Przyslala Ewa Korulska

Joshua Hoffman
Potęga państwa żydowskiego to jeden z najmniej intuicyjnych sukcesów we współczesnej historii.
Większość ludzi, patrząc na dzisiejszy Izrael, zakłada, że jego potęga była nieunikniona: że to naturalna siła Żydów, wspierana przez USA i inne mocarstwa zachodnie, dominująca dzięki „okupacji” i „kolonializmowi osadniczemu”.
Wyobrażają sobie nowoczesne państwo, które od początku było silne i po prostu takie pozostało. W rzeczywistości potęga Izraela to jedna z najbardziej nieprawdopodobnych historii sukcesu naszych czasów. Państwo Izrael powstało nie tylko w ogniu wojny, ale także w desperacji, niedostatku i skrajnej niepewności. Od pierwszego dnia – a właściwie od pierwszych godzin – toczyło egzystencjalną walkę o przetrwanie i przez lata w niczym nie przypominało sprawnie funkcjonującego kraju.
14 maja 1948 r. premier-założyciel David Ben Gurion ogłosił niepodległość. W ciągu zaledwie kilku godzin dokonała się inwazja pięciu armii arabskich. Izrael nie posiadał strategicznego zaplecza, zasobów naturalnych, zjednoczonej armii ani niemal żadnych funduszy.
Jego populacja liczyła około 650 000 osób, w tym ocalałych z Holokaustu uchodźców z Europy oraz Żydów uciekających przed prześladowaniami z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Wielu przybyło w stanie traumy i bez grosza przy duszy. Granice kraju były niemożliwe do obrony, linie zaopatrzeniowe niezwykle kruche, a przyszłość – całkowicie niepewna.
Ben Gurion posiadał jednak niezwykły zmysł polityczny. Rozwiązał rywalizujące ze sobą żydowskie milicje i wymusił utworzenie jednej armii narodowej, wiedząc, że wewnętrzne podziały będą fatalne w skutkach. Zaakceptował granice, które uważał za katastrofalne z militarnego punktu widzenia, ponieważ suwerenność – nawet tak krucha – była warunkiem przetrwania. Priorytetowo potraktował masową imigrację, mimo że gospodarka ledwo była w stanie wyżywić obecnych mieszkańców. Twierdził, że siła demograficzna nie jest kwestią społeczną, lecz strategiczną.
Myślał również o instytucjach. Naciskał na utworzenie rządu cywilnego kontrolującego wojsko, a nie na odwrót. Zainwestował w edukację w czasie, gdy w kraju brakowało chleba, wierząc, że kapitał ludzki jest trwalszy niż jakikolwiek system uzbrojenia. Kiedy generałowie błagali go, by skupił się wyłącznie na bezpośrednich zagrożeniach, Ben Gurion odpowiadał, że naród nie może żyć wiecznie „tylko dzięki mieczowi”. Rozumiał, że budowa państwa wymaga nie tylko działań militarnych, ale i wysiłku społecznego oraz kulturalnego, by stworzyć żywotne społeczeństwo.
„Nasza przyszłość nie zależy od tego, co powiedzą goje (nie-Żydzi), ale od tego, co zrobią Żydzi” – mawiał, podkreślając wagę sprawiedliwości, wolności i demokracji jako fundamentów Izraela. „Los Izraela zależy od dwóch rzeczy: jego siły i jego prawości” – dodał.
Mimo to pierwsze lata istnienia państwa upłynęły w ubóstwie, które dziś trudno sobie wyobrazić. Żywność racjonowano w ramach systemu tzena. Rodziny otrzymywały kupony na chleb, cukier i jajka, a mięso było rzadkością. Buty naprawiano wielokrotnie, bo na nowe nie było stać ani ludzi, ani państwa. Setki tysięcy imigrantów mieszkało w ma’abarot – obozach przejściowych z namiotów i blaszanych baraków – znosząc upalne lata i mroźne zimy. Rząd walczył o zapewnienie dachu nad głową i pracy, jednocześnie odpierając ataki na granicach i szykując się do kolejnej wojny.
Jak zatem to biedne i oblężone państwo stało się potęgą?

