wyzbyć się do końca tonu żałosnej skargi na własne usmarkane nieszczęście, bo niby dlaczego Przywieczerski wysłał z więzienia list właśnie do mnie, a nie do kogoś innego? Życzę przyjemnych Świąt. Jakub Kopeć”

    Urban wydrukował jednokartkowy tekst wśród innych duperelnych „Listów do redaktora NIE”, ukrył go na 29 stronie numeru świątecznego i noworocznego 2018 /2019:

     „Przywieczerskiemu wolność! Wesołych Świąt dla ministra Ziobry! 

     Szanowny Panie Redaktorze, przed piętnastoma laty skazany zostałem na opublikowanie przeprosin b. premiera i b. prezydenta za nieprawdziwe twierdzenie w książce „Po drugiej stronie lustracji” o przekazywaniu pieniędzy FOZZ braciom Kaczyńskim. Wyroku nie wykonałem, ponieważ książka zawierała jedynie spowiedź Cliffa Pieneiry, który przyznawał się m.in. do wręczenia wiceprezesowi Adamowi Glapińskiemu walizeczki z 400 tys. dolarów na potrzeby „partii braci Kaczyńskich”.

   Jarosław Kaczyński zachował pokerową twarz, kiedy w procesie czworo pracowników firmy „Cliff” mówiło o upychaniu dolarów do neseserka. Teoretycznie jest możliwym, że Glapiński pieniądze otrzymał i nie przekazał dalej, ale wówczas wiceprezes Porozumienia Centrum zawiódłby zaufanie Braci i nigdy nie zostałby prezesem NBP. Prezes Kaczyński własną piersią i chytrym wybiegiem procesowym obronił Glapińskiego przed wciągnięciem go na listę oskarżonych w aferze FOZZ.

   Zapewne solidarność ludzi „niesprawiedliwie skazanych”, skłoniła Dariusza Przywieczerskiego do napisania do mnie listu z więzienia z sugestią, bym odszukał na stronie internetowej Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu wyrok z dnia 12 kwietnia 2018 roku. Uzasadnienie liczy bitych 85 stron. W telegraficznym skrócie: W związku z naruszeniem art. 6 Konwencji Praw Człowieka, która stanowi, że każdemu obywatelowi Europy przysługuje prawo do sprawiedliwego sądu ,w procesie „Przywieczerski przeciwko Polsce” Trybunał przyznał skarżącemu 5 tys. euro odszkodowania! Niby kwota niewielka, ale postawienie Przywieczerskiego przed „sądem niesprawiedliwym” w procesie aferzystów FOZZ, daje Sądowi Najwyższemu w Polsce asumpt do unieważnienia wyroku z 2005 roku w całości i wznowienia procesu, a tym samym do warunkowego uwolnienia „niesprawiedliwie skazanego”.

    W dniu 8 września br. kiedy samolot z Przywieczerskim, ekstradowanym z USA do Polski, wylądował w Warszawie, minister Zbigniew Ziobro powiedział z przekąsem, że to jest właśnie Waterloo prezesa „Universalu”, który lubił o sobie mówić, że jest Napoleonem biznesu. Waterloo miał Przywieczrski w chwili aresztowania na Florydzie, bo w Warszawie lądował już jako zwycięzca etapu z symbolicznymi 5 tys. euro w kieszeni. SN wystąpił o przysłanie mu akt sprawy 8K37/98, które nie wiadomo dla jakiej przyczyny przechowywane są w Archiwum Akt Tajnych IPN. Z IPN nadesłano sześć płyt CD z kopiami wybranych dokumentów. Już prezes Małgorzata Gersdorf z pewnością dopilnuje, żeby IPN przysłał komplet oryginalnych akt.

   Sprawiedliwość nierychliwa, ale schorowany 72-letni Przywieczerski z unikalnym amerykańskim urządzeniem wszczepionym do serca , nie powinien tracić nadziei.

