Uncategorized

IDIOCI I TCHÓRZE

Yonah E

Za każdym razem, gdy w realnym świecie dochodzi do wybuchu, media antywojenne reagują tak, jakby ktoś rozlał mleko owsiane na seminarium z filozofii. Natychmiastowa panika, nerwowe mruganie oczami, a potem te same pięć fraz wyrecytowanych niczym ze świętego zwoju: „To skomplikowane”, „Musimy uniknąć eskalacji”, „Czy rozważaliśmy dyplomację?”. Tak, geniuszu, rozważaliśmy dyplomację. Rozważaliśmy ją tak intensywnie, że powinna już mieć kartę lojalnościową i darmową kanapkę w nagrodę za stałe wizyty.

Ci ludzie mówią o „eskalacji”, jakby była tajemniczą siłą natury. Jakby pociski materializowały się tylko dlatego, że ktoś był zbyt stanowczy podczas konferencji prasowej. Nie – eskalacja zwykle wynika z tego, że jedna strona nieustannie napiera, a druga w tym samym czasie organizuje panele dyskusyjne o tym napieraniu. Ale jasne, zorganizujmy kolejną debatę. Być może tym razem reżim grożący całemu światu zaloguje się na transmisję, zrobi notatki i powie: „Wiecie co? Słuszna uwaga. Wiele nauczyliśmy się z waszego tonu”.

A eksperci… Ach, ci eksperci. Przewidzieli każdy możliwy wynik z wyjątkiem tego, który faktycznie nastąpił. Siedzą nad mapami i wykresami z minami tak poważnymi, jakby właśnie rozwiązywali zagadkę grawitacji, po czym serwują najśmielszy wniosek, jaki można sobie wyobrazić: „Sytuacja może się pogorszyć”. Dziękujemy, Wyrocznio Delficka. Oszałamiająca spostrzegawczość. Może zaraz dowiemy się, że woda jest mokra, a źli ludzie robią złe rzeczy?

Potem następuje gimnastyka moralna. W tym momencie absurd sięga poziomu olimpijskiego. Zaczynają wyjaśniać, że „winne są wszystkie strony” – co jest fascynującym sposobem na powiedzenie absolutnie niczego przy jednoczesnym sprawianiu wrażenia niezwykle zajętego. Usłyszycie, że „obie strony muszą wykazać się powściągliwością”, jakby jedna strona nie była agresorem, a druga jedynie ofiarą, która reaguje. To tak, jakby oglądać kogoś dostającego cios w twarz, podczas gdy komentator mówi: „Interesujące, ale czy wzięliśmy pod uwagę, że obaj uczestnicy przyczynili się do istnienia tych pięści?”.

Porozmawiajmy jeszcze o dyplomacji, bo oni i tak nie przestaną. Dla tej grupy dyplomacja jest jak magiczne zaklęcie. Wystarczy powtarzać to słowo, aż rzeczywistość ugnie się przed waszą wolą. „Więcej rozmów”. „Wznowione negocjacje”. „Kulisy dyplomacji”. Gdyby same rozmowy mogły rozwiązać problemy, żylibyśmy w utopii napędzanej panelami dyskusyjnymi i letnią kawą. Ale jakoś, o dziwo, rozmowy działają tylko wtedy, gdy druga strona nie wykorzystuje ich jako przerwy na przeładowanie magazynków.

Dystans jest najlepszy. Najgłośniejsze głosy należą zawsze do tych, którzy są najbardziej bezpieczni. Siedzą wygodnie, tweetując o powściągliwości, jakby to była pozycja jogi. „Wszyscy musimy po prostu pooddychać”. Urocze. Powiedzcie to ludziom, którzy nie mają luksusu wyłączenia powiadomień i udawania, że problem grzecznie poczeka do końca brunchu. Z daleka wszystko wygląda na przesadną reakcję. Z bliska brak działania wygląda jak wyrafinowane pragnienie śmierci.

I ten strach. Słodki, wypolerowany, zintelektualizowany strach. Oczywiście nie nazywają go strachem. Nazywają go „roztropnością” i „strategiczną ostrożnością” – co jest eleganckim sposobem na powiedzenie: „Boję się podjąć decyzję”. Bo decyzje wiążą się z konsekwencjami, a te nie mieszczą się zgrabnie w ramówce między reklamami.

Oto żart, którego nie rozumieją: myślą, że unikanie działania pozwala uniknąć konsekwencji. Otóż nie. To tylko je odsuwa w czasie, sprawiając, że stają się większe, głośniejsze i znacznie kosztowniejsze. To jak ignorowanie wycieku w domu w obawie, że naprawa uszkodzi ścianę, a potem udawanie zaskoczenia, gdy zawali się sufit. „Ostrzegaliśmy, że to może się stać!”. Tak, ostrzegaliście, nie robiąc absolutnie nic, by temu zapobiec. Genialna strategia.

A kiedy w końcu dochodzi do działania – gdy cierpliwość się wyczerpuje, a rzeczywistość wyważa drzwi – wszyscy zbierają się ponownie, śmiertelnie przerażeni. „To jest dokładnie to, czego się obawialiśmy!”. Oczywiście, że tak. Wy obawiacie się wszystkiego. Gdyby zawiał silniejszy wiatr, napisalibyście felieton o agresji atmosferycznej.

Prawda, której nie potrafią znieść – ta, która rujnuje całe ich przedstawienie – jest taka, że czasami użycie siły nie jest wyborem między dobrem a złem. Jest wyborem między złem teraz a czymś znacznie gorszym później. Ale „coś gorszego później” to ich strefa komfortu, bo wtedy będzie można to znów przedyskutować, przeanalizować i delikatnie przekształcić w narrację, w której nikt nie ponosi odpowiedzialności.

Więc wciąż mówią. I mówią. I mówią. Panele, podcasty, artykuły, nadzwyczajne szczyty poświęcone podsumowaniu poprzednich szczytów. Niekończąca się pętla bardzo poważnych ludzi wypowiadających bardzo bezpieczne kwestie, podczas gdy świat idzie naprzód, nie czekając na ich konsensus.

W pewnym momencie rzeczywistość przestaje prosić o pozwolenie. A kiedy to nastąpi, żadne starannie dobrane słowa nie zmienią podstawowego równania: albo zajmiesz się zagrożeniem, gdy jest ono możliwe do opanowania, albo będziesz musiał zmierzyć się z nim, gdy stanie się potworem.

Obserwowanie, jak ci ludzie próbują to przetworzyć, jest niemal imponujące. Jak patrzenie na kogoś, kto próbuje negocjować z ogniem. „Czy rozważaliśmy deeskalację płomieni?”. Tak. Ogień też to rozważył. I odmówił.

Oto cała ta farsa. Niekończące się wahanie przebrane za inteligencję, które rozsypuje się w pył w chwili, gdy rzeczywistość odmawia współpracy. A oni, jakimś cudem, wciąż są w szoku. Za każdym razem.

IDIOCI I TCHÓRZE


Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.