MALOWANE KONIE Z CHANTILLY

Wystawa Malować Wyścigi w Muzeum Kondeuszy

Napisal i przyslal Ludwik Lewin

 

 


Jako rodak Orłowskiego, Kossaka i Wierusz-Kowalskiego nie mam prawa obojętnie przechodzić obok koni malowanych. I nawet jeśli tym zdaniem wystawiam sobie patenty nie całkiem mi należne, to przecież w te pędy pogalopowałem do Chantilly, gdzie otwarto wystawę zatytułowaną „Malować Wyścigi”. Temat mnie nie zdziwił. Chantilly to jeden z najstarszych francuskich torów i wciąż odbywają się tam najważniejsze dla wielbicieli gonitwy.

Pierwszą niespodzianką była wystawa litografii Théodore’a Géricault w salach grafiki tamtejszego Muzeum Kondeuszy, gdzie szybko okazało się, że z mojej dotychczasowej wiedzy o tym malarzu koń by się uśmiał.  Pamiętałem bowiem, że malował wyłącznie konie oraz meduzy. Tymczasem, co widać na doskonale zaprezentowanych pracach z kolekcji księcia d’Aumale, artysta interesował się i innymi zwierzętami, a nawet ludźmi niskiej kondycji.

Nie jest prawdą również powszechne przekonanie, że był piewcą epopei Napoleońskiej. Zdechłe, zamarznięte konie na rosyjskich stepach i stare wiarusy drżący z zimna pod podartymi strzępami mundurów, którzy wkrótce – co widać – podzielą los swych szkapin, to raczej piętnowanie niż pochwała cesarskiej ekspansji – zwróciła mi uwagę pani Nicole Garnier-Pelle, komisarz wystawy i dyrektor Muzeum Kondeuszy.

Wiedziałem, że długo nie pożył – urodzony w roku 1791, odszedł w 1824 – ale w Chantilly dopiero dowiedziałem się, że był bardzo przystojnym i bardzo atletycznym mężczyzną, że wiele miał podbojów miłosnych, wśród nich własną ciotkę (no, młodą żonę starego wuja), której sprawił dzidziusia.

Géricault klasyfikowany bywa najczęściej jako malarz romantyczny. W Chantilly widać, że jest to określenie zubożające, bo w tematach, tak samo, jak i w technice, często jest prekursorem dziewiętnastowiecznego realizmu. Choć jedno drugiego nie wyklucza. Najwybitniejszy reprezentant tego prądu Gustave Courbet mówił o realizmie, że terminu tego „nikt nie musi dobrze rozumieć”.

Wzruszenie ogarnęło mnie na widok ilustracji do Giaura i Mazepy i nie przeszło nawet wtedy, gdy zrozumiałem, że Francuz nie czytał Mickiewicza ani Słowackiego, natomiast oni obaj, podobnie jak Géricault, czytali Byrona.

Przejście do wystawy „Malować Wyścigi”, zmusza do spaceru po imponującym ogrodzie otaczającym Pałac, gdyż mieści się w tamtejszym Jeu de Paume, jak nazywa się budynek, w którym niegdyś uprawiano tę grę przypominającą pelotę i squash.

Tytułu ekspozycji dopełniają trzy nazwiska – Stubbs, Géricault i Degas.

George Stubbs to osiemnastowieczny malarz angielski, pierwszy – jak się dowiedziałem w Chantilly – wybitny przedstawiciel popularnej w Albionie sporting art.

Stubbs, jak tłumaczył komisarz wystawy Henri Loyrette, był również pierwszym od średniowiecza malarzem europejskim, który malował konie w ruchu. Ostatni raz w tej pozycji przedstawione są rumaki na tkaninie z Bayeux, wspaniałym komiksie o zdobyciu Anglii przez Wilhelma Bękarta, który po tym wyczynie znany zaczął być jako Zdobywca.

Ruchy końskie bywają szybkie, nawet bardzo, szczególnie na wyścigach. W związku z tym bardzo trudno jest zaobserwować gdzie, jak i kiedy nogi im się zginają.  Stubbs sporządzał precyzyjne rysunki anatomiczne koni, ale były to konie w spoczynku. Gdy malował je w ruchu, malował je lecące jak ptaki z przednimi kopytami wyciągniętymi poziomo do przodu, a z tylnymi do tyłu.

Kultowym dziełem takiego lotu jest obraz Wyścigi Konne Théodore’a Géricault, zwany tradycyjnie Derby w Epsom w 1821. Tradycyjnie i całkiem od rzeczy, gdyż trzy folbluty, czyli konie pełnej krwi angielskiej, płyną w odartym z realiów pejzażu, nic niemającym wspólnego ze słynnym torem podlondyńskim.

Dopiero w latach 80’ XIX w. chronofotografie Francuza ’Étienne-Jules’a Marey i Anglika Eadwearda Muybridge’a pozwoliły zobaczyć, że gdy koń wszystkie dolne kończyny odrywa od ziemi, zawsze któraś z par – tylna lub przednia – jest podwinięta. Chronofotografia to, jak tłumaczy Wikipedia, fotograficzne odzwierciedlenie ruchu poprzez udokumentowanie jego kolejnych faz metodą wielokrotnej ekspozycji motywu w regularnych odstępach czasu.

Kolejna ciekawostka. Géricault był koniarzem i jeźdźcem. Czego, zdaje się, nie można powiedzieć ani o Degas, ani o Manecie. Malowali wyścigi z myślą o rynku angielskim, wierząc, że ten temat, od dawna ulubiony na drugim brzegu la Manche, przyniesie im szczodrych nabywców.

Mechaniczna reprodukcja ruchu nie przekonała malarzy i jak widać na wystawie w Chantilly, studiujący pilnie poruszanie się konia Edgar Degas, z powodu fotografii nie skorygował swych obrazów. A wielki Rodin uznał wręcz, że to nie fotografia, ale artyści mają rację przedstawiając szybujące konie. No cóż, sztuka, jak sama nazwa wskazuje, nie musi wstydzić się sztuczności.

Wszystkie wpisy Ludwika TUTAJ

MALOWANE KONIE Z CHANTILLY

2 komentarze to “MALOWANE KONIE Z CHANTILLY”

  1. Tymczasem (przynajmniej niektóre) są w Chantilly

  2. Maria Kaiser 27/06/2018 at 11:08

    George Stubbs pasjonowal sie anatomia juz w dziecinstwie. Aby blizej zapoznac sie z ta tematyka przeniosl sie w wieku lat dwudziestu do miasta York. Zarabial jako portrecista i uczyl sie anatomii pod okiem chirurga. Po zakonczeniu nauki opublikowal prace pod
    tytulem “ Anatomia konia”. Oryginalne rysunki z tych studiow znajduja sie w kolekcji
    Krolewskiej Akademii Sztuki w Londynie.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: