
Gen. Yoav Gallant
Żadna armia nie jest dziś tak publicznie potępiana jak Siły Obronne Izraela (IDF). Jednak za zamkniętymi drzwiami niewiele formacji poddaje się tak wnikliwym analizom. Podczas gdy zachodni politycy prześcigają się w wyrazach moralnego oburzenia, ich generałowie i urzędnicy ds. obrony regularnie zwracają się do Izraela z prośbą o briefingi, dostęp do doktryn oraz współpracę szkoleniową. Ta sprzeczność ujawnia głęboki rozziew między polityczną narracją a militarną rzeczywistością; między iluzją a doświadczeniem.
Strategiczny dysonans
Od początku wojny w Strefie Gazy Izrael gościł dziesiątki zagranicznych delegacji. Oficerowie badają izraelskie operacje z bliska, pytając o techniczne aspekty namierzania celów, integrację danych wywiadowczych w czasie rzeczywistym oraz metody rozróżniania cywilów od kombatantów pod ostrzałem. Wielu powraca, by sformalizować współpracę w zakresie walki w tunelach czy odzyskiwania zakładników. W tym samym czasie ich polityczni zwierzchnicy wygłaszają przemówienia o powściągliwości i proporcjonalności, często w całkowitym oderwaniu od realiów polowych, o których przed chwilą zostali poinformowani.
To nie tylko brak spójności – to strategiczny dysonans. Walka w terenie miejskim z hybrydowym wrogiem, okopanym na obszarach cywilnych, to jedno z najtrudniejszych wyzwań współczesności. W dyskursie publicznym dominują jednak oczekiwania perfekcji, których żadna armia nie jest w stanie spełnić.
Architektura cynizmu
W Strefie Gazy Hamas zbudował ponad 300 mil umocnionych tuneli pod infrastrukturą cywilną. Wykorzystywanie szpitali, szkół i meczetów to dla nich wybór strategiczny, a nie konieczność. IDF szybko nauczyło się brutalnej zasady: chcesz znaleźć tunel – szukaj pod szkołą; szukasz kwatery głównej – sprawdź meczet; podejrzewasz skład broni – zejdź do piwnicy szpitala.
Hamas blokuje ewakuacje, umieszcza centra dowodzenia w strefach humanitarnych i przetrzymuje setki zakładników. To nie są skutki uboczne wojny, lecz celowe elementy strategii mającej sparaliżować demokrację, sprowokować międzynarodowe potępienie i wykorzystać cierpienie cywilów jako broń.
Pułapka fałszywych porównań
Wielu liderów próbuje analizować ten konflikt przez pryzmat bitew o Mosul, Aleppo czy Faludżę. To błąd. Większość z tamtych starć nie dotyczyła przeciwnika, który systemowo uniemożliwia cywilom opuszczenie stref walk, ani armii terrorystycznych wspieranych przez obce państwa, dysponujących tak gęstą siecią zakładników. Ignorowanie tych różnic prowadzi do nierealistycznych zaleceń politycznych.
Podobne schematy widać w całym regionie, np. w działaniach reżimu Julaniego w Syrii. Jednak tam, gdzie koszty polityczne są inne, standardy stosuje się wybiórczo. Potępienie kierowane jest pod adresem tych, którzy mogą je usłyszeć – państw demokratycznych. Ci, którzy operują poza zasięgiem norm, często unikają jakiejkolwiek kontroli.
Humanitarny paradoks
Podczas gdy apele o pomoc humanitarną cichną rzadko, niewielu liderów naciska na realne rozwiązania. Egipt utrzymuje zamknięte granice z Gazą, mimo że mógłby zapewnić schronienie uchodźcom. Żaden rząd europejski ani organ ONZ nie wywarł realnej presji na Kair, by utworzył strefę humanitarną na Synaju. Zamiast tego cała krytyka skupia się na Izraelu – jedynym podmiocie, który jednocześnie prowadzi operacje wojskowe i akcje pomocowe na tym samym polu bitwy.
Lekcje z historii
Demokracje już wcześniej stawały przed tragicznymi wyborami. Konwencje genewskie, fundament współczesnego prawa wojennego, nakładają obowiązek minimalizowania szkód wśród cywilów, ale nie zakazują samej wojny ani nie wymagają niemożliwej do osiągnięcia doskonałości. Gdy przeciwnik używa żywych tarcz, by opóźnić działania odwetowe, odpowiedzialność spada na sprawcę naruszeń, a nie na stronę reagującą zgodnie z prawem.
Warto przypomnieć liczby: w wojnie koreańskiej zginęły dwa miliony cywilów. Podczas wyzwalania Mosulu śmierć poniosło ponad dziesięć tysięcy osób. Dziś tylko od jednej armii – IDF – oczekuje się sukcesów bez błędów i ofiar, nawet gdy wróg robi wszystko, by te ofiary sprowokować.
Konieczność jasności strategicznej
Mimo publicznej krytyki, armie świata – w tym siły NATO – intensywnie uczą się od Izraela. Wiedzą, że przyszłe zagrożenia będą przypominać raczej Hamas niż konwencjonalne armie z ubiegłego wieku.
Napięcie między perspektywą polityczną a wojskową jest cechą demokracji, ale musi być ono oparte na uczciwości. Przywódcy polityczni zbyt często unikają trudnych prawd, przedstawiając przemoc jako coś, czego zawsze można uniknąć drogą dyplomacji. Takie podejście nie wzmacnia demokracji – ono ją osłabia, mydląc oczy obywatelom i rozzuchwalając agresorów.
W Izraelu te dylematy nie są teoretyczne. Domostwa dzieli od wroga kilkaset metrów, a rakiety dolatują w kilka sekund. 7 października Hamas zamordował 1200 osób – w proporcji do liczby ludności to tak, jakby w USA jednego dnia zginęło 40 000 obywateli. Prawo międzynarodowe zezwala na samoobronę i użycie siły, o ile szkody cywilne nie są nadmierne w stosunku do korzyści militarnej. Izrael te standardy spełnia.
Demokracje muszą odzyskać strategiczną jasność. Nie mogą traktować wojny jedynie jako moralitetu, podczas gdy ich armie przygotowują się do brutalnej rzeczywistości. Następna wojna nie będzie czekać na konsensus. Będzie wymagała gotowości, determinacji i prawdy. Jeśli liderzy będą oddzielać to, co wiedzą prywatnie, od tego, co mówią publicznie, efektem nie będzie wyższa moralność, lecz dotkliwsza porażka.
Kategorie: Uncategorized

