
Zaczęło się od niewinnej ciekawostki: drobna aktualizacja X, nowa funkcja lokalizacji profili. Jeden klik, niewielka ikona, która miała poprawić przejrzystość. Ale to, co odsłoniła, okazało się dla wielu jak kubeł lodowatej wody. W jednej chwili wyszło na jaw, że „korespondenci z Gazy”, ci żarliwi świadkowie „ostatecznego cierpienia” publikujący dzień i noc swoją „prawdę spod gruzów”, nadają z Polski, Azji i brytyjskich sklepów z aplikacjami. I nagle cały patos, który przez miesiące budował zachodni salon, zmienił się w groteskę. Wszystkie te łzawe relacje „z pierwszej linii frontu”, dramatyczne filmy nagrywane podobno wśród ruin, nagłe „świadectwa ocalałych”, które miały poruszać sumienia – okazały się zwykłymi wytworami kont siedzących setki, a czasem tysiące kilometrów dalej. Propaganda z roamingiem. Heroizm z filtrem do zdjęć. Ból i zniszczenie opowiedziane przez ludzi, którzy w tym czasie kupowali kawę w Żabce albo scrollowali TikToka w Kuala Lumpur.
Najgłośniej zrobiło się wokół dwóch profili: „Times of Gaza” oraz Motasema A. Dalloula, „dziennikarza z Gazy”, którego lewicowe kręgi cytowały z nabożną powagą. Nowa funkcja X bezceremonialnie wskazała, że pierwszy z nich nadaje z Azji i Pacyfiku, a drugi, wbrew całej swojej legendzie, rejestruje się jako konto z Polski. I to jest właśnie moment, w którym cała konstrukcja propagandy zaczyna przypominać domek z kart: wystarczyło jedno techniczne ulepszenie, żeby odsłonić, że część „świadków piekła” nigdy koło Gazy nawet nie stała. Ale na tym nie koniec. W kolejnych dniach użytkownicy zaczęli masowo sprawdzać lokalizacje innych profili. I nagle okazało się, że „ojciec z Rafah ratujący swoje dzieci spod bomb” pisze z Pakistanu. „Pielęgniarka z Khan Junis” – również z Azji Południowej. „Poeta z Deir al-Balah” – Rosja. „Ocalały z północnej Gazy” – Indonezja. „Rafah resident” – Malezja. Nawet jedno z kont podszywających się pod ultraortodoksyjnych Żydów „anty-syjonistów” okazało się osadzone na Filipinach. I oto mamy cały wachlarz: konflikt, który realnie toczy się na Bliskim Wschodzie, opowiadany przez armię cyfrowych duchów z Azji, Wschodniej Europy i miejsc, które z Gazą łączy tylko wspólny internet. To nie są drobne wpadki. To fundamentalna erozja wiarygodności narracji, która przez lata była podawana jako „głos cywilów”, „prawdziwe świadectwo” i „uczciwa alternatywa dla izraelskich komunikatów”.
I nie, to nie jest tylko historia kilku fejków, moi Drodzy, to historia całego systemu, który opierał się na bezwarunkowej wierze w to, co krąży w mediach społecznościowych. Systemu, w którym zachodnie redakcje, aktywiści i politycy z automatu wierzą każdemu nagraniu podpisanemu „Gaza”, byle zgadzało się z ich ideologiczną potrzebą oburzenia. Teraz okazuje się, że część tej „gazyjskiej rzeczywistości” była sklejona z fragmentów publikowanych przez osoby, które mieszkają bliżej Biedronki niż granicy Rafah. I dlatego ta funkcja X jest tak cenna. Nie dlatego, że rozwiąże problem kłamstwa. Kłamstwo zawsze znajdzie sposób. Ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna odsłoniła mechanizm, o którym wszyscy mówili szeptem: że ogromna część „relacji z Gazy” to produkty miejscowych influencerów, botów, zewnętrznych propagandystów i zwykłych oportunistów podpinających się pod modny temat. Gdy patrzy się na to z dystansu, widać jedną prostą prawdę: zbyt długo pozwalano, by fejkowe konta kształtowały europejską emocję. Zbyt długo zamiast weryfikacji był płacz, zamiast faktów – filtry, zamiast dziennikarstwa – memy zrobione przez kogoś, kto „Gaza live” traktuje jak content marketing. A teraz? Teraz zostały miny tych wszystkich, którzy przez ostatnie lata powtarzali, że to „głosy uciskanych”. I którym czerwienieją policzki, gdy X jednym małym ulepszeniem pokazał, że część tych „głosów” żyje w strefie czasowej Singapuru, korzysta z polskiej infrastruktury sieciowej albo loguje się do aplikacji przez brytyjskie sklepy.
Największa ironia? Że prawdziwi mieszkańcy Gazy, ci realni ludzie, są zagłuszani przez cyfrową chmarę samozwańczych „świadków”, którzy nie mają odwagi powiedzieć, skąd naprawdę piszą. I to właśnie ta aktualizacja X – niepozorna, techniczna, neutralna – przywróciła elementarną przejrzystość: pokazała, jak wiele z tego, co uchodziło za „prawdziwy głos Gazy”, było w istocie cyfrową fikcją.
Czasem wystarczy jeden przycisk, by balon pękł. I tu pękł z wielkim hukiem. Jakże mi Was wszystkich nie jest szkoda, moi Drodzy łatwowierni intelektualiści.
Wszystkie wpisy Ani TUTAJ
Cyfrowi świadkowie z niczego. Jak aktualizacja X rozsypała propagandę o „żywych relacjach z Gazy”
Kategorie: Uncategorized


Nie dziwi ze ci ”naoczni swiadkowie z Gazy” mieszkaja i transmituja z Polski. Moze to niedobitki porywaczy samolotow, ksztalconych wlasnie w Polsce przez ”sluzby”, najwiekszy wplyw Polski na Swiat-kazdy kogo kontroluja na lotniskach od bieguna po biegun powinien wiedziec ze to wplywy Polski. Polak potrafi.