                           Jakub Kopeć– emerytowany reporter”

    Urban zachował się nie jak dziennikarz, lecz jak sprzedawca w sklepie z materiałami łokciowymi. Ale miejsca gazecie, jako jej właściciel, dla siebie nie pożałował. Całą trzecią stronę w świątecznym numerze tygodnika NIE zajął tekst pt. „Czerwone wargi sromowe” autorstwa Jerzego Urbana. Przyznać należy, że nie było w nim najmniejszego nawet chaosu. Wykład o czerwonych wargach sromowych redaktor Małgorzaty Daniszewskiej, zamężnej z redaktorem Jerzym Urbanem, jest konsekwentny. Zaczynał się od poważnego wstępu, płynnie przechodził w wyczerpujące rozwinięcie tematu i kończył się zaskakującą pointą. W tym, miejscu zacytuję tylko wstęp:

     „Pokażę na przykładzie garbatej w swym kombatanctwie Małgorzaty Daniszewskiej, dla której, będąc mężem, jestem naroślą na jej politycznym kręgosłupie. Dyskryminacja prawna kobiety bywa spowodowana oglądem, z kim ona łączy swoje organa płciowe, ściślej biorąc, komu udostępnia 3 swoje otwory: pochwę, odbyt i usta.”

     Nie tak zniesmacza mnie szczytowo wulgarna treść wstępu, jak zasmuca fakt, że Urban mógł sprawić się jak red. Clemenceau, który „Oskarżam” Emila Zoli wydrukował, gdyby  artykuł  o kobiecej atrakcyjności swojej małżonki przed połową wieku odsunął do przyszłości, a w bieżącym numerze zamieścił cały mój przegadany „Manifest” w aktualnej sprawie uwolnienia z więzienia niewinnego człowieka!

    I co to znaczy, iż  według Urbana „ogólniki np. że Przywieczerski nie był główną figurą FOZZ, nie mają znaczenia”? Mają znaczenie jak najbardziej. Par analogiam: kiedy amerykański sędzia śledczy powiedział publicznie, że on już „dopadnie tego małego sukinsyna i przybłędę”, mając na uwadze osobę Romana Polańskiego, Żyda z paszportem zza żelaznej kurtyny, pochopnie oskarżonego o gwałt na nieletniej, europejskim cywilizowanym prawnikom włosy stanęły dęba. Z racji wypowiedzianych nienawistnych słów o podsądnym, należałoby przecież sędziego od sprawy Polańskiego odsunąć.

    Czy Przywieczerski był niewinny? Czego mianowicie był niewinny? Nie przejechał staruszki na pasach dla pieszych, ani też nie napadł na bank. Kiedy min. Ziobro wrzeszczy, że jego zasługą jest sprowadzenie do Polski przestępcy, który był mózgiem afery FOZZ, w której zdefraudowano od 2 do 8 miliardów dolarów, widać wyraźnie, że pisowski minister sprawiedliwości dla swoich celów politycznych  przygotowuje dla Przywieczerskiego sąd kapturowy, źle obsadzony i niesprawiedliwy. 150 tys. dolarów As biznesu pożyczył nie od FOZZ, lecz od szacownego Royal Bank of Scotland. Ani jednego dolara nie ukradł, a z dyrektorem generalnym FOZZ Grzegorzem Żemkiem założył spółkę headgingową „Trust”, gdy w FOZZ rządził już likwidator.

    Prezes Małgorzata Gersdorf okazała się sędzią sprawiedliwym, lecz nie aż tak nieugiętym jak np. sędzia Tuleya. Pod jej kończącymi się kadencyjnymi rządami, wiceprezes SN,  całkiem podobnie do Państwowej Komisji Wyborczej, która rozpatruje aktualnie wniosek o pozbawienie PiS corocznej subwencji w kwocie 25 mln złotych, za widoczne gołym  okiem przestępcze machinacje przy pozyskiwaniu pieniędzy na październikową kampanię wyborczą 2023 roku , uznała, że dowody w sprawie są niewystarczające. Przeto SN w orzeczeniu z dnia 26 lutego 2019 r., wbrew zaleceniom Trybunału w Strasburgu postanowił sprawy FOZZ osądzonej przez „sędziego wadliwie obsadzonego” nie wznawiać, a kosztami procesowymi obciążyć… Przywieczerskiego.

  Cytuję z uzasadnienia:

     „Art. 41 Konwencji wskazuje jedynie na konieczność zadośćuczynienia pokrzywdzonej stronie w takim zakresie, w jakim prawo państwa nie daje podstawy do przywrócenia stanu poprzedniego (sprzed naruszenia – restitutio in integrum).

      Potrzeba wznowienia postępowania karnego wynikająca z rozstrzygnięcia organu międzynarodowego działającego na mocy umowy międzynarodowej ratyfikowanej przez Rzeczpospolitą Polską (art. 540 § 3 KPK) zachodzi wtedy, gdy przedmiot rozstrzygnięcia Trybunału dotyczy głównego nurtu procesu, a charakter i zakres stwierdzonych w jego toku uchybień w istocie podważa słuszność merytorycznego rozstrzygnięcia.”   

