Autor: Alicja Teodorescu

Zdjęcie roku 2026. Źródło: X
Wszystko, co kiedykolwiek się wydarzyło, może się powtórzyć. To zarazem groźba i obietnica. Potężne imperia upadały, wspaniałe cywilizacje obracały się w niebyt, a najbardziej odrażające dyktatury ulegały implozji. Cytując Lenina: „Są dekady, w których nic się nie dzieje, i są tygodnie, w których dzieją się dekady”.
Być może świat znajduje się właśnie w takim historycznym momencie. Dopiero z perspektywy czasu można z całą pewnością stwierdzić, kiedy strach zmienia strony; kiedy role się odwracają, a lęk przed despotą – dotąd paraliżujący masy – niemal niezauważalnie przenosi się na samego despotę, który nagle zaczyna bać się tłumu, jaki wcześniej uciskał.
Z tej samej perspektywy często można zidentyfikować iskrę, która wznieciła pożar; moment, w którym ludzie w końcu znajdują siłę do buntu – w pełni świadomi, że stawką jest ich życie. Moment, w którym despota zdaje sobie sprawę, że rzeczywistość go dogoniła i nie ma już odwrotu. Kiedy kontrola wymyka się z rąk, wojsko i policja bratają się z ludem, a fasada systemu ostatecznie pęka. Gdy mury padają, a ludzie znów się jednoczą, wszystko, co wczoraj wydawało się niemożliwe, staje się rzeczywistością – nieuniknioną i oczywistą.
W takich chwilach przypominamy sobie, że historia zawsze może potoczyć się nieprzewidywalnymi ścieżkami i że ostatecznie zależy ona od wyborów odważnych jednostek. To lekcja o tym, że logika dyktatury – oparta na ucisku, inwigilacji i nędzy – jest zawsze sprzeczna z naturą człowieka i jego wrodzonym pragnieniem wolności.
Rozwój sytuacji w Iranie w ostatnich tygodniach jest wyjątkowy, mimo że spotkał się z zaskakująco małym zainteresowaniem mediów światowych i krajowych. Nikt nie wie, jak to się skończy, ale jasne jest, że szerokie powstanie ludowe – jednoczące tym razem młodych i starych, bogatych i biednych przeciwko opresyjnemu reżimowi islamistycznemu – ma potencjał, by nie tylko wyzwolić Irańczyków po niemal półwieczu niewoli, ale i trwale przekształcić cały Bliski Wschód.
Sytuacja w Iranie obnaża paradoksy tkwiące w dyktaturach: społeczeństwo trzymane w ryzach represji nieuchronnie gnije od środka. Teokratyczny reżim mułłów trwał od 1979 roku nie dzięki poparciu społecznemu, lecz dzięki bezwzględnej brutalności – więzieniom, egzekucjom i wszechobecnej policji obyczajowej.
Obecnie kraj pogrążony jest w zapaści gospodarczej, która uderza we wszystkie klasy społeczne. Z mitu o niepokonanej potędze militarnej i rakietach balistycznych pozostało jedynie wspomnienie po upokarzającej, 12-dniowej wojnie z Izraelem w zeszłym roku. Rozpad iluzji zawsze boli najbardziej.
Kiedy strach przestaje dusić ludność – bo gdy nie ma się już nic do stracenia, traci się też lęk – powstaje próżnia legitymizacji. To właśnie tę słabość mułłowie w panice próbują ukryć przed światem. Dlatego odcinają Internet, dlatego oskarżają USA („Wielkiego Szatana”) i Izrael („Małego Szatana”) o inspirowanie zamieszek.
Iran jest dziś kluczowym ogniwem osi dyktatur – obok Rosji, Chin i Korei Północnej – zagrażających światowemu pokojowi. Upadek terrorystycznego reżimu mułłów uderzyłby rykoszetem w Rosję, która po wydarzeniach w Wenezueli i pojmaniu prezydenta Maduro traci kolejnego sojusznika.
