Ucieczka z piekla cz 10

 

Henryk Grengras

Powrót do lasów;  odcinek 10

Poszliśmy na stację kolejki wąskotorowej, „tiepłuszki”, która kursowała dwa razy dziennie. Do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze parę godzin, więc zostawiliśmy „czemadany” w przechowalni, i poszliśmy zobaczyć  miasto. Pomimo, że już prawie dwa lata byliśmy w tym rejonie, nie znaliśmy Tiumenia. Miasto podobne do wszystkich innych w ZSRR, w centrum dwie, trzy główne ulice, zawsze:  Stalina, Lenina, Rewolucji, a reszta to małe domki. Weszliśmy do restauracji, zamówiliśmy zupę i chleb, ale nie mieliśmy talonów, więc musieliśmy zadowolić się samą  zupą i szklanką herbaty.

Mój brat, Benek, był bardzo niezadowolony z tego, że wróciliśmy. Nienawidził Tiumenia,  bo rok wcześniej  spędził tu 3 miesiące karnego więzienia przy spławianiu bali.

Wracamy na dworzec, „tiepłuszka” już stoi,  wsiadamy. W wagonie są ludzie, przyglądają się nam, widzą, że jesteśmy obcy. Zwracamy się do nich z pytaniem, czy znają rodzinę Platnerów?    – „Naturalnie, to ten Polak co został majstrem w tartaku, w „szpał zawodzie”, a jego żona to taka blondynka”, wszyscy ich znali. Po półtorej godziny jazdy dotarliśmy do celu. Pokazali nam dom Platnerów . Nikt na nas nie czekał. Oni nie mieli pojęcia, że zdecydowaliśmy się wrócić, pukamy, otwiera nam Lidia, była  zdumiona, musieliśmy jej wszystko wytłumaczyć.

Chłopcy -mąż, brat i kuzyn Drenger- jeszcze nie wrócili z pracy.

Platner, mąż Lidii był majstrem, brat „smotrakiem”, a Drenger „typowszczykiem”.

Robota nie była już tak ciężka jak wcześniej. Mieli do dyspozycji konia i wóz, którym jeździli do roboty.

Po pokoju rozszedł się zapach jedzenia, to Lidia zaczęła przygotowywać jedzenie dla mężczyzn, żeby było gotowe, gdy  wrócą z tartaku. Przyjechali dopiero, jak już zapadła zupełna ciemność. Była wielka radość bo byli tu zupełnie samotni, ale nie zdecydowali się  wyjeżdżać, bo tu  mieli jedzenie, a to było najważniejsze.

Siadamy do kolacji, przy stole Platner proponuje, żebyśmy  zamieszkali z nimi. On załatwi nam  pracę. Jutro pójdziemy się  zameldować i wszystko się ułoży. Rykel, brat Lidii, i Drenger odstąpili nam swój pokój.

Benek kategorycznie stwierdził, że tu nie zostanie, i najdalej za 2 dni wyjeżdża do Samarkandy. On był ode mnie młodszy, miał 23 lata. Nie pomogły moje prośby,  perswazje Platnerów, jak powiedział że wyjedzie- tak wyjechał.

Dałem mu pieniądze, i prosiłem, żeby zaraz, jak będzie na miejscu,   napisał do nas . I to był ostatni raz kiedy widziałem brata. Od tego czasu ślad po nim zaginął.

Dopiero po wojnie, już w Polsce, spotkałem kolegę szkolnego, który opowiedział mi,  że spotkał Benka w Samarkandzie.  Pewnej  nocy, gdy spali w domu noclegowym,  zostali okradzeni. I wtedy Benek postanowił pojechać do Semipałatyńska, ale już tam nie dotarł.

Nazajutrz zameldowałem Lusie i siebie, dostałem kartki na jedzenie, i postanowiłem obejrzeć sobie  Tropińsk.  Miejsce było bardzo ubogie. A więc, od dziś pracuję tu jako wolny człowiek,  za marne pieniądze,  jako „konowoszczyk”  czyli woźnica.

