Uncategorized

Dla Teheranu „porozumienie” jest częścią wojny

Jake Wallis Simons

Podczas wiecu popierającego reżim w Teheranie prezentowane są zdjęcia zmarłego ajatollaha i jego syna

Jest tylko jeden sposób, by okiełznać ten reżim.

W islamskiej doktrynie wojskowej „hudna” oznacza tymczasowe zawieszenie broni, zawarte wyłącznie w celu przygotowania się do kolejnej rundy przemocy. Donald Trump, spotykając się z drwinami ze strony irańskiego reżimu w odpowiedzi na swój plan pokojowy, nie może nigdy stracić z oczu jednego faktu: to, co Zachód postrzega jako pokój, Teheran traktuje jako kamień milowy na drodze do długoterminowego zwycięstwa.

W ostatnich dziesięcioleciach Irańczycy pokazali, że są dwulicowymi negocjatorami, którzy wykorzystują rozmowy jako sztuczkę mającą na celu zyskanie czasu przed ostateczną rozgrywką. Proszę zwrócić uwagę, jak potraktowali Joe Bidena. Jeszcze przed objęciem urzędu prezydenta napisał on artykuł dla CNN, w którym wyraził desperacką chęć zawarcia porozumienia nuklearnego z reżimem.

Nastąpiły miesiące bezowocnych negocjacji, podczas których Biały Dom odblokował miliardy dolarów z zamrożonych środków w ramach sankcji, aby zjednać sobie ajatollaha. Tymczasem Teheran kiwał głową, uśmiechał się i przyspieszał prace nad bronią jądrową.

To klasyczny manewr z podręcznika mułłów. W 2018 roku Mossad zuchwale wykradł dziesiątki tysięcy ściśle tajnych dokumentów z magazynu w Teheranie, udowadniając, że Iran ukrywał swój program zbrojeniowy przed międzynarodowymi inspektorami i w odpowiednich okolicznościach mógłby pospieszyć się z budową bomby.

Przenieśmy się do czerwca ubiegłego roku: gdy tylko bombowce B2 powróciły z bombardowania obiektów jądrowych reżimu, a izraelskie samoloty zawróciły w powietrzu na rozkaz Trumpa, ajatollah zaczął odbudowywać swoje zdolności wojskowe i terrorystyczne, zarówno w kraju, jak i za granicą.

Wszystko sprowadza się do fundamentalnej różnicy w naszym rozumieniu wojny i pokoju. W tym, co Simon Sebag Montefiore nazywa „demokracjami komfortowymi”, nasze podejście zazwyczaj polega na zasadzie „żyj i pozwól żyć”, chyba że zagrożenia dla naszych narodów staną się nie do zniesienia. Wtedy, niechętnie, możemy zdecydować się na wojnę; gdy działania wojenne dobiegają końca, powracamy do normalności czasów pokoju.

Reszta świata nie postrzega tego w ten sposób. Komunistyczni rewolucjoniści, tacy jak Karol Marks, Włodzimierz Lenin i Mao Tse-tung, przeformułowali historię jako jedną długą walkę klasową przebiegającą w różnych fazach. Gdy warunki sprzyjały walce, walczyło się; gdy nie sprzyjały, wzmacniano siły, knuto spiski i czekano. Siedząc w więzieniach Mussoliniego w latach 30. XX wieku, włoski marksista Antonio Gramsci argumentował, że Zachód można obalić poprzez podważenie jego instytucji od wewnątrz.

Rewolucja irańska z 1979 r. została przeprowadzona przez sojusz zwolenników Chomeiniego i skrajnie lewicowych komunistów. Gdy władza znalazła się w ich rękach, dżihadyści stracili, uwięzili lub wygnali lewicowców, ale ich tymczasowa współpraca była częścią szerszego trendu.

Podczas gdy komuniści naiwnie przyjęli islamistów jako sojuszników w walce z Zachodem, islamiści wykorzystali ich antyimperialną retorykę jako konia trojańskiego i przejęli ich metody stopniowych zmian, zarówno w zakresie infiltracji naszych instytucji, jak i przyjęcia doktryny wiecznej wojny.

W rezultacie powstał reżim irański, który doskonale rozumie, jak nami manipulować. Przenieśmy się do współczesności: pomimo ogromnych zniszczeń, jakie dotknęły reżim, w miarę narastania presji gospodarczej na Trumpa i jego dążenia do zakończenia wojny, Irańczycy są niebezpiecznie blisko przejęcia sterów.

Niedawno Trump stwierdził, że pragnie uległego przywódcy irańskiego „podobnie jak w przypadku Delcy w Wenezueli”. Dla Irańczyków było to równoznaczne z zaproszeniem do manipulacji. Wystarczyło jedynie przekonać znajdującego się pod presją prezydenta o swoich dobrych intencjach i pozostać w stanie „hudna” do momentu pojawienia się kolejnej okazji.

Podobno Biały Dom po cichu rozważa kandydaturę przewodniczącego irańskiego parlamentu, 64-letniego Mohammada Baghera Ghalibafa, jako potencjalnego partnera do negocjacji. Ghalibaf, były burmistrz Teheranu, jest wieloletnim zwolennikiem reżimu i bliskim przyjacielem zmarłego przywódcy terrorystycznego Qassema Soleimaniego, który wielokrotnie groził Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom odwetem. Co więcej, ma on długą historię kierowania aktami przemocy wobec protestujących. Czyżby?

Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Reżim irański to nie Wenezuela. To fanatyczna teokracja napędzana gorliwą wiarą w proroctwo o apokaliptycznej wojnie, która zakończy się globalnym zwycięstwem islamskiej postaci mesjańskiej zwanej Mahdim, który podporządkuje świat szariatowi.

Ludzie ci nie dbają o dobrobyt swojego narodu, stan gospodarki ani pozycję swojego kraju. Z radością witają śmierć, uświęcają rozlew krwi i postrzegają wszystko przez pryzmat swojego nihilistycznego dogmatu. Równie dobrze można by próbować wynegocjować wyjście z inwazji zombie.

Właśnie dlatego Izraelczycy chcą, aby Trump pozostał nieugięty. Właśnie dlatego Saudyjczycy i inni Arabowie z regionu Zatoki Perskiej podzielają ten pogląd. Niestety, tej sadystycznej teokracji nie da się powstrzymać, dopóki nie zostanie pokonana. Jeśli prezydent da się oszukać mułłom i wycofa swoje siły, to to, co nam wydaje się pokojem, dla nich będzie jedynie „hudną”. Wcześniej czy później psy wojny znów zaczną szczekać. Jak powiedział Humphrey Bogart w filmie „Casablanca”: może nie dzisiaj, może nie jutro, ale wkrótce i na resztę życia.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.