
Rivka Hellendall
Jacob Israël de Haan, Anne Frank i Hind Rajab
Ten, który często mówił w Amsterdamie: „Jerozolima”
I pociągała go Jerozolima,
Mówi zamyślonym głosem:
„Amsterdam, Amsterdam”.
— Jacob Israël de Haan (1881–1924)

„Koningsplein w Amsterdamie, lato”, Isaac Israëls, ok. 1894–98
Amsterdam jest jedynym dużym miastem, w którym mieszkałam i czułam się jak w domu jako dorosła osoba, zanim przeniosłam się do drugiego najważniejszego miasta mojego życia – Jerozolimy (która jest jego niemal duchowym przeciwieństwem). W rzeczywistości urodziłam się i wychowałam w zielonej, konserwatywnej podmiejskiej miejscowości Amstelveen, oddalonej o około dziesięć minut jazdy rowerem (tak!) od stolicy Holandii. Można jednak śmiało powiedzieć, że Amstelveen nie zainspirowało i prawdopodobnie nigdy nie zainspiruje żadnej znaczącej poezji. Myślę, że przedmieścia istnieją głównie po to, aby odebrać nam wszystko, co nie odzwierciedla nadrzędnego pragnienia pozostawania w strefie komfortu.
Amsterdam jest jednak miastem paradoksalnym. W międzynarodowej wyobraźni reprezentuje niemal wszystkie rodzaje występków (patrz: prostytucja i marihuana), ale ta swobodna atmosfera odbija się echem w spokojnych wodach kanałów. To metropolia, która nie sprawia wrażenia metropolii. Brakuje mi lepszego słowa, ale wydaje się dziwnie urocza. Jakby Amsterdam nie chciał niczego więcej niż być urokliwym, mimo swojego wyrazistego charakteru – rodzaj Disney Worldu, ale z kategorią wiekową R. „Nie obchodzi nas, jakie wybryki Państwo wyczyniają, o ile nie psują naszej przytulnej atmosfery” – to nieoficjalne motto Amsterdamu od wieków. Jednak dla Żydów mieszkających w tym mieście ta atmosfera już nie istnieje. Miasto, które przyjęło przodków Spinozy pod warunkiem, że nie zakłócą spokoju, ponownie zwróciło się przeciwko swojej najstarszej i najbardziej wpływowej mniejszości.

Fragment obrazu „Spinoza wyklęty” autorstwa Samuela Hirszenberga, 1907 r. © GL
A co z inną, prawdopodobnie jeszcze bardziej znaną mieszkanką Amsterdamu, Anną Frank? Nie dajcie się zwieść: ta wszechobecna ikona Holokaustu za życia nie była holenderską nastolatką. Urodziła się we Frankfurcie nad Menem i przybyła do Amsterdamu w wieku czterech lat, ale rodzina Franków stała się oficjalnie bezpaństwowa, gdy naziści odebrali im niemieckie obywatelstwo w 1941 roku. Anne, jej siostra Margot i matka Edith zginęły w Bergen-Belsen jako bezpaństwowczynie. Przywłaszczanie jej postaci przez Holendrów jako symbolu, który ma świadczyć o ich kulturze, jest w gruncie rzeczy absurdalne. A jednak właśnie w ten sposób jest ona nieformalnie przedstawiana w mieście w 2025 roku.