Nie miałem pojęcia jak obchodzić się z koniem. Rano Platner zaprzągł  konia, dał mi lejce, i hajda! Wsiadłem na wóz i jadę do lasu po drzewo . Robotnicy załadowali belki, wziąłem lejce i wołam „wio, wio!”, tak jak  w Polsce furmani poganiali konie, ale koń nie rusza… Nie pomogło nawet machanie  batem. Rosjanie się śmieją, jeden podchodzi i mówi „daj mnie lejce”, i krzyknął „job twoja mać!!”. I koń zaraz ruszył. Od tego czasu, zamiast „wio” zawsze wołałem „job…!”. Nauczyłem się zaprzęgać konia, karmić, czyścić.  Tak minął miesiąc. Pewnego dnia dostaliśmy list od brata Lusi, że jest w Swierdłowsku, dzień, dwa jazdy  od nas.  Po kilku tygodniach, kiedy byłem w tartaku, widzę nagle  wóz, a na nim Lidia i Lusia, a  obok nich Janek. To było dopiero południe, ale Platner, który był  majstrem, odgwizdał fajrant i zakończył robotę na dziś  ( później został za to ukarany). Zaprzągł konia i pojechaliśmy do domu. Jak się okazało, Janek wziął urlop na kilka dni, żeby nas odwiedzić. Opowiadał jak ciężkie jest życie w mieście, ludzie cierpią głód, brak jest zupełnie jedzenia. Patrząc na to, co było u nas na stole, mówił: „u was jest jak w raju…”. Poprosił, żebyśmy przygotowali cebule i machorkę to on zabierze, bo szklankę machorki można wymienić na  jedzenie. Widziałem, że to bardzo zainteresowało Lidię i zapadło jej w pamięci.

Po dwóch dniach Janek wyjechał zabierając ze sobą machorkę i cebulę.

Przyszła zima, teraz do transportu zamiast wozu używaliśmy sań. Było ciężko i postanowiliśmy z Lusią, że uciekamy stąd do Swierdłowska, do Janka, na własną rękę. Platnerowie najpierw nam odradzali, ale po krótkim namyśle postanowili, że przy tej okazji zrobią interes- kupią machorkę i pojadą z nami. Planowali, że sprzedadzą machorkę  w mieście i kupią tkaniny, jakieś materiały, bo za ten towar dostaną w  Tropinsku dużo pieniędzy. Na dzień wyjazdu wybraliśmy niedzielę, dzień wolny. Platner zwolnił się z pracy, postarał się o „komandirowkę”, ale ja nie zawiadomiłem nikogo, że przestaję pracować, po prostu, ulotniłem się.

„Tiepłuszką” dojechaliśmy do Tiumenia, zaczynała się już zima,  padał śnieg, więc byliśmy ubrani ciepło. Na dworcu  udało się nam kupić bilety i zaleźć miejsce w ostatnim wagonie.

Nagle, w połowie drogi, pociąg stanął i zjechał na bocznice. Zawiadomili nas, że teraz transportują sprzęt wojskowy, i nie wiadomo jak to długo potrwa.  Platner, ja, i  jeszcze kilku mężczyzn poszliśmy do miasteczka leżącego około 500 metrów od torów. Platner znalazł fryzjera i postanowił się ogolić. Po jakieś pół godzinie słyszymy nagle gwizd lokomotywy. Ruszyliśmy biegiem, ale zanim zdążyliśmy dolecieć do dworca, pociąg z  kobietami odjechał, a my zostaliśmy. Poszliśmy do kierownika stacji, a  on musiał poczuć się winny, że wprowadził nas w błąd i chciał nam pomóc. Powiedział, że  o 23  przejeżdża pociąg osobowy i będziemy mogli wsiąść do trzeciego wagonu,  i na stojąco dojechać do Swierdłowska. Jechaliśmy tak dziesięć godzin.

Na dworzec  dotarliśmy przed północą, na zewnątrz mróz 10 stopni poniżej zera. Lusia i Lidia czekały na nas w „obszczeżyciu” ( takim hotelu robotniczym, gdzie były pokoje wspólne, spało tam po 8 osób w każdym).

Platner  i Lidia wzięli machorkę, pożegnaliśmy się, niestety zdecydowali się od razu wracać, bo nie mieli miejsca na nocleg.

 

Teraz opowiem o tragicznym losie Platnerów. Polski Rząd w Londynie, od końca lipca1941  otworzył ambasadę polską  w Moskwie i  placówki w dużych miastach ZSRR. Nazywały się delegatury. Pracowali w nich mężowie zaufania. Pomagali Polakom w zdobywaniu dokumentów, przyłączaniu się do wojska Andersa. Zaproponowano Platnerowi, żeby objął delegaturę w Tiumeniu, a on się zgodził. Przenieśli się do Tiumenia, i tam urzędowali. Ale rok później Moskwa zamknęła wszystkie placówki i aresztowano wszystkich pracujących tam szefów i  ich pomocników. Pletner i Rykiel (brat Lidii) zostali aresztowani i ślad po nich całkowicie zaginął. Opowiedział mi to kuzyn Lidii, Drenger, którego nie aresztowano. Później wstąpił do wojska polskiego, które stworzyli Rosjanie i komuniści polscy, pod komendą generała Berlinga. Drengera spotkałem w Krakowie w 1947, powiedział mi jeszcze, że Lidia wyszła za mąż za oficera radzieckiego i osiedliła się na Litwie. Cdn.

Zredagowala Anna Karolina Klys

Wszystkie czesci

KLIKNIJ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: