Uncategorized

Syjonizm pod mikroskopem alergików politycznych

Anna Grabowska

Zaczynam się naprawdę zastanawiać, czy część współczesnych filozofów nie powinna dostać obowiązkowego zakazu zbliżania się do definicji słów częściej niż raz na dekadę. Bo kiedy widzę, jak termin „syjonizm” jest przez nich rozciągany, ściskany, wyginany i ostatecznie duszony na potrzeby własnych światopoglądowych spazmów, to mam ochotę zapytać: czy naprawdę tak trudno zaakceptować, że naród żydowski ma dokładnie takie samo prawo do państwa jak wszyscy inni?

Jak widać – trudno.

Profesor Hartman napisał dzisiaj rzecz, która jest zjawiskiem nie tyle indywidualnym, ile strukturalnym: że syjonizm oznacza dziś „prawicową nacjonalistyczność” i dlatego on się od tego dystansuje. Nie jest pionierem. Jest kolejnym ogniwem całego akademickiego łańcucha ludzi, którzy postanowili, że skoro współczesna izraelska prawica używa słowa „syjonizm”, to całą historię ruchu trzeba wrzucić do tego samego worka. Oczywiście bez wahania, bez refleksji i bez elementarnej uczciwości definicyjnej.

To nie jest analiza.

To jest nurt, hermetyczne środowisko, które od lat traktuje syjonizm jak zanieczyszczoną kategorię, wymagającą natychmiastowej dekontaminacji, choć nikt nie jest w stanie wyjaśnić, co dokładnie się w tym słowie zepsuło.

Judith Butler robi to samo, tyle że w bardziej akademickiej kiecce: wrzuca syjonizm do szuflady „nacjonalizmu”, zamyka i ogłasza, że tak już jest. Shlomo Sand poszedł krok dalej i skoro nie potrafił pogodzić się z tym, że naród żydowski istnieje, to ogłosił, że został wymyślony – a syjonizm wraz z nim. Ilan Pappé nie zadaje sobie trudu, by rozróżnić ruch narodowo-wyzwoleńczy od kolonializmu; wszystko, co nie pasuje do jego ideologii, zostaje brutalnie spłaszczone do jednego słowa: opresja.

To nie są pojedyncze przypadki. To szkoła intelektualna. Szkoła, w której skurcz światopoglądowy bywa mylony z głębią refleksji. Mechanizm jest prosty jak konstrukcja cepa:

Bierzemy najbardziej kontrowersyjny margines współczesnej izraelskiej polityki, ogłaszamy go „esencją syjonizmu” i budujemy wokół tego całą teorię moralnej wyższości.

I voilà – pojęcie „syjonizm” staje się rzekomo etykietą, przed którą trzeba ostrzegać dzieci i filozofów o słabych nerwach.

Ale niestety, ta definicja ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co zimowa kurtka z meteorologią. Jest projekcją własnych lęków, nie opisem zjawiska. To nie syjonizm jest problemem – to niezdolność do zaakceptowania, że Żydzi mają prawo do państwowości, jest problemem.

A teraz pozwolę sobie na ironię, której w tych debatach zawsze brakuje. Bo mnie nikt nie może posądzić o stronniczość. Od jakiegoś już czasu jestem politycznie bezdomna – ani prawica, ani lewica nie stanowią dla mnie żadnej intelektualnej ojczyzny. Siedzę z boku, przyglądam się temu paradnemu spektaklowi i widzę jedno: że cała ta rekonfiguracja znaczeń wynika nie z faktów, ale z ideologicznej wrażliwości.

Nie z wiedzy, ale z alergii; nie z historii, a z nerwowości.

Oraz nie z faktów, ale z niechęci do uznania, że pewne prawa są uniwersalne albo nie istnieją wcale.

Bo gdyby syjonizm naprawdę oznaczał „prawicową nacjonalistyczność , to Amos Oz, Hannah Arendt, Albert Einstein i David Ben Gurion musieliby być prawicowymi nacjonalistami. A jeśli ktoś jest gotów napisać taki absurd, to naprawdę czas na kaszkiet, herbatę z melisy i długi urlop od twórczości teoretycznej.

Zadziwia mnie w tym wszystkim jedno: ci sami ludzie, którzy prawią elaboraty o prawach człowieka, samostanowieniu i emancypacji narodów, gdy tylko pada słowo „syjonizm”, nagle zaczynają kręcić się jak kot na rozgrzanym dachu. Jakby naród żydowski stanowił wyjątek od zasady, że każdy naród ma prawo do państwa. Jakby Żydzi powinni trwać w diasporze ku chwale akademickich koncepcji, zamiast żyć w suwerennym państwie, które chroni ich przed światem, który kilkanaście razy próbował ich wymazać. Można oczywiście redefiniować słowa w nieskończoność. Można. Tylko że to nie słowa się wtedy zmieniają, to ich autorzy stają się coraz mniejsi, coraz bardziej nerwowi, coraz bardziej oderwani od rzeczywistości.

Syjonizm nie potrzebuje obrony. To oni potrzebują wyjaśnienia, dlaczego tak panicznie boją się słowa, które oznacza po prostu prawo Żydów do domu.

A prawo do domu to ostatnia rzecz, którą powinno się relatywizować na katedrze filozofii.

Photo: Statek Pan-York, na którego pokładzie znajdują się uchodźcy żydowscy, będący teraz obywatelami nowo utworzonego Państwa Izrael, cumuje w Hajfie. Statek przypłynął z południa Europy do Izraela przez Cypr. Hajfa, Izrael, 9 lipca 1948 r.National Archives and Records Administration, College Park, MD

Syjonizm pod mikroskopem alergików politycznych

Wszystkie wpisy Ani TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Podziwiam Panią AG Jako jedna z lepszych komemtatorów nie tyko pisze wyjątkowo sensownie, ale jeszcze ma cierpliwość i nerwy komentować grafomanie profesora H. i jemu podobnych.

    Brawo!

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.