Uncategorized

Pamięć tak, żonkil nie.

Anna Grabowska

Od miesięcy patrzę na to, co polskie media zrobiły z wojną Izraela z Hamasem, i widzę rzecz coraz bardziej obrzydliwą: pod pozorem współczucia dla Palestyńczyków uprawia się dziś jednostronną propagandę, z której zniknął Hamas, zakładnicy i izraelskie ofiary, a został już właściwie tylko jeden dozwolony odruch – oskarżać Izrael o całe zło tego świata. Nie chodzi mi o to, że nie wolno pisać o cierpieniu w Gazie. Oczywiście, że wolno, a nawet trzeba. Cierpienie cywilów jest zawsze realne, straszne i zasługuje na uwagę świata. Ale między opisywaniem tragedii a uprawianiem propagandy jest różnica, i właśnie tę różnicę polskie media, a wraz z nimi część znanych nazwisk, z rozkoszą rozwaliły młotkiem. W efekcie dostaliśmy debatę nie tyle uproszczoną, ile zwyczajnie zdegenerowaną. Palestyńczyk ma być zawsze ofiarą, Hamas ma wyparować z kadru a Izrael dostał rolę jedynego sprawcy. Każdy, kto próbuje przypomnieć o 7 października, zakładnikach, terrorze i prawie państwa żydowskiego do obrony, staje się natychmiast moralnie podejrzany.

To nie jest już tylko problem redakcyjnego skrzywienia, lecz problem klimatu, który potem wraca do ludzi jak bumerang, tylko już nie w postaci artykułu, ale w postaci zwykłego antysemickiego ścieku. Widać to wszędzie. W komentarzach, w wiadomościach prywatnych, w memach, w tych wszystkich obrzydliwych tekstach o gazie, szubienicach, „malarzu”, który rzekomo czegoś nie dokończył. I nie, nie wmówi mi nikt, że to wszystko rodzi się samo z siebie. Atmosfera jest hodowana, a hodowcy to ludzie z nazwiskami, z zasięgami, z moralnym zadęciem i z przekonaniem, że mówią w imię dobra, choć w praktyce produkują jednostronny, rozbuchany emocjonalnie bełkot, który kończy się tym, że zwykły Żyd znowu staje się dla wielu wygodnym celem.

W tym sensie sprawa Mariusza Szczygła jest modelowa. Oczywiście to nie jest jedyny taki przypadek, ale dla mnie bardzo czytelny. Mariusz Szczygieł nie jest anonimowym aktywistą z trzema znajomymi na Facebooku, tylko t znanym dziennikarzem i pisarzem, człowiekiem z dużym zasięgiem, który kształtuje opinię publiczną. Od miesięcy publikuje wpisy, z których jasno wynika jedna zasadnicza linia: istnieje cierpiąca ludność palestyńska, istnieje zły Izrael, natomiast Hamas w tej opowieści niemal nie istnieje, a izraelskie cierpienie pojawia się co najwyżej od święta, jak alibi. Mieliśmy przecież te wszystkie jego wpisy: billboardy z hasłem o „52 tysiącach Palestyńczyków zamordowanych przez Izrael”, porównania z Lego, apele o wsparcie Lekarzy bez Granic, promocję materiałów Instytutu Reportażu i serwisu ir2.info, kolejne teksty i relacje, w których powtarza się ten sam schemat – palestyńska krzywda na pierwszym planie, Izrael jako sprawca, Hamas rozmyty, ba! niemal niewidzialny. Nie chodzi tu bowiem o pojedynczy post, tylko o całą sekwencję i stałe schylenie w jedną stronę. O rytm, który z czasem staje się aż nudny w swojej przewidywalności.

Kiedy próbowałam zwrócić na to uwagę, odpowiedź była równie przewidywalna. Napisałam przecież pod jednym z jego postów o codzienności Izraelczyków żyjących pod terrorem, o syrenach, schronach, bombach, o życiu, w którym człowiek wychodzi rano po bułki i nie ma pewności, czy wróci. Przywołałam słowa Goldy Meir: „Możemy wybaczyć Arabom zabicie naszych dzieci. Ale nie możemy wybaczyć im zmuszenia nas do zabicia ich dzieci”. Zwróciłam uwagę, że wojna jest straszna, że nikt normalny nie cieszy się ze śmierci cywilów, że Hamas używa ludzi jako tarczy, że Egipt nie otwiera granicy, że pomoc humanitarna to nie tylko worek mąki i kilka paczek leków, ale też próba znalezienia rozwiązania, które nie będzie wiecznym karmieniem terroru. I co usłyszałam w odpowiedzi? Że Izrael każe im się wynosić z ich ziemi. Że powstanie Izraela było wynikiem faktów dokonanych przy użyciu siły zbrojnej. A potem, kiedy w komentarzach zrobiło się goręcej, poszła długa litania organizacji międzynarodowych: ONZ, OHCHR, Amnesty, Human Rights Watch, WHO, ICJ, ICC, Komisja Śledcza, Rada Europy, Komisja Europejska. Wszystko jako jeden wielki akt oskarżenia wobec Izraela. Ani słowa o tym, że to Hamas 7 października napadł, mordował, gwałcił i porywał; ani słowa o tym, że to Hamas trzymał ludzi w tunelach; wreszcie ani słowa o tym, że właśnie Hamas zbudował tę potworną machinę, w której cywile są wysuwani przed terrorystów, zakładnicy są walutą, a śmierć narzędziem propagandy.