(Zdjęcie: Dzieci i nianie w jednym z izraelskich ma’abarot w latach 50. Fot. Wikipedia)
Kluczem było przywództwo. Pokolenie założycieli rozumiało, że przetrwanie wymaga dyscypliny i bezwzględnego priorytetyzowania interesu narodowego. Ben Gurion podejmował skrajnie niepopularne decyzje: przyjął plan podziału ONZ mimo fatalnych granic i zlikwidował milicje na rzecz jednej armii.
Wiedział, że suwerenność jest fundamentem wszystkiego. Rozumiał też wagę wspólnoty, mówiąc: „Nie ma jednej osoby, która decyduje o losie kraju i nie ma osoby, bez której nie można się obejść”.
Moshe Sharett, jako minister spraw zagranicznych, budował relacje dyplomatyczne, które doprowadziły do przyjęcia Izraela do ONZ. Jeszcze przed powstaniem państwa, jako szef departamentu politycznego Agencji Żydowskiej, utrzymywał tajne kanały kontaktu z mocarstwami i przywódcami arabskimi – często działając na granicy prawa obowiązującego w mandacie brytyjskim.
W latach 40. Golda Meir udała się do USA, by zbierać fundusze na obronę i osadnictwo. Jej bezpośredni, pełen pasji styl przemawiania sprawił, że zebrała miliony dolarów – kwoty kluczowe dla zakupu broni i budowy infrastruktury.
Levi Eshkol z kolei słynął ze skrupulatności. Legenda głosi, że w czasie wojny 1948 roku osobiście liczył każdą kulę i każdą lirę. Kiedy oficerowie przedstawiali mu niemożliwe plany finansowe na zakup uzbrojenia, Eshkol potrafił znaleźć środki tam, gdzie inni ich nie widzieli. To połączenie oszczędności z decyzyjnością pozwoliło zbudować system obronny kraju żyjącego w biedzie.
Z kolei Isser Harel przełamał bariery partyjne w służbach bezpieczeństwa. Wbrew polityce Ben Guriona, który marginalizował prawicę (hasło „bez Herut i Maki”), Harel zatrudniał w Shin Bet i Mossadzie specjalistów bez względu na ich poglądy. Dzięki temu wywiad stał się najpotężniejszym atutem Izraela, dając mu asymetryczną przewagę nad znacznie większymi przeciwnikami.
W cieniu działał Shimon Peres. Jako dwudziestoparolatek budował infrastrukturę obronną, gdy mało kto wierzył w sukces projektu „Izrael”. To on, jako 29-letni dyrektor generalny Ministerstwa Obrony, współplanował kampanię synajską w 1956 roku. Wtedy też dostrzegł szansę na zdobycie strategicznej przewagi, która zmieniła wszystko.
W tajnej willi we Francji Peres przedstawił propozycję, która wydawała się skazana na porażkę. Jednak francuscy ministrowie, wbrew oczekiwaniom, zgodzili się pomóc Izraelowi w stworzeniu programu nuklearnego. Droga była wyboista: opór wewnętrzny, radzieccy szpiedzy i naciski USA (w tym samego Kennedy’ego) groziły fiaskiem.
Kluczowy moment nastąpił we wrześniu 1957 roku. Umowa z Francją była gotowa, ale rząd francuski chwiał się w posadach. Peres musiał działać błyskawicznie. Choć francuski minister spraw zagranicznych Pineau obawiał się reakcji USA i ZSRR, Peres przekonał go argumentem o bezpieczeństwie Zachodu.
Ostatni podpis miał złożyć premier Maurice Bourgès-Maunoury. Peres czekał w jego biurze do północy, podczas gdy w parlamencie trwało głosowanie nad wotum nieufności. Rząd upadł. Następnego ranka Ben Gurion był przekonany, że misja Peresa zakończyła się klęską. Nie wiedział jednak, że Peres rano dopadł ustępującego premiera. Wyczerpany Bourgès-Maunoury, nie mając już formalnej władzy, pod naciskiem Peresa podpisał dokument, antydatując go na dzień poprzedni. Jak podsumował to później Peres: „Ta data czy inna, jakie to ma znaczenie między przyjaciółmi?”.
Założyciele Izraela wiedzieli jednak, że technologia i wywiad to tylko narzędzia. Prawdziwą siłą byli ludzie. Obowiązkowa służba wojskowa stała się „tyglem narodowym”, łączącym bogatych, biednych, religijnych i świeckich, tzabarim i świeżych imigrantów. To tam młodzi ludzie uczyli się brać odpowiedzialność za kraj, co później przenosili do świata biznesu i technologii.
Różnorodność Izraela, często postrzegana jako słabość, okazała się jego siłą. Choć Żydzi przybyli z całego świata, łączą ich wspólne ramy cywilizacyjne: nacisk na edukację, debatę i poczucie obowiązku. W Izraelu spór jest normą, a zaangażowanie – wymogiem.
Dlatego po 7 października nikogo w Izraelu nie zdziwiło, że setki tysięcy rezerwistów – od celebrytów po dyrektorów korporacji – porzuciło swoje życie, by bronić kraju. To jest oblicze Izraela, którego świat często nie dostrzega: społeczeństwo spojone głęboką lojalnością wobec siebie nawzajem. To matki ruszające na służbę o świcie i sąsiedzi otwierający domy dla obcych.
To połączenie odwagi, kreatywności i specyficznego humoru pozwoliło Izraelowi przetrwać. Siła tego państwa nigdy nie była mierzona wyłącznie liczbą czołgów czy głowic. Prawdziwą potęgą Izraela jest naród, który nie akceptuje porażki i potrafi patrzeć w przyszłość z nadzieją, nawet w najtrudniejszych chwilach.
I to właśnie czyni Izrael potężnym.
Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, w jaki sposób Izrael stał się tak potężny
Kategorie: Uncategorized


Do Piotra. WSZYSTKO CO JEST NAPISANE W ARTYKULE SAMA PRAWDA I WCALE ”NIE POWIERZCHOWNY I POLITYCZNIE NAIWNY” A NA DODATEK NAPISALES ”NIIEKIEDY DEZINFORMUJACY” – JEZELI MIESZKASZ W IZRAELU LUB NIE TO NAPRAWDE: nie zdajesz sobie sprawy, w jaki sposób Izrael stał się tak potężny!
To zasadniczo prawdziwy w zrębach opis.Jednak powierzchowny i politycznie naiwny.Niekiedy dezinformujący.
Ale przy tym co dotychczas było pisane,dobrze się czyta.