Uncategorized

Tato, był alarm i widziałam rakiety

Z bloga

„Elimajewski z izraelskiej perspektywy”

 

Kilka tygodni temu, już po rozpoczęciu obecnego konfliktu z organizacjami dżihadystycznymi w Gazie, jadąc samochodem do pracy zwróciłem nagle uwagę, że pojazdy na autostradzie zjeżdżają masowo na pobocze. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, o co może chodzić, aż dotarło do mojej śwadomości, że okolica, w której się znajdowałem była właśnie celem palestyńskiego ataku rakietowego. Ściszyłem muzykę, uchyliłem okno i usłyszałem dobiegające ze wszystkich stron wycie syren alarmu ‚cewa adom’ (kolor czerwony). Kolor czerwony oznacza, że w rejonie, w którym jest on ogłoszony oczekuje się rychłego upadku pocisku rakietowego. Kiedyś ten typ alarmu nazywany był ‚szachar adom’ (czerwony poranek), ale 9 lipca 2006 roku alarm uzyskał swą aktualną nazwę – po licznych skargach wnoszonych przez Izraelczyków o popularnym imieniu Szachar (poranek). Szachar to imię zarówno męskie, jak i żeńskie, i faktycznie, mieli prawo obruszać się jego właściciele, że to ich imieniem ochrzczono jedną z bardziej nieprzyjemnych sytuacji, w jakiej człowiek się może znależć – atak rakietowy.

Izraelska obrona cywilna dba o to, aby każdy dobrze wiedział, jak zachować się po ogłoszeniu ‚koloru czerwonego’. Instrukcję znałem więc i ja – „zjechać powoli na pobocze; zaparkować auto tak, aby nie przeszkadzać w ruchu innych pojazdów; wyłączyć silnik; wyjść z samochodu, położyć się obok niego na ziemi zasłaniając rękami głowę i pozostać w takiej pozycji przez 10 minut. Włączając się ponownie do ruchu należy uważać, aby nie spowodować wypadku drogowego”. Teoria jest jasna, prosta i przejrzysta, ale praktyka – zypełnie inna. Przede wszystkim nie za bardzo wierzyłem, że to się naprawdę dzieje, i że to się dzieje właśnie mnie. Przecież takie historie ogląda się w telewizji, albo w internecie, albo też czyta się o nich w gazetach. Poza tym, nie za bardzo miałem ochotę kłaść się na brudnej ziemi i leżeć na niej przez 10 minut z rękami na głowie. Prowadziłem więc przez chwilę w głowie kalkulację, czy zachować się według wskazówek obrony cywilnej, czy też jechać dalej i udawać, że nie słyszę syren alarmu. Poziom adrenaliny wyraźnie wzrastał mi we krwi, a większość ludzi przede mną hamowała i wyskakiwała z aut. Decyzja zapadła: jechałem lewym pasem, więc szybko zjechałem na lewe pobocze i zaparkowałem jakieś 50 metrów przed wiaduktem autostradowym. Zgasiłem silnik, otworzyłem drzwi i wysiadając z samochodu usłyszałem ryk silników rakietowych. Do góry wznosiło się w oślepiającym blasku 5 rakiet wystrzelonych z pobliskiej baterii przeciwrakietowej ‚żelazna kopuła’, znacząc swoją trajektorię lotu na niebie białą smugą kondensacyjną. 3 z nich nagle gwałtownie skręciły i w ciągu sekundy usłyszałem eksplozję. Już niczego więcej nie kalkulowałem, zadziałał instynkt – zacząłem biec szybciej, niż się zorientowałem, że w ogóle to czynię. Zerknąłem tylko jeszcze raz na niebo i zobaczyłem chmurę po eksplozji dokładnie nad swoją głową. Te 50 metrów między autem a wiaduktem przebiegłem w rekordowym, jak na swoje możliwości czasie. Pod wiaduktem schowało się sporo ludzi. Jakaś kobieta zaczęła krzyczeć: „ile tego jest? Kiedy to się skończy?”. Inna, stojąca obok, podeszła do niej i zaczęła ją uspokajać. Poczekałem jeszcze kilka minut pod bezpiecznym betonem wiaduktu, wróciłem do auta i pojechałem do pracy.

Innym razem, kilka dni po mojej przygodzie pod wiaduktem, włączył się nagle alarm aplikacji ‚kolor czerwony’ w moim telefonie. Na początku wojny tego typu aplikacje osiągnęły najwyższą popularność w Izraelu. Można sobie ustawić jeden bądź kilka rejonów i jeśli ogłaszany jest w nich alarm ‚kolor czerwony’, telefon daje o tym znać. Ja mam ustawioną okolicę swojego domu. Kiedy tylko jest tam alarm, wiem o tym od razu, nawet jeśli nie słyszę syren. Mam też drugą aplikację, która pokazuje, z jakiego kierunku nadlatują rakiety, chociaż nie wiem, jaki pożytek ta wiedza może mi przynieść. Oto siedzę więc w biurze, daleko od domu, a telefon sygnalizuje, że jest w moim mieście alarm. Można by powiedzieć, że nic to, przecież jestem daleko. Ale nie, w domu są dzieci. Chociaż wiem, że mają już doświadczenie i wiedzą, co robić w wypadku ataku, to jednak podle się czuję, gdy dzieci znajdują się w strefie upadku pocisku, a ja nie jestem przy nich. Wyszedłem na balkon w biurze i wyglądałem w kierunku mojego miasta, ale nic nie widziałem i nic nie słyszałem. Niby nic, kilka minut, ale się one wyjątkowo dłużyły. Zadzwoniła w końcu Dafna, która niedługo świętować będzie swoje dziesiąte urodziny i powiedziała mi: „tato, był alarm i widziałam rakiety”.

Kiedy wszedłem niedawno na stronę ulubionego kwartalnika ‚Foreign Affairs’, nic dziwnego, że moją uwagę przyciągnął artykuł Marka Perry’ego z 3 sierpnia br. pod tytułem ‚Why Hamas’ Arsenal Wasn’t Worth A War’ (Dlaczego arsenał Hamasu nie był wart wojny). Ogólnie mówiąc, Perry twierdzi, że rakiety Hamasu nie stanowią strategcznego zagrożenia dla Izraela, stąd też militarna reakcja Państwa Żydowskiego w Gazie jest zdecydowanie przesadzona. Perry pisze m.in. (moje tłumaczenie), że „większość arsenału Hamasu składa się z rakiet wytwarzanych własnym sumptem, które zdecydowanie nie są w stanie spowodować masowych strat w ludziach, zrównywać z ziemią bloków mieszkalnych, czy wywoływać pożary mogące spalić całe miasta”.

Opinia Perry’ego wpisuje się w kliszę spopularyzowaną przez media na całym świecie – uzbrojony po zęby i wyposażony w najnowocześniejsze technologie Izrael kontra biedni i niegroźni Palestyńczycy. Zgodnie z atmosferą klasycznych bajek dla dzieci, sympatia postronnego obserwatora lokuje się po stronie słabszego.Będę chyba złośliwy i zajrzę w biografię amerykańskiego analityka wojskowego, Marka Perry. „Był doradcą Jasera Arafata”. No tak, no tak, już sporo rozumiem.