Plakat przedstawiający Anne Frank obok palestyńskiej dziewczynki Hind Rajab był eksponowany w centrum miasta (ulica Rokin) przez prawie rok, zanim go zobaczyłam. Hind Rajab zginęła w Strefie Gazy w styczniu 2024 roku. Czerwony Półksiężyc oskarżył Izrael o celowe zaatakowanie samochodu jej rodziny, podczas gdy izraelskie siły zbrojne twierdzą, że nie miały w tym rejonie żadnych jednostek. Sześcioletnia Hind szybko stała się międzynarodowym symbolem cierpienia mieszkańców Gazy. Miasto Amsterdam poprosiło muzeum EYE o wyświetlanie jej zdjęcia przez kilka tygodni w geście solidarności. Stało się to po tym, jak burmistrz Femke Halsema oświadczyła, że wolałaby „trzymać konflikt [izraelsko-palestyński] z dala od Amsterdamu”. Oczywiście oświadczenie to przestało obowiązywać, gdy zaledwie dwa miesiące wcześniej jej wyborcy z entuzjazmem wrzucali Izraelczyków do kanałów w ramach jawnego pogromu.
Nie udało mi się znaleźć nikogo, kto sprzeciwiłby się wspomnianemu plakatowi, ale uważam go za szczególnie rażący w kontekście historycznym. Śmierć dzieci jest zawsze tragiczna, ale Izrael nie zabił młodej Hind dlatego, że była Palestynką. Stała się ofiarą wojny, co samo w sobie jest straszne, ponieważ wojna zawsze niszczy życie niewinnych. Nie czyni to jednak z niej ofiary ludobójstwa – w przeciwieństwie do Anny Frank i wbrew temu, co twierdzi duża część lewicy.
Z drugiej strony Hamas zabił Ariela i Kfira Bibasów (pięciolatka i niemowlę) właśnie dlatego, że byli Żydami. Gdyby Anne urodziła się jako Adi Efraimi w kibucu Nir Oz w XXI wieku, „sąsiedzi” Hind ponownie wysłaliby ją na śmierć bez wahania. Gdyby zaś Hind urodziła się w Beit Safafa w Jerozolimie zamiast w Tel al-Hawa w Gazie, dorastałaby bez przeszkód. Mogłaby zostać kasjerką w banku, farmaceutką lub lekarką – jak wielu arabskich obywateli Izraela, którzy każdego dnia odnoszą sukcesy. Postaci Anne i Hind nie są zamienne – one nigdy nie istniały na tej samej płaszczyźnie.
Widać jednak wyraźnie, że współcześni mieszkańcy Amsterdamu bez zażenowania wykorzystują pamięć o Annie Frank jako broń przeciwko Izraelowi – państwu, które 7 października padło ofiarą antysemickiego mordu, wyrastającego z nienawiści tej samej, która osiemdziesiąt lat temu skazała na śmierć amsterdamczyków pochodzenia żydowskiego. Znam zbyt wiele żydowskich rodzin w Holandii, które w ciągu ostatnich dwóch lat zdecydowały się zdjąć mezuzę z odrzwi. Kiedy odwiedzam znajomych, mając przypiętą do płaszcza żółtą wstążkę (symbol pamięci o zakładnikach), lokalni Żydzi postrzegają to jako akt odwagi. Mało kto odważy się dziś nosić kipę w miejscach publicznych; większość znika pod czapkami z daszkiem zaraz po wyjściu z synagogi.

Nawet teraz głosy antyizraelskiej propagandy nie milkną. Kilka dni temu zrobiłam te zdjęcia:
To plac Dam, serce starego Amsterdamu. To tutaj w zeszłym roku wybuchły pogromy przeciwko izraelskim kibicom. Kiedy robiłam to zdjęcie, z megafonów na całym placu niosły się krzyki (rzekomo) palestyńskich dzieci. W tle widać Nowy Kościół (Nieuwe Kerk) z różowym banerem „Mokum”, reklamującym wystawę o historii amsterdamskich Żydów. Nazwa „Mokum” pochodzi od hebrajskiego makom, co oznacza „miejsce”. Żydzi nadali miastu tę czułą nazwę w czasach, gdy było im ono przyjazne. Jak przechodnie mają pogodzić wystawę poświęconą społeczności, której 80 procent wymordowano w Holokauście, z demonstracjami przedstawiającymi Izraelczyków jako ludobójców? Dara Horn nie mogłaby wymyślić lepszego przykładu do swojej książki People Love Dead Jews.
Co gorsza, Holandia oficjalnie wycofała się z Eurowizji, ponieważ Izrael weźmie w niej udział. Stacja AVROTROS oświadczyła, że nie może uczestniczyć w konkursie, gdyż rząd Izraela wykorzystuje festiwal jako „instrument polityczny”. To fascynujące, biorąc pod uwagę, że AVROTROS również jest finansowany przez państwo. Czy uważają się zatem za organ polityczny rządu holenderskiego? Im bardziej Holandia demonizuje związki z Izraelem, tym trudniejsze staje się życie holenderskich Żydów w przestrzeni publicznej. Żadne „muzealizowanie” ich historii tego nie zmieni.
Z przykrością muszę stwierdzić, że Amsterdam, który znałam ze studiów, już nie istnieje. Zawsze będzie miał miejsce w moim sercu, ale dziś nie ma w nim przestrzeni dla mojej żydowskiej, syjonistycznej tożsamości. Po 7 października w tym mieście zabrakło wolności dla żydowskiej ekspresji. Tęsknię za jego urokiem i kanałami, ale mam nadzieję, że przynajmniej pozostanie tak spokojne, na jakie wygląda na obrazach.
Dlaczego Amsterdam nie jest już moim miastem

Kategorie: Uncategorized


ml: Dobre pytanie! I mnie ostatnio nie raz przychodziło do głowy. Niestety, walka Geerta Wildersa z wyznawcami Koranu w Holandii okazała się przysłowiową walką d..y z kijem. O wszystkim w ostateczności decyduje demografia, a także opanowanie szkolnictwa przez lewaków, jak prawie wszędzie na Zachodzie.
”…urodziłam się i wychowałam w zielonej, konserwatywnej podmiejskiej miejscowości Amstelveen, oddalonej o około dziesięć minut jazdy rowerem (tak!) od stolicy Holandii.” – A ja dotąd myslałem że stolicą Holandii (państwa, nie krainy) jest Haga (Den Haag).
Pytanie : Czy proizraelski Gert Wilders i jego partia, podobna najwieksza w Holandii nie maja zadnego wplywu ?
Widocznie nie.