    W swoim pokrętnym myśleniu kombinuję tak: Gdyby  SN szlachetnej pani prof. Gersdorf  zdecydował o nadzwyczajnym  wznowieniu sprawy Przywieczerskiego, wznowieniu musiałyby zostać poddane sprawy także wszystkich pozostałych oskarżonych w procesie FOZZ, w którym o karze orzekał sędzia niesprawiedliwy, pożal się boże, Andrzej Kryże, a to dla jurysprudencji polskiej byłaby totalna katastrofa, zgoła Armagedon. Zastępczyni prezes SN wybrała przeto mniejsze zło, kosztem dobra  wyższego.

   Bo kim w istocie był sędzia Kryże, o którego jurydycznym cnotach rozpisywał się niegdyś tygodnik „Newsweek Polska”? Był małym , skorumpowanym przez Jarosława Kaczyńskiego kauzyperdą, który chciał zrobić szybką karierę na prześladowaniu postkomunistycznych wrogów partii „braci Kaczyńskich”. Tak, jak prezes PiS skorumpował  posła Lecha Kołakowskiego, który ostentacyjnie wystąpił z klubu poselskiego PiS, a po otrzymaniu   synekury w państwowe spółce , do koła PiS natychmiast powrócił , tak per analogiam skorumpował też Andrzeja Kryże obietnicą stanowiska ministra sprawiedliwości po objęciu władzy przez PiS.

    Hola, hola, kolego! Przecież Kryże nigdy nie był ministrem! To prawda, nie był, bo ministrem koniecznie trzeba było  mianować Zbigniewa Ziobrę. Ale w środowisku naszej palestry mówiło się szeptem, że wiceministrem został Kryże, ponieważ obiecał zakończenie sprawy FOZZ prawomocnym wyrokiem przed przedawnieniem. I słowa dotrzymał.

    Kiedy nad procesem FOZZ nieuchronnie zawisł zbliżający się termin przedawnienia czynów przestępnych, cóż uczynił sędzia niezłomny Andrzeje Kryże? Zaproponował politykom PiS przegłosowanie w sejmie ustawy o szczególnym , jednorazowym wydłużeniu terminu przedawnienia przestępstw popełnionych przez aferzystów FOZZ, przy czym zaproponował politykom swoje doradcze usługi prawnicze. W pierwszej fazie śledztwa sędzia Andrzej Kryże wypierał się współuczestnictwa w procedowaniu ustawy sejmowej, ale zmiękł, gdy pokazano mu jego personalia na listach obecności w sejmowej komisji.

     Tę współpracę przy procedowaniu ustawy Trybunał w Strasburgu uznał za niedopuszczalny lobbing. Zainteresowanych tym casusem odsyłam do uzasadnienia wyroku

Trybunału Sprawiedliwości zawieszonego w internecie pod dobrą datą 12 kwietnia 2018 roku na stronie internetowej Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. 

     Pułkownik Georges Marie Picquart nie był filosemitą, gdy wydobywał fałszywie oskarżonego o szpiegostwo Alfreda Dreyfusa z kolonii karnej na malarycznej Wyspie Diabelskiej. Mniemał, że Żydzi są zakałą ludzkości, panoszą się w adwokaturze i komicznie kaleczą piękny język francuski. Ale jako oficer uważał, że w wojsku musi panować regulaminowy porządek i nikogo nie można skazywać na więzienie na podstawie fałszywego dowodu. Nieskromnie powiem, że per analogiam ja też wdaje się w obronę fałszywie oskarżonego i skazanego przez wadliwie obsadzony sąd Dariusza Przywieczerskiego tylko z czystego obowiązku dziennikarskiego, a nie dlatego żebym nosił w sobie jakieś postkomunistyczne sentymenty, na co mam dowód w postaci „kombatanckiej” legitymacji nr 15444 działacza opozycji antykomunistycznej. Sprawa Napoleona i Asa biznesu jest bowiem koronnym argumentem potwierdzającym słuszność wszelkich drastycznych działań naprawczych  ministra sprawiedliwości Adama Bodnara, które zmierzają przecież ku temu, żeby sprawy, podobne do casusu Dariusza Przywieczerskiego, w demokratycznym i praworządnym polskim państwie nie mgły się przydarzać.

                                                                          Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.