Ucieczka z piekla cz 7

NA NOWYM MIEJSCU –WIEZIENIE BEZ KRAT. Odcinek 7

Dopiero nad ranem, zmęczeni, śpiący i zupełnie  przemoczeni (całą drogę lał deszcz), doszliśmy do wielkiej polany.

Przed nami wyłonił się obraz zanurzonych we mgle kilkunastu małych domków, i  dwóch dużych, budowanych jeszcze baraków.

Dostaliśmy mały domek z desek, to miało być  nasze  pomieszczenie tymczasowe, aż do wykończenia baraków z bali.

Cały domek to był tylko jeden pokój, 4 na 4 metry. Stało tam 5 żelaznych łóżek, stół, na nim lampa naftowa, dwie ławeczki i beczka na wodę. Latryny były wspólne, na zewnątrz. Na polanie była jeszcze stołówka i bania (miejsce publiczne do mycia z gorącą i zimną wodą i parówką).

Dostaliśmy za sąsiadów w pokoju małżeństwo Rotenberg i dwóch mężczyzn nazwiskiem Kremler. To byli ojciec i syn, pochodzili z  Krakowa.  Starszy Kremler  był w wieku mojego ojca, a syn, Zygmunt, miał tak jak ja, 22 lata. Na starszego wszyscy mówiliśmy „tato”.

Poznaliśmy nasz adres: Tjumen, Omskaja obłaść, stacja Tropinsk, uszastok (miejsce), numer -nie pamiętam…

Adres był bardzo ważny, bo dowiedzieliśmy się, że raz w tygodniu przyjeżdża poczta, i można posłać listy, a nawet otrzymywać paczki.

Rotenberg miał mapę. Znaleźliśmy Tjumen, leżał koło linii kolejowej Moskwa -Władywostok, ale nasze miejsce było nie zaznaczone na mapie.

Pierwsze  co zrobiłem, to napisałem list do brata Lusi- Janka Anisfelda- do Lwowa, aby dać mu znać, że żyjemy i gdzie jesteśmy. Przez cały czas, a minął już  prawie miesiąc, nie było możliwości porozumienia się.

Poszliśmy do magazynu, tam  otrzymaliśmy sienniki, napchaliśmy je  słomą, a wracając do domku nabraliśmy wody  i wstąpiliśmy do stołówki. Każde z nas dostało porcję zupy i chleb.

Byliśmy zaskoczeni, bo nie zażądano od nas pieniędzy.  Okazuje się, że za nasza robotę nie otrzymamy innego wynagrodzenia jak tylko  skromne wyżywienie. Tu, każdy musi pracować, a jak nie będzie pracował, to zmniejszą mu racje jedzenia.

Wróciliśmy do naszego domku- pokoju, położyliśmy sienniki na łóżkach i chcieliśmy wreszcie zasnąć, ale naraz słyszymy głos z głośnika wzywający nas do stawienia się na placu koło stołówki. Gdy zebraliśmy się, zobaczyłem, że jest nas  około 40 ludzi, prawie sami mężczyźni, i tylko, jak mi się wydaje, 5 kobiet. Komendant naszego „uczastku”, oficer N.K.W.D., oświadczył, że rano mamy stawić się do pracy. Będziemy pracować przy wykończeniu baraków razem z Rosjanami, praca od 8 rano do zmierzchu. Znowu wróciliśmy do pokoju, zdjęliśmy wilgotne ubrania i położyliśmy się spać, ale pluskwy nas ciągle budziły.

Rano stawiliśmy się do pracy. Kobiety zostały w pokojach, ale komendant obozu nie zareagował na ich nieobecność.

Oprócz nas było 10 robotników zawodowych. „Fachowcy” co godzinę przerywali pracę na „perekurke” czyli palenie „papierosów” z machorki.  To były suszone liście zawijane w gazetę. Po kilku dniach, także nasi palacze z braku prawdziwych papierosów przyzwyczaili się do palenia machorki.

Baraki budowaliśmy dziesięć dni, kiedy były gotowe, przeprowadziliśmy się.