To właśnie jest góra problemu, nie sama krytyka Izraela. Można przecież krytykować rząd Netanjahu, błędy wojenne i konkretną politykę. Ale jeśli z tej krytyki robi się jedyny język, a cała reszta znika, to proszę mi wybaczyć ale nie mamy już do czynienia z uczciwością, tylko ze skrzywieniem ideologicznym. I to skrzywienie w Polsce przyjęło formę wyjątkowo obrzydliwą, bo połączyło się z modą na moralną wyższość. Każdy chce być tym, który cierpi z cierpiącymi, tylko jakoś dziwnie wybiórczo, że izraelskie dzieci, zakładnicy, rodziny pomordowanych i ci wszyscy ludzie żyjący od lat pod terrorem nie mieszczą się w tym pięknym humanitaryzmie.

Więc kiedy Szczygieł nagle opublikował post o izraelskich zakładnikach i cytował reportaż o ludziach trzymanych w tunelach Hamasu, o biciu, duszności, głodzie, ciemności, kopaniu własnego grobu – przez chwilę pomyślałam – dobrze, nareszcie. Wreszcie ktoś z takim zasięgiem przypomniał sobie i innym, że po drugiej stronie też są ludzie i że dramat nie ma jednej narodowości. Że zakładnicy istnieją naprawdę, a nie tylko jako przypis, kiedy już absolutnie nie wypada ich przemilczeć. Tyle że wystarczyło kilka godzin, żeby wszystko wróciło do normy. Kolejny wpis i znowu flotylle, aktywiści, relacje o atakach dronów, opowieści o dostarczaniu pomocy, kolejne oskarżenia wobec Izraela i kolejne heroizowanie tej samej jednej strony. Czyli co? Czyli klasyczny manewr asekuracyjny. Jeden wpis, żeby nie można było zarzucić, że zakładników się całkiem ignoruje, a zaraz potem powrót do starej narracji. Nie żadne przebudzenie, czy nowa uczciwość. Zwykła korekta wizerunkowa. Żeby wszem i wobec stało, że „przecież też napisał”.

A teraz dowiaduję się, że niesmak moze mieć jednak nowy wymiar, bardziej skandaliczny: oto Mariusz Szczygieł został oficjalnie ogłoszony przez Muzeum POLIN ambasadorem Akcji Żonkile 2026. Ergo: to już nie jest prywatna sprawa autora, który coś tam sobie pisze na Facebooku, lecz kwestia instytucji pamięci, która powstała po to, by strzec pamięci o Żydach polskich, ich historii, obecności, i zagładzie. Instytucji, która ma szczególną odpowiedzialność nie tylko historyczną, ale i symboliczną. I tutaj zaczyna się rzecz naprawdę zdumiewająca, bo kiedy sprawdza się oficjalne stanowiska samego POLIN po 7 października, okazuje się, że muzeum mówiło dużo rozsądniej niż jego dzisiejszy ambasador. Mówiło o terrorystycznym ataku Hamasu, o solidarności z Izraelem, o zakładnikach. Potępiało antysemityzm. Jednocześnie dostrzegało katastrofę humanitarną w Gazie. Innymi słowy, oficjalna linia instytucji była wyraźnie bardziej wyważona niż linia publicystyczna człowieka, którego dziś ta sama instytucja promuje swoją marką. To jednak potężny zgrzyt. Bo tu nie chodzi o to, że muzeum ma identyczne poglądy jak Szczygieł, tylko o to, że muzeum zwyczajnie kompromituje się doborem ludzi.

To jest dla mnie punkt absolutnie nie do obrony. Muzeum pamięci nie powinno oddawać symbolicznej twarzy swojej akcji osobie, która przez miesiące nadawała ton jednostronny, oskarżycielski, moralnie rozgrzany, a przy tym tak oszczędny wobec Hamasu. Tym bardziej nie powinno tego robić, jeśli ta sama osoba publicznie mówi o „ludobójczej polityce Izraela”. Krytyka rządu? Proszę bardzo. Krytyka wojny? Również. Ale kiedy w przestrzeni publicznej rośnie antysemityzm, kiedy każde takie słowo błyskawicznie przekłada się na komentarze, obelgi i groźby wobec zwykłych Żydów, to człowiek odpowiedzialny rozumie, gdzie przebiega granica. Tu najwyraźniej tej granicy albo się nie rozumie, albo się ją cynicznie przesuwa.

