Przyslal Leon Schatz

Makram Rabah
Obserwowanie „uczonych”, którzy bezkrytycznie powielają propagandę ruchów zbrojnych i serwują ją jako głęboką analizę polityczną, jest głęboko niepokojące. Próba intelektualizacji eliminacji liderów Iranu czy Hezbollahu i nazywanie tego „strategicznym męczeństwem” to nie tylko błąd logiczny. To przejaw istnienia całego „przemysłu”, który od dekad zajmuje się przepisywaniem języka bojówek na słownik akademicki.
Powiedzmy to wprost: w romantyzowaniu śmierci nie ma nic z intelektualnego rygoru. Przepakowywanie ideologicznych haseł w teorię strategii nie jest analizą, a przedstawianie narracji milicji jako obiektywnej rzeczywistości politycznej nie ma nic wspólnego z nauką.
Mit jako parawan porażki
To, co nazywa się „strategicznym męczeństwem”, jest w istocie wygodnym mitem służącym interesom tych, których ma rzekomo opisywać. Ta narracja ma maskować porażki, uzasadniać niekończące się cykle przemocy i sakralizować struktury przywódcze, które nie potrafią wypracować żadnych wymiernych sukcesów politycznych. To nie strategia – to racjonalizacja post-facto.
Teza, jakoby zamachy wzmacniały te systemy poprzez przekształcanie liderów w symbole, jest jednym z najstarszych chwytów w podręczniku ruchów rewolucyjnych. Jednak jej zwolennicy ignorują fakt, że symbolika nie zastąpi sprawnego rządzenia ani nie jest miarą sukcesu strategicznego. Państwa i społeczeństwa nie przetrwają dzięki samym mitom; potrzebują instytucji, odpowiedzialności i przede wszystkim zdolności do poprawy życia obywateli.
Iran i jego sieć milicji – w tym Hezbollah – konsekwentnie zawodzą na tych polach. Ich poleganie na narracji męczeństwa nie jest dowodem siły, lecz strukturalnej słabości. Gdy system polityczny musi nieustannie odwoływać się do śmierci jako źródła legitymacji, ujawnia to jego bankructwo, a nie odporność.
Intelektualne oszustwo
W tej argumentacji zaszyta jest niebezpieczna sztuczka. Męczeństwo przedstawia się jako „racjonalność wartościowo-strategiczną”, jakby była to spójna alternatywa dla konwencjonalnej logiki politycznej. W rzeczywistości ta konstrukcja służy jednemu celowi: usprawiedliwieniu zachowań lekkomyślnych i autodestrukcyjnych.
Zgodnie z tą logiką każda strata staje się zwycięstwem, a każda porażka – formą sukcesu. To światopogląd, w którym rzeczywistość zostaje podporządkowana narracji. Właśnie takie myślenie więzi całe społeczeństwa w cyklach przemocy, nie pozwalając im wyrwać się z iluzji, że cierpienie jest synonimem siły.
Nie jest to jedynie abstrakcyjna debata akademicka. Takie „intelektualne parawany” niosą realne konsekwencje. Przez lata sieć komentatorów i analityków pełniła rolę pośredników między organizacjami zbrojnymi a szeroką opinią publiczną. Dostarczali oni języka i ram pojęciowych, które pozwoliły na rebranding grup terrorystycznych jako „ruchów oporu”. To nie jest nauka – to rzecznictwo interesów.
Cena mitologizacji: Przykład Libanu
Istnieje cały ekosystem, w którym autorytatywne głosy budują kariery na tłumaczeniu działań Hezbollahu czy irańskiego Korpusu Strażników Rewolucyjnych (IRGC), ignorując jednocześnie dewastację, jaką grupy te sieją w społeczeństwach, których rzekomo bronią.
Liban jest tu jaskrawym przykładem. Istnienie Hezbollahu jako bytu zbrojnego nie wzmocniło państwa libańskiego – ono je wydrążyło. Stworzyło równoległy system władzy, który niszczy instytucje, wypacza gospodarkę i wciąga kraj w konflikty, na które Libanu nie stać. Jednak w narracjach promowanych przez zwolenników reżimu fakty te są bagatelizowane lub przedstawiane jako „konieczne ofiary” w imię wyższej sprawy.
Koncepcja „strategicznego męczeństwa” jest wyjątkowo podstępna, ponieważ przekuwa ludzkie straty w kapitał polityczny. Pozwala przywódcom przerzucać koszty swoich decyzji na populacje, które nie mają w tej kwestii nic do powiedzenia. To mechanizm kontroli, a nie wzmocnienia pozycji obywateli.
Teologia przebrana za naukę
Ironią jest fakt, że orędownicy tych teorii często krytykują „nieracjonalność” strategii zachodnich, sami forsując logikę odrzucającą jakąkolwiek empiryczną ocenę. Jeśli każdy wynik – bez względu na to, jak katastrofalny – można zinterpretować jako sukces, pojęcie strategii staje się bezużyteczne.
To nie jest analiza polityczna. To teologia udająca nauki polityczne. Problem nie polega tylko na tym, że argumenty te są błędne. One są niebezpieczne, bo utrwalają światopogląd, w którym przemoc uzasadnia się sama, a linia między analizą a propagandą zostaje celowo zatarta.
Liban i cały region nie mogą już sobie pozwolić na taką intelektualną pobłażliwość. Potrzebujemy jasnego uznania realiów politycznych, a nie kolejnej teorii gloryfikującej śmierć. Oznacza to nazywanie rzeczy po imieniu i rzucenie wyzwania tym, którzy legitymizują systemy żywiące się nieustannym konfliktem. Wszystko inne nie jest nauką – jest współudziałem.
Mit strategicznego męczeństwa: Jak propaganda przenika do nauki
Kategorie: Uncategorized