Czy rakiety Hamasu są faktycznie niegroźne? Spójrzmy najpierw na statystykę. W ciągu bieżącego konfliktu z Państwem Żydowskim, Hamas i inne grupy terrorystyczne będące z nim w koalicji odpaliły w kierunku Izraela ok 3400 rakiet. 20% z nich spadło na terytorium Gazy. System ‚żelazna kopuła’ niszczy tylko i wyłącznie rakiety, które według jego wyliczeń spadną na tereny zamieszkałe. System ignoruje rakiety, które spadną poza nimi. Tylko w  pierwszym tygodniu aktualnej wojny system zniszczył 225 rakiet, zaś armia oceniła jego skuteczność na 86%. Oznacza to, że 36 rakiet przedarło się przez system obronny i spadło na miasta. Wyobraźmy sobie, że w ciągu dwóch tygodni na polskie miasta spada tyle rakiet. Powinienem policzyć więcej, gdyż Polska jest 14-krotnie większa od Izraela. Tak więc powinno to być 504 trafienia rakietami w miasta polskie. Ale weźmy tylko te 36. Powiedzmy, że 6 dostaje Warszawa i po kilka – Kraków, Poznań, Wrocław i Gdańsk, Katowice, Łódź, i tak dalej. Czy wiedząc, że nieuchronnie spadnie na miasto rakieta, ktokolwiek chciałby się wybrać na spacer? Zapewne nie. Tak przynajmniej uważają Izraelczycy. I dlatego też, za każdym razem, kiedy ogłaszany jest alarm ‚kolor czerwony’, chowają się oni w schronach. Nikt nie weźmie na siebie ryzyka, że trajektoria lotu rakiety, którą wystrzelili dżihadyści być może skończy się na budynku, w którym właśnie przebywa, a rachunek prawdopodobieństwa spowoduje, iż będzie ona jedną z 14% rakiet, których nie przechwycił system defensywny. A to z kolei oznacza, że zakłady pracy przerywają pracę, rolnicy nie wychodzą na pole, sprzedawcy nie sprzedają, a turyści nie przyjeżdżają. Regularność ataków na Izrael wymusza na nim z kolei konieczność utrzymywania nieproporcjonalnie dużej armii i służb bezpieczeństwa. Każde mieszkanie wybudowane w Izraelu musi być wyposażone w pomieszczenie wzmocnione – pokój, w którym chowają się mieszkańcy podczas alarmu ‚kolor czerwony’. Za te dodatki kupujący mieszkanie musi dopłacić z własnej kieszeni. Każdy budynek publiczny musi mieć schron, który służyć będzie używającym go ludziom w przypadku ataku, i tak dalej, i tak dalej. Same tylko bezpośrednie koszty aktualnej operacji wyceniane są na około 8,5 miliarda szekli, czyli na 2.4 miliarda dolarów USA. Nie wspominam tu o inwestycjach w infrastrukturę obronną, a także niepoliczalnych konsekwencjach traumy, jaką przeżywają ludzie znajdujący się pod ogniem. I pewnie jeszcze można by wymienić wiele innych tego typu strat.

Izrael i jego mieszkańcy sami ponoszą te koszty, czasami otrzymując dotacje od USA, ale nie jest to wsparcie wystarczające do pokrycia wszystkich wydatków. Tak więc rakiety Hamasu są skutecznym atakiem na ekonomię Izraela. I choć na szczęście nie generują wielu strat w ludziach, to powodują one znaczące straty dla ekonomii izraelskiej. Odstraszają one zagranicznych inwestorów oraz turystów. Obniżają wydajność przedsiębiorstw i spowalniają rozwój państwa. Wywołują one powojenną traumę u wielu ludzi, szczególnie u dzieci, które często przez wiele lat muszą korzystać z pomocy psychologów. I właśnie dlatego uważam, że odpowiedź Izraela, którą otrzymuje Hamas w Gazie, Judei i Samarii jest nie tylko ‚nieproporcjonalna’, ale i zbyt łagodna. Bo to jest, proszę Państwa, Bliski Wschód.

„Tato, był alarm i widziałam rakiety”

Rysunek Dafny (10 l.) przedstawiający eksplozje, które widziała na niebie podczas ataku Hamasu

Obłok po eksplozji rakety palestyńskiej trafionej przez raketę 'Tamir' systemu 'żelazna kopuła' nad Tel Awiwem podczas bieżącej kampanii. (zdjęcie wykonane przez moją córkę Dalię)

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.