I nie chodzi tylko o Szczygła. Wokół POLIN od lat pojawiają się też inni intelektualiści i rozmówcy reprezentujący bardzo podobny typ wrażliwości – zawsze gotowi do ostrego moralnego oskarżania Izraela, dużo mniej chętni do mówienia o Hamasie, 7 października i izraelskim lęku. Adam Lipszyc jest jednym z częstych gości i uczestników wydarzeń muzeum. Sama obecność takich osób w orbicie instytucji dużo mówi o pewnym guście ideowym. O tym, komu oddaje się mikrofon i jaki typ języka i wrażliwości uznaje się za godny nobilitacji.

Patrzę na to przez francuski filtr i dlatego ten polski przypadek wydaje mi się aż tak uderzający. We Francji istnieją silne organizacje żydowskie, które doskonale rozumieją jedną prostą rzecz: język totalnego moralnego oskarżenia wobec Izraela bardzo szybko wraca do zwykłych Żydów w postaci obelg, gróźb i przemocy. Dlatego CRIF, Consistoire czy UEJF nie budują swojej pozycji na oskarżaniu Izraela o ludobójstwo. Mówią o 7 października, o terroryzmie Hamasu, o zakładnikach, o prawie Izraela do obrony, o eksplozji antysemityzmu. Gaza się pojawia, owszem, ale nie jako pałka do okładania samej zasady istnienia państwa żydowskiego. I właśnie dlatego nie wyobrażam sobie, żeby organizacja tego typu oddała twarz przedsięwzięcia pamięci komuś, kto używa wobec Izraela takiego języka, jakiego używa Szczygieł. To oo prostu niewyobrażalne. Tu właśnie wychodzi fundamentalna różnica. We Francji organizacje żydowskie są dużo bardziej wyczulone na granicę między krytyką konkretnego rządu a podważaniem legitymacji państwa żydowskiego i prawa Żydów do obrony. W Polsce natomiast coraz częściej widzę coś odwrotnego: instytucja pamięci oficjalnie mówi ostrożniej niż dobiera swoich przedstawicieli. Czyli oficjalne komunikaty są jeszcze jako tako odpowiedzialne, ale symboliczna twarz akcji już nie. A to znaczy, że ktoś tu kompletnie nie rozumie, czym jest odpowiedzialność za symbol. Powiedzmy to więc wprost: „syjonista” nie jest dla mnie żadnym upiorem z propagandowej gazetki. To człowiek, który uważa, że naród żydowski ma prawo do własnego państwa, tak samo jak inne narody mają prawo do własnych państw. I jeśli dziś w debacie publicznej dobiera się ludzi oraz autorytety tak, że właśnie ta zasada staje się pośrednio moralnie podejrzana, to znaczy, że zeszliśmy na bardzo niebezpieczny teren, bo wtedy już nie chodzi o debatę, ale o rozszczelnianie granicy między krytyką polityki a podważaniem samej legitymacji państwa żydowskiego.

I to wszystko dzieje się w czasie, gdy antysemityzm naprawdę rośnie. Nie jako abstrakcyjny temat konferencji, tylko jako realne doświadczenie ludzi, którzy dostają wiadomości z życzeniami śmierci, oglądają memy z szubienicami, słyszą, że powinni się zamknąć, że nie ma dla nich współczucia. I właśnie w takim momencie redakcje, muzea, instytucje pamięci powinny dmuchać na zimne i na litość boską, ważyć słowa i dobierać twarze z rozwagą! Powinny rozumieć, że język ma skutki. Tymczasem zbyt często robią coś dokładnie odwrotnego: wpuszczają do obiegu ludzi i narracje, które mimo że formalnie odżegnują się od antysemityzmu, to w praktyce wzmacniają klimat, w którym żydowskie cierpienie staje się niewidzialne, a państwo żydowskie zostaje wystawione jako jedyny legalny cel totalnego moralnego potępienia.

Nie zgadzam się. Pamięć o powstaniu w getcie warszawskim, o Edelmanie, Anielewiczu, bojownikach, zamordowanych, o całym żydowskim świecie, który został tu zniszczony, jest dla mnie nienaruszalna. Ale właśnie dlatego nie mam dziś nic wspólnego z żółtym żonkilem, jeśli ma być reprezentowany przez takie osoby i takim doborem twarzy. Nie, nie zapomniałam, właśnie dlatego, że pamiętam, nie godzę się na taki zgrzyt. Pamięć nie może być przykrywką dla moralnej schizofrenii. A muzeum powołane jako świadectwo historii Żydów nie powinno brać udziału w jej produkowaniu.

Anne Goldschmid

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.