
Guy Goldstein
Ameryka jest wystawiana na próbę – i to nie tylko w teorii. Od ponad dwóch tygodni w jednym z najniebezpieczniejszych reżimów na świecie trwa masowe powstanie. Na ulicach Iranu wrze bunt. Reżim zareagował kulami, egzekucjami, masowymi aresztowaniami i blokadą informacyjną, aby ukryć skalę represji.
To nie jest zwykły spór polityczny. To lud walczący z tysiącletnią teokracją, która od prawie pół wieku definiuje się poprzez wrogość wobec Stanów Zjednoczonych i przemoc wobec własnych obywateli. Kiedy rozpoczęła się ta konfrontacja, prezydent Trump ostrzegł irański reżim w jednoznacznych słowach. Nie groził cłami ani sankcjami. Powiedział: „Jesteśmy gotowi do działania”. Wyznaczono nieprzekraczalną granicę.
Od tego ostrzeżenia minęło już dziesięć dni. W tym czasie reżim otwarcie rzucił wyzwanie Stanom Zjednoczonym: odciął kraj od środków komunikacji i nasilił pacyfikację protestujących. Szacunki dotyczące liczby ofiar są rozbieżne właśnie dlatego, że państwo kontroluje przepływ informacji. Nawet ostrożne dane wskazują na setki zabitych. Inne źródła, podawane przez media na uchodźstwie i sieci obrońców praw człowieka działające mimo blokady, mówią o znacznie wyższej liczbie ofiar.
Tysiące osób trafiły do aresztów. Irański wymiar sprawiedliwości wydał oświadczenia sugerujące rychłe, doraźne egzekucje przywódców protestów. Historia czeka na odpowiedź prezydenta Trumpa.
Ten moment jest sprawdzianem nie tylko determinacji prezydenta czy potęgi Ameryki. To sprawdzian jej znaczenia. To ostateczne referendum nad tym, co faktycznie oznacza hasło „Make America Great Again”, gdy retoryka zderza się z rzeczywistymi konsekwencjami.
Stany Zjednoczone powstały w wyniku rewolucji wspieranej przez obce mocarstwo. Nie dzięki „zmianie reżimu” czy okupacji, lecz dzięki wsparciu. Francuskie okręty pod Yorktown nie dyktowały treści amerykańskiej konstytucji – one umożliwiły Amerykanom wywalczenie wolności na własnych warunkach. To rozróżnienie jest kluczowe, ponieważ ukształtowało amerykański instynkt: legitymizacja władzy pochodzi od ludu, siła może być użyta do stworzenia przestrzeni dla tej legitymizacji, a imperium jest czymś, czemu należy się opierać, a nie co należy naśladować.
Ten sam instynkt objawił się, gdy młoda republika stanęła w obliczu państw berberyjskich. Pod rządami Thomasa Jeffersona Ameryka odmówiła płacenia daniny islamskim reżimom, które zniewalały marynarzy i usprawiedliwiały wymuszenia teologią. Jefferson nie dążył do przebudowy Afryki Północnej ani nie okupował Trypolisu. Użył ograniczonej siły, aby położyć kres poddaństwu i stworzyć mechanizm odstraszania. Lekcja była prosta: uległość zachęca drapieżcę, a determinacja wyznacza granice.
To właśnie te wartości uczyniły Amerykę wielką. Dlatego sytuacja w Iranie ma tak fundamentalne znaczenie.
Iran nie jest po prostu kolejnym państwem autorytarnym. To rewolucyjna teokracja, której fundamentem był atak na Amerykanów i wzięcie ich jako zakładników. To system, który zinstytucjonalizował hasło „Śmierć Ameryce” jako ideologię państwową, budując regionalne imperium bojówek i zbliżając się do progu nuklearnego. Państwem rządzą ludzie wierzący, że historia ma z góry ustalony kres, a masowa śmierć może być sakramentem. Nie ma na świecie groźniejszej filozofii sprawowania władzy.
Dziś reżim ten ponownie mierzy się z potężnym wewnętrznym buntem. Prezydent Trump instynktownie wyczuł powagę sytuacji. Zagroził, że Ameryka przyjdzie z pomocą protestującym, jeśli masakra będzie trwała. Nie były to rzucone na wiatr słowa. To obietnica, którą usłyszano w Teheranie, Tel Awiwie, Rijadzie, Moskwie i Pekinie. Stała się ona testem wiarygodności.
A jednak teraz, gdy ta wiarygodność jest ważona, Ameryka zaczyna się wahać. To w tym miejscu ruch MAGA ulega pęknięciu i tu rozstrzygnie się jego przyszłość.
Jeden nurt ruchu czerpie z dawnych amerykańskich przekonań: suwerenność i odstraszanie mają znaczenie, a tyrania nie jest moralnie neutralna. Kiedy wolność stawia opór przemocy, Ameryka nie chowa się za procedurami ani nie paraliżuje hipotetycznymi rozważaniami. Działa tak, by umożliwić uciskanym walkę, nie próbując przejąć ich rewolucji.
Drugi nurt zniekształca ten instynkt, sprowadzając go do czegoś znacznie mniejszego: izolacjonizmu przebranego za „realizm”, uległości nazywanej „powściągliwością” oraz polityki tożsamości, która redukuje Amerykę z wielkiej idei do zamkniętego plemienia.
JD Vance stał się ucieleśnieniem tego dryfu. Jego nacisk na opóźnianie działań na rzecz dyplomacji z reżimem, który morduje ludzi na ulicach, nie jest ostrożnością – jest abdykacją. Jego bliskość z ruchami dążącymi do przedefiniowania Ameryki jako wąskiego projektu religijnego lub etnicznego odziera koncepcję wielkości narodowej z jej pierwotnego sensu.
Nie można ignorować toczącej się wojny informacyjnej. To nie przypadek, że irańskie media państwowe nagłaśniają izolacjonistyczne głosy w Ameryce. Teheran chce, by Amerykanie pogrążyli się w paraliżujących sporach. Chce importować podziały do wnętrza USA.
Historia daje nam brutalne ostrzeżenie. Gdy Barack Obama wyznaczył „czerwoną linię” w Syrii, a potem jej nie wyegzekwował, lekcja nie dotyczyła broni chemicznej, lecz wiarygodności. Arabska Wiosna zakończyła się rzezią i wojnami zastępczymi. Rosja zrozumiała, że może się posuwać dalej, a Iran – że może bezkarnie naciskać. Świat pojął, że amerykańskie groźby są jedynie warunkowe.
Od Jimmy’ego Cartera po Joe Bidena polityka USA wobec Iranu oscylowała między presją a wyciągniętą dłonią, przy czym negocjacje często były oderwane od realnych narzędzi nacisku. Efektem nie jest umiarkowanie, lecz państwo u progu atomowego, rządzone przez ludzi wierzących w konstruktywną moc apokalipsy.
W takim kontekście dzisiejsze wahanie jest niebezpieczne. Nie chodzi o inwazję czy decydowanie o przyszłości Iranu. Chodzi o to, czy Ameryka rozumie różnicę między wspieraniem wolności narodów a legitymizowaniem ich oprawców.
Narzędzia są pod ręką: przełamanie blokady informacyjnej, uderzenie bezpośrednio w aparat bezpieczeństwa i jego liderów, zamrożenie i przejęcie aktywów reżimu, ujawnienie łańcuchów dowodzenia oraz wywarcie realnej presji militarnej we współpracy z sojusznikami. Należy stworzyć warunki, w których Irańczycy sami będą mogli zdecydować o swoim losie.
Nie okupujcie kraju. Nie próbujcie nim rządzić. Ale też nie negocjujcie z mordercami, gdy ciała ich ofiar jeszcze nie ostygły.
Koszt błędu wykroczy daleko poza granice Teheranu. Reżim, który przetrwa dzięki masakrom, utwierdzi się w przekonaniu, że brutalność popłaca. Sojusznicy uznają, że amerykańskie gwarancje są nic niewarte, a przeciwnicy – że groźby Waszyngtonu są tymczasowe. Nuklearna teokracja uzna zaś, że może przekraczać każdą granicę bez konsekwencji.
Odstraszanie nie działa na wroga, który uświęca męczeństwo. Doktryna wzajemnego zniszczenia (MAD) nie powstrzyma kogoś o takim światopoglądzie. To nie jest problem regionalny – to globalna katastrofa w toku.
Dlatego właśnie „moment irański” jest decydujący. Jeśli MAGA ma być ruchem przywracającym Ameryce pewność siebie, moralną jasność i gotowość do obrony wolności bez popadania w imperializm, to Iran jest jego poligonem doświadczalnym. Jeśli ruch ten ulegnie strachowi i frakcyjności, okaże się jedynie kolejnym rozdziałem w historii amerykańskiego odwrotu.
Historia nie zapamięta haseł. Zapamięta to, czy Ameryka potrafiła rozpoznać samą siebie, gdy postawiono przed nią lustro.
Iran wystawia na próbę wielkość Ameryki
Kategorie: Uncategorized