Świat stanie się po prostu bezpieczniejszy, jeśli upadnie reżim dążący do zdobycia broni jądrowej i od dekad finansujący armie pośrednie (tzw. proxies): Hamas w Gazie, Hezbollah w Libanie czy Huti w Jemenie. Dla każdego Irańczyka, który przeżył życie w systemowym ucisku uderzającym zwłaszcza w kobiety i mniejszości, ta rewolucja jest wydarzeniem na miarę upadku muru berlińskiego.
Mimo to głosy wsparcia są nikłe. Milczy „propalestyńska” lewica, milczy zwykle tak aktywna Greta Thunberg i rzesze aktywistów, którzy powinni triumfować z powodu oporu uciskanego narodu. Przecież bez udziału mułłów szanse na pokój między Izraelem a Palestyńczykami wzrosłyby wykładniczo.
Może nie jest to aż tak dziwne, jeśli spojrzeć głębiej. Skoro reżim irański finansujący Hamas jest głównym wrogiem Izraela, to ludowe powstanie przeciwko niemu psuje narrację dzielącą świat na „ofiary” i „sprawców” według ideologicznego klucza. Zwycięża logika: „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”.
Jak inaczej rozumieć analizy (np. w DN), w których książę Reza Pahlavi, postać skandowana przez tłumy w Iranie, opisywany jest z lekceważeniem jako „relikt przeszłości” mający „powiązania z Izraelem”? Sugeruje się czytelnikom, że te powiązania to „sól w oku” Irańczyków. To absurd. Naród irański buntujący się przeciwko reżimowi ma dokładnie ten sam interes co Izrael: chce obalenia siły destabilizującej region.
Wyjaśnijmy to, czego wielu komentatorów boi się przyznać: nie da się popierać narodu irańskiego, nie odcinając się jednocześnie od islamizmu, terroryzmu i fanatycznych wizji zniszczenia Izraela. Nie da się wspierać irańskich kobiet, nie opowiadając się za demokracją i sekularyzmem. Albo wybierasz wartości zachodnie i stajesz po stronie wolności, albo milczysz, co w tym historycznym momencie jest de facto opowiedzeniem się po stronie reżimu, Hamasu i Maduro.
Być może mułłowie upadną jutro, być może za rok. Nikt tego nie wie, ale wielu na to liczy. Reżim stoi przed dylematem bez wyjścia: jeśli nie zaostrzy represji, zamieszki się rozleją; jeśli posunie się do masakry, ryzykuje interwencję zewnętrzną. Szach-mat, ajatollahu Chamenei!
Nawet jeśli rewolucja zostanie zdławiona w zarodku, przyczyny buntu nie znikną: nędza, korupcja i brak nadziei będą dalej drążyć system. Warto więc pytać, kto zastąpi mułłów. Obecna sytuacja wskazuje, że Reza Pahlavi jest najbardziej realną figurą konsolidującą opozycję w fazie przejściowej.
Nie wolno jednak przeceniać samej siły rewolucji, zapominając o znaczeniu instytucji. Lekcja Arabskiej Wiosny była gorzka: wolność wymaga czegoś więcej niż obalenia tyrana. Wymaga odpowiedzialności i szacunku dla prawa, które musi stać ponad lojalnością klanową czy religijną.
Upadek mułłów otworzy historyczną szansę, ale i puszkę Pandory. Może być początkiem żmudnej drogi ku świeckiemu państwu prawa albo stoczeniem się w chaos, jeśli instytucje nie będą gotowe. Jedno jest pewne: fundamenty przyszłego Iranu wykuwają się dziś na ulicach. Przez kobiety odrzucające hidżaby i mężczyzn odmawiających posłuszeństwa. Przez ludzi, którzy zrozumieli, że strach już ich nie chroni – i że wolność jest warta każdej ceny.
Największym wrogiem mułłów nie jest Izrael ani USA, lecz naród irański
Kategorie: Uncategorized