Jeden barak przeznaczony był dla małżeństw i rodzin. Po jednej stronie były prycze:  małżeństwa Rotenberg, i jeszcze dwóch innych małżeństw (kobiety były w ciąży), Lusi, moja i  mojego brata Benka,  czteroosobowej rodziny Platner,  inżyniera Wajdy z Poznania (katolika), i małżeństwa Jarmark, a  po przeciwnej stronie baraku: braci Grau z Jordanowa, braci Szneps z Dębicy, inżyniera Lewingera i jego córki z Krakowa, Altmana i pani Haber (nie byli  małżeństwem), oraz inżyniera Wolmana.  Na środku baraku stał żelazny okrągły piec.

W drugim baraku mieszkali sami mężczyźni, bez żon, między innymi- dwaj bracia Brumer, których znałem jeszcze z Krakowa, mieli  45 i 50 lat, i dwudziestoletni syn jednego z nich,  oraz bracia Zweig, jeden miał lat 45 a drugi 20. Mieszkał tam też  „tato” Kremler z synem.

Następnego dnia rano przyszedł po nas majster i jakiś starszy Rosjanin z pomocnikiem. Tego Rosjanina nazywano „smotrak” to znaczy „oglądający”, on odbierał ukończoną robotę. Tartak był oddalony jakieś 45 minut drogi latem, ale  zimą i w czasie odwilży szliśmy dużo dłużej. Tartak, po rosyjsku „szpal zawod”, to była fabryka podkładów do szyn kolejowych.  Dwie piły okrągłe były obsługiwane przez  Rosjanina  i czterech ludzi od nas. Nasi  rzucali z wozów bale, nosili je do piły, i odnosili przecięte na pół. Reszta ludzi pracowała na dużej polanie przy wykańczaniu podkładów. Praca była wycieńczająca, nie było żadnych maszyn, urządzeń, wszystko robiliśmy sami, bale drewna były ciężkie, tak samo podkłady kolejowe.

Tymczasem opiszę życie na naszym „uczastku”.

Byliśmy oddaleni od dwóch kołchozów jakąś godzinę drogi. W wolny dzień, aż do wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej, chodziliśmy tam, i wymienialiśmy to, co dostawaliśmy w paczkach ze Lwowa. Kiedy udało się nam nawiązać kontakt z rodziną pozostałą we Lwowie, zaczęli nam posyłać  konserwy i  rzeczy do ubrania, a my wymienialiśmy je na kartofle i słoninę. Dzięki temu, nasze żony mogły gotować pożywne jedzenie na piecyku w baraku,  a my po powrocie z pracy, po otrzymaniu w stołówce zupy i racji chleba, mogliśmy  zjeść dodatkowe, smaczne jedzenie.

Dotarły też do nas straszne wiadomości o moich  rodzicach. Dostali nakaz opuszczenia  Krakowa już latem 1940 roku. Zostali wysiedleni, nie widomo dokąd.

W czasie naszego pobytu na „uczastku” zaszły następne wypadki: W sobotę, 12 października 1940 roku, był  Jom Kippur.  Prosiliśmy dwa dni wcześniej, aby nas zwolnił z pracy na ten dzień, ale otrzymaliśmy odpowiedź odmowną. Mimo to, postanowiliśmy nie stawić się do roboty. Zebraliśmy się w baraku kawalerów i Altman zaczął prowadzić modlitwę. Postanowiliśmy też pościć, i nie poszliśmy do stołówki. O godzinie 9 zawitał  w baraku majster i dwaj enkawudziści. Starali się  nas nakłonić do pójścia do tartaku, grożąc karą za opuszczenie pracy, czyli „proguł”. Mieliśmy za to iść na rok do więzienia. Ale nie wróciliśmy do pracy. Nigdy nas nie ukarali.

Jeśli chodziło o ukaranie pojedynczych osób,  było jednak inaczej.

Raz w tygodniu zbieraliśmy się wieczorem w baraku kawalerów na tak zwany „żywy dziennik”. Zajmowali się tym mój brat i Henek Zweig. Mówili różne wierszyki, satyry  o tym co się dzieje w naszym „uczastku”, a nawet  na władze sowieckie, na partię komunistyczną. Widocznie ktoś z pośród naszych był na usługach Rosjan, bo po kilku dniach majster sprowokował  incydent,  w wyniku którego, mój brat Benek i  i Zweig opuścili robotę. Natychmiast oskarżono ich o „proguł” i skazano na 3 miesięcy więzienia w Tjumieniu. Pracowali tam bardzo ciężko, przy spławianiu drzew rzeką Ob.

Wszystkie czesci KLIKNIJ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: