Uncategorized

Trybunał sumienia czy trybunał wygody? O tym, jak MTK zapomina, po co powstał


Anna Grabowska

Sprawa Międzynarodowego Trybunału Karnego, Izraela i grudniowej decyzji z 2025 roku przeszła w wielu mediach niemal bez echa. Ktoś, kto myśli, że była mało istotna, jest w błędzie. Było cicho, bo to wszystko, nie mieści się w prostym schemacie myślenia. Ja sama natknęłam się na nią głównie na X i sporadycznie w kilku anglojęzycznych i francuskojęzycznych źródłach. W głównym nurcie, cisza albo skrótowe slogany. A szkoda, bo to jeden z tych tematów, które nie dotyczą wyłącznie Izraela, Netanjahu czy bieżącej wojny, lecz samej konstrukcji prawa międzynarodowego i tego, czy jeszcze rozumiemy, po co ono w ogóle zostało stworzone. Impulsem do napisania tego tekstu był bardzo dobry, precyzyjny, wręcz chirurgiczny artykuł opublikowany przez Sarę Scialom – francuską adwokatkę specjalizującą się w międzynarodowym prawie karnym. Tekst jest znakomity pod względem faktograficznym, oparty na dokumentach MTK, orzecznictwie i literalnej analizie Statutu Rzymskiego. Jest też, co uczciwie trzeba powiedzieć, napisany językiem ściśle prawniczym. To nie jest zarzut, tylko po prostu fakt. Dlatego link do oryginału podaję, bo warto go przeczytać, zwłaszcza jeśli ktoś porusza się swobodnie w języku francuskim i w materii prawa. Jeśli będzie taka potrzeba, mogę udostępnić również pełne tłumaczenie na polski. Tutaj natomiast próbuję zrobić coś innego: opowiedzieć tę samą sprawę bardziej medialnie, bardziej po ludzku, bez paragrafów, ale bez fałszowania sensu.

Międzynarodowy Trybunał Karny bardzo lubi powtarzać, że stoi ponad polityką. Że działa w imię prawa, procedur i uniwersalnych wartości. Niestety schody zaczynają się wtedy, kiedy w imię tych procedur zaczyna podcinać gałąź, na której sam siedzi. Sprawa Benjamina Netanjahu i Yoava Gallanta jest tu tylko przykładem, głośnym, drażliwym, bo medialnie nośnym. Prawdziwa stawka jest znacznie większa: chodzi o to, czy MTK nadal jest sądem ostatniej instancji, czy coraz bardziej sądem pierwszego impulsu, który wchodzi do gry szybciej, niż demokracje są w stanie same się rozliczyć. Wokół tej sprawy narosło mnóstwo uproszczeń, powtarzanych z taką pewnością, jakby zastępowały myślenie. Najpopularniejsze brzmi: „Izrael nie podpisał Statutu Rzymskiego, więc Trybunał nie ma prawa nic robić”. To hasło bardzo chwytliwe, ale z punktu widzenia prawa, po prostu nieprawdziwe. MTK nie działa jak klub z kartami członkowskimi. Jeżeli uznał, że ma jurysdykcję terytorialną (a w sprawie Palestyny uznał to już kilka lat temu) samo nieprzystąpienie Izraela do Statutu nie zamyka tematu. Można to kwestionować politycznie, można się z tym nie zgadzać, ale to nie tu leży sedno problemu. Sedno leży w zasadzie komplementarności. To słowo brzmi technicznie, ale w rzeczywistości jest sercem całej konstrukcji MTK. Komplementarność oznacza w skrócie: Trybunał ma działać tylko wtedy, gdy państwo nie chce albo nie może działać samo. Nie wtedy, gdy działa wolniej. I nie wtedy, kiedy działa inaczej, według własnych procedur i własnej logiki instytucjonalnej. Tylko wtedy, gdy symuluje sprawiedliwość albo gdy jego system się rozsypał. To był fundament kompromisu Statutu Rzymskiego. Bez niego MTK nigdy by nie powstał.

I właśnie tutaj zaczyna się pęknięcie, które tekst Sary Scialom opisuje bardzo dokładnie od strony prawnej. Izrael nie jest państwem upadłym. Ma działające sądy, prokuraturę, mechanizmy kontroli, wewnętrzne dochodzenia, a także żywą debatę publiczną na temat odpowiedzialności władzy. Działa jednak w warunkach wojny, pod presją militarną, polityczną i społeczną, w realiach, które nie mają nic wspólnego z akademickim modelem idealnego postępowania. W demokracji postępowania nie zaczynają się od premiera. Normalnie zaczynają się od faktów, incydentów, decyzji operacyjnych. Idą etapami, w górę łańcucha odpowiedzialności i to nie dowód złej woli, tylko normalny mechanizm państwa prawa w stanie konfliktu. Tymczasem coraz częściej można odnieść wrażenie, że MTK oczekuje czegoś zupełnie innego: natychmiastowego, imiennego postępowania przeciwko samemu szczytowi władzy, dokładnie w tym samym kształcie, w jakim sam formułuje zarzuty. Czyli to już nie jest sprawdzanie autentyczności działań państwa, a narzucanie jednego, zunifikowanego modelu ścigania. A Statut Rzymski nie dał Trybunałowi mandatu do normalizowania demokracji w stanie wojny. Dał mu mandat do walki z bezkarnością.

Decyzja z 15 grudnia 2025 roku, odmawiająca ponownego uruchomienia mechanizmu przewidzianego w artykule 18 Statutu, idealnie ten problem pokazuje. Formalnie wszystko się zgadza: sprawa została otwarta w 2021 roku, procedura raz się odbyła, więc – z punktu widzenia Trybunału – nie ma powodu do jej ponownego otwierania po 7 października 2023 roku. Logika jest czysta, proceduralnie elegancka, niemal bez zarzutu. Tyle że rzeczywistość nie jest elegancka. Konflikt zmienił skalę, zmienił się czas, zmienił się zatem ciężar oskarżeń. A mechanizm, który miał umożliwiać wczesny dialog między państwem a Trybunałem, został zamrożony w imię stabilności formy. Efekt jest przecież przewidywalny. Komplementarność przestaje działać wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna. Debata przesuwa się na później, na moment, gdy MTK ma już zgromadzony materiał, ukształtowaną narrację i polityczny impet. Państwo nie rozmawia z Trybunałem, ono się broni. To subtelna, ale fundamentalna różnica. Sąd ostatniej instancji zaczyna zachowywać się jak instancja pierwsza, a potem dziwi się, że jest postrzegany jako aktor polityczny.

Na to wszystko nakłada się jeszcze jeden element, o którym mówi się wyjątkowo niechętnie: europejski komfort moralny. MTK stał się dla części elit czymś w rodzaju pralni sumień. Wystarczy powiedzieć „Haga”, by móc zamknąć debatę, i zdjąć z siebie płaszcz odpowiedzialności i udawać, że problem został przeniesiony do sterylnej sali sądowej. Media wolą prostą opowieść o „odważnym Trybunale” i „złych oskarżonych”, bo nie wymaga ona zmierzenia się z pytaniem, czym naprawdę jest wojna prowadzona przez demokrację i jak wygląda realne rozliczanie władzy, gdy państwo nadal funkcjonuje, a nie leży w gruzach. Dlatego właśnie ten spór nie dotyczy wyłącznie Izraela. To jest problem każdej demokracji, która jutro może znaleźć się w podobnej sytuacji. Dziś jest to Jerozolima, jutro może być Paryż, Londyn albo Waszyngton. Jeżeli standard stanie się tak wysoki, że tylko natychmiastowe oskarżenie własnego przywódcy spełnia warunek „autentycznego działania”, komplementarność zamieni się w pustą formułę – sensowną w dokumentach, a bezużyteczną w praktyce.

Międzynarodowy Trybunał Karny powstał po to, by walczyć z bezkarnością tam, gdzie prawo umiera. Nie po to, by zarządzać demokracjami w czasie wojny. Jeżeli o tym zapomni, nie zniszczą go politycy ani krytycy. Zrobi to sam, krok po kroku, decyzja po decyzji, w imię procedur tak doskonałych, że w pewnym momencie przestaną mieć jakikolwiek związek z rzeczywistością.

Trybunał sumienia czy trybunał wygody? O tym, jak MTK zapomina, po co powstał

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Jeżeli uznał, że ma jurysdykcję terytorialną. Czy to oznacza, że może uznać swą jurysdykcję terytorialną według swego widzi misie? Kto decyduje w tej sprawie? Jurysdykcję nad dowolnym terytorium i nawet nieistniejącego Państwa? Bo tzw. państwo palestyńskie nie spełnia warunków bycia państwem